Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 3 pazdziernika, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Dobre rady

Darmocha
Nina Geysztor-Zawirska
Oct 3, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: GadaNina

Redakcja "Gazety" z przyjemnością podaje do wiadomości Czytelników, że znana w tutejszej Polonii, czytana w Kraju, popularna w Ameryce, lubiana nawet w dalekiej Australii dziennikarka-amatorka, pani Nina Geysztor-Zawirska będzie prowadziła w "Gazecie" swój własny kącik pod filuternym tytułem: “GadaNina”. Wbrew encyklopedycznemu znaczeniu tego słowa, nie będzie to nudne ględzenie. Wprost przeciwnie. Ta kapitalnie obmyślona gra słów da jej glejt na poruszanie wielu, często kontrowersyjnych tematów. Jej stały cykl będzie zawierał nie tylko felietony, ale także porady.

Z wyksztalcenia ekonomistka i socjolog, z urodzenia gawedziarka, z zamilowania utalentowana felietonistka i publicystka, pani Nina wychowala sie na Zachodzie. Plynnie włada kilkoma jezykami, a choc do polskiej szkoly nigdy nie chodzila, jej cietego jezyka moglaby pozazdroscic niejedna Magdalena Samozwaniec. Na lamach torontonskiej prasy polonijnej pani Nina Zawirska przez niemal dwadziescia lat prowadzi bogatą korespondencje z czytelnikami, fachowo doradza, gdy sie znajda w opalach, uczy jak mozna wyjsc z klopotliwych sytuacji, pomaga i pociesza, gdy tego potrzeba. Nic wiec dziwnego, ze porownuja ja do amerykanskiej Ann Landers i "Dear Abby" tamtych dni. Nawet PAP drukuje jej felietony, co jest niebywałym osiągnięciem dla kogoś, kto nigdy nie uczęszczał do polskiej szkoły. Oto co napisano o niej właśnie w PAP-ie: "Nina Geysztor-Zawirska, pierwsza dama polonijnej felietonistyki, autorka przesmiesznych tekstow o rozmaitych przygodach Polakow za granica, a w rzeczy samej cietych, satyrycznych miniatur obyczajowych tworzy niemal historiozoficzna etiude literacka o ludzkim, polskim losie".

"Gazeta" wie, że jej porady, acz utrzymane w żartobliwym tonie, udzielane są jak najbardziej poważnie, a podane informacje - dokładnie sprawdzone. Pani Nina pisze w pierwszej osobie, czyli od siebie; od nikogo nie wymaga ażeby się z nią zgadzał. Od polemik stroni.

Dzisiaj witamy p. Ninę Zawirską na naszych łamach już nie jako gościa, ale stałego współpracownika.


Dzisiaj postanowiłam rozwinąć ten temat obszerniej, jako że od wielu lat, mnóstwo Czytelników zadaje mi to samo (lub podobne) pytanie. Dzisiaj p. Leszek D. z Brampton też porusza tę kwestię:

Jakim cudem oni tyle o mnie wiedzą? Piszą do mnie po imieniu. Nagabują o coś bezustannie. Codzienna poczta dostarcza plik makulatury, z której wynika, że w wyniku wygranej na jakiejś bliżej niesprecyzowanej loterii (w której udziału nie brałem i nic o niej nie wiem), jestem uprawniony do takiej czy innej nagrody. I czego to ja już nie wygrałem! Na papierze, oczywiście. Albo w słuchawce. Tylko tych nagród jakoś nie widać. Poczta elektroniczna zasypuje mój komputer lawiną niepożądanych reklam, co mnie do szału doprowadza. Okrada z cennego czasu, zmuszając do przeczytania, zanim ją usunę. Chcą mi sprzedawać Viagrę bez recepty, chcą mi przedłużyć penis o kilka cali (nie jestem świadomy żadnych mankamentów w tej dziedzinie. Żona na nic się nie uskarża.) Chcą abym koniecznie korzystał z kolejnych, niepotrzebnych mi kart kredytowych. Widocznie nie wiedzą, że o pierwszą nie mogłem się doprosić. Uparcie molestują o opodatkowanie się na rzecz rozmaitych instytucji charytatywnych, aczkolwiek nikt się nigdy z tych pieniędzy nie rozlicza. (Swego czasu ofiarom tsunami przekazałem przyzwoitą kwotę, bez niczyjego poganiania. Teraz okazuje się, że wiele milionów z tych pieniędzy nigdy nie przekazano dalej. Leżą na koncie w Kanadzie i dziennie zarabiają tysiące dolarów w odsetkach. Dla kogo?!) Skąd oni znają mój adres, moje nazwisko, adres e-mailowy i wiele innych osobistych danych?

Skąd znają? Cudów nie ma, proszę Pana. To Pan sam im je dostarczył. Wypełniając jakiś formularz czy kupon. I mała z tego pociecha, że znalazł się Pan w doborowym towarzystwie. Jest Pan członkiem gigantycznego klubu. Acz nie elitarnego. Bowiem wszyscy jesteśmy ofiarami tego kolosalnego "przemysłu": masowego kantu za pomocą elektroniki.

Oszustwo nie jest niczym nowym. Istnieje od zarania świata. Wtedy jeden wąż oszukał facetkę imieniem Ewa. Później, na przestrzeni wieków, rozmaici szalbierze szlifowali swój kunszt gdzie i na kim popadło. Najstarsi Polacy będą zapewne jeszcze pamiętali "sprzedaże" Kolumny Zygmunta, Francuzi - Wieży Eiffla, Amerykanie - Statuy Wolności itd. Lecz pod koniec ubiegłego stulecia aż po dzień dzisiejszy, złodziejski proceder pt. "łapaj frajera" przejęła bezwzględnie elektronika.

Obecnie atrybutem złodziei nie są maska, wytrych i gumowe rękawiczki. Dzisiejszy opryszek wygląda jak każdy z nas. Ma rodzinę. Mieszka obok nas. Ubiera się bezpretensjonalnie. Jeździ przeciętnej marki samochodem. Ma miłe obejście. Tylko nikt nie wie, że on nie ma sumienia. Ma za to niebywały tupet. Posługując się najnowszymi zdobyczami techniki, ten łobuz faktycznie wszystko o nas wie. Jego "wytrychem" jest komputer i telefon. Nowoczesny rabuś istotnie mówi do nas po imieniu. Z udanym zainteresowaniem dopytuje się o cenne zdrówko nasze i rodziny. Zna imiona naszych dzieci. Ma szczególnie ciepły, sympatyczny i budzący zaufanie timbre głosu. Jest wygadany; umie czarować.

Odkąd piszę na łamach polskich gazet, odtąd biję na alarm: Luuudzie! Nie ma NIC ZA NIC! Nie ma NIC ZA DARMO!

Za darmo można dostać po gębie. Za darmo można sobie pooddychać coraz to mniej świeżym powietrzem. Za darmo można ewentualnie dostać od kogoś szklankę wody z kranu. Za darmo oglądamy ciągle jeszcze piękny świat. No i, jeśli ktoś ma fart, za darmo dziewczyna da....buziaka. (Przepraszam. A Pan co myślał? A fe!) I to już wszystko, proszę Pana. Jak to dzisiaj opis darmochy szybko się wyczerpuje, co?

Zdawałoby się, że tylko niebywały naiwniak da się nabrać na te niby autentyczne, za pomocą "makro" indywidualnie adresowane, zawiadomienia o wielkiej wygranej. A jednak Pan by się zdziwił ile ludzi pada ofiarą tego kantu. I to nie tylko nowoprzybyli. Przeciwnie. Najczęściej naciągani są rdzenni Kanadyjczycy. Ludzie, którzy nie mogą tłumaczyć się nieznajomością języka angielskiego. Często są to ludzie starzy, wychowani w innym, nam już nieznanym, bo uczciwym świecie. Ci są ciągle jeszcze ufni i łatwowierni. Toteż tych najłatwiej jest wykantować.

Ale dlaczego wykształcony pan Józio (mój prywatny anty-bohater, którym często posługuję się w moich felietonach), jest tak naiwny, że wierzy, iż jakaś kompletnie nieznana firma ma nieodparte życzenie podarować mu $10.000 na drobne wydatki? Albo zafundować luksusowy rejs we dwoje, na egzotyczne Hawaje? Ofiarować złoty Rollex? Lub błaga go wręcz, ażeby przyjął nowego, z pod igły, Cadillaca? Musi tylko z góry uiścić ekwiwalent PST i GST. A opłaty wahają się od $19.99 za mikrusa (piecyk mikrofalowy) do $2.995 za Cadillaca. Proste. Panu Józiowi należy dużo wybaczyć. Pan Józio przebywa w Kanadzie zaledwie od kilku lat i ma prawo jeszcze ciągle wierzyć w krasnoludki. Czyli w "The American Dream", który go tutaj przywiódł. I chociaż pana Józia przeszyła przez sekundę niespokojna myśl: skąd oni mnie znają? Skąd wiedzą, że mieszkam pod tym adresem? - jednak cały radosny, posłusznie wysyła żądany "Money Order". Na adres jakiejś skrzynki pocztowej (sic!). I szukaj wiatru w polu…

Pan Józio też sam się podłożył. Albowiem, kiedy kupił radio w małym sklepie za rogiem, wypełnił też kupon na (często nieistniejącą) sklepową loterię. Te sklepy, oprócz normalnego dochodu ze sprzedaży swych artykułów, na chama handlują naszymi personaliami. Sprzedają je na prawo i lewo. W tym momencie pan Józio stał się statystyką. Obiektem handlu żywym towarem. Pan Józio nic o tym nie wie, ale od tej chwili jego nazwisko i dane personalne będą pojawiać się w setkach tysięcy komputerów. Od tej chwili znany będzie tysiącom agencji reklamowych na całym świecie. Będzie teraz "wygrywał" nagrody nie tylko z Kanady, USA, Hiszpanii, ale nawet z dalekiej Nigerii. Kolebki największych kantów zresztą.

I tylko chyba ja jedna mam z tego powodu wspaniały ubaw. Ilekroć mnie proponują wypełnienie jakiegoś kuponu, czynię to ze skowytem rozkoszy na ustach. Nigdy nie odmawiam! W zależności od samopoczucia w danym dniu, ochoczo wypisuję "moje" personalia. Tak więc byłam już H.M.Queen, zamieszkałą przy 22 Buckingham Palace Rd. London, ON. Byłam Antoinette de Pompadour, 22 Champs-Elysees, Paris, ON. Byłam Marie-Therese Habsburg, 22 Schonbrunngasse. Vienna, ON. W dniach, w których nie odczuwam specjalnej grandezzy, kiedy nie chce mi się pretendować do żadnego z europejskich tronów, jestem tylko Sophią Loren, Viale Marconi 22, Naples, ON. Lub Walentyną Tiereszkową, Dniewskij Prospekt 69, Moscow, ON. Byłam już Matą Hari, Zeeburgerkade 56,  Amsterdam, ON i Lukrecją Borgią (córką papieża, a jakże!),h Via Loreto 75, Florence, ON. Ale najbardziej (i najczęściej) lubię być Kunegundą Szczepszczynkowiecką, 22 Poland Dr. Wilno, ON. Wszystkie te miejscowości można rzeczywiście znaleźć na mapie prowincji Ontario. Do wszystkich tych adresów dorzucam jakiś tam, nieistniejący oczywiście, kod i niech mnie poca…. pardon, niech do mnie piszą. Wysyłają listy na kopy. W końcu poczta też potrzebuje zarobić.

Proszę tylko pomyśleć o ostatnim Bożym Narodzeniu. Ile przepięknych kartek świątecznych otrzymał Pan przez e-mail? Pewnie dużo. Śliczne są te bajecznie kolorowe karteczki z choinkami, bombkami, światełkami, bałwankami, saniami. Z tym nostalgicznym, polskim pejzażem, prawda? Ja też je dostaję. Tylko, że ja moich nigdy nie otwieram! Nie tylko, dlatego, że czasami zawierają (nieświadomie przekazane) wirusy. Nie! Ja się nie chcę podkładać. Czy Panu nigdy nie przeszło przez głowę: dlaczego jakaś firma, portal, instytucja (które są przecież po to na rynku ażeby robić pieniądze) miałyby być aż tak altruistyczne, ażeby obcym ludziom udostępniać ZA DARMO korzystanie ze swojej witryny? NIC ZA DARMO! Albowiem za każdą wysłaną kartkę, oni, za bezdurno, otrzymują e-mailowy adres nadawcy oraz kilka (lub kilkanaście) adresów odbiorców. Jako że rzadko kiedy wysyła się na Święta tylko jedną kartkę, prawda?

Niedawno, wracając z koleżanką z turnieju brydżowego, zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej. Wielki transparent głosił, że jest tam do wygrania domowy system alarmowy znanej marki. Koleżanka koniecznie chciała ten kupon wypełnić. Ja, co prawda, w charakterze Rejtanówny nie rzuciłam się w próg (mokro było), ale zajęło mi prawie pół godziny, zanim zdołałam ją przekonać, że nie dość, że jej danymi zahandlują, to jeszcze się dowiedzą, że jej dom (w ekskluzywnej dzielnicy), nie jest "zaalarmowany". Ciekawa jestem ile osób, których wypełnione kupony widziałam leżące luzem w otwartym pudle, padło później ofiarą włamania? Czy zdali sobie z tego sprawę, że oni o to włamanie formalnie sami poprosili? Czy to naiwność ludzka nie ma granic czy też jest to po prostu zwykła, przyziemna chciwość? Ta wieczna pogoń za CZYMŚ ZA NIC. Za "szczerozłotą" ułudą, która nawet przy tombaku nigdy nie leżała. A za którą płaci się później słoną cenę.

Najbardziej groźni są tele-kanciarze. Najlepiej z miejsca odkładać słuchawkę. My nie mamy żadnego obowiązku rozmawiać z ludźmi, z którymi kontaktu nie szukamy czy nie pożądamy. Zakupy przez telefon to i tak kupowanie kota w worku. Korzystam z okazji, ażeby przypomnieć, że przez telefon nie wolno nigdy podawać: numeru konta bankowego, numeru SINu, numerów kart kredytowych ani udzielać osobistych informacji.

Radzę także nie brać udziału w telefonicznych sondażach. W nieszkodliwych, zdałoby się, dziesiątkach pytań, zawarte są te 2-3, o które im naprawdę chodzi. Odpowiedź na nie, całkiem na pewno nie byłaby w naszym interesie.

Jeśli Pan chce raz na zawsze pozbyć się tych kilogramów bezwartościowej "literatury", jest na to prosty sposób. Wszystkie legalne firmy marketingowe i reklamowe zrzeszone są w CMA. Proszę tam napisać:
Canadian Marketing Association.
Mail Performance Service
1 Concorde Gate, Suite 607
Toronto, ON M3C 3N6
Tel: 416–391–2362, Fax: 416–441–4062, e-mail: info@the-cma-org
i poprosić ażeby skreślili Pana nazwisko z: all commercial direct mailing lists.

Proszę zachować kopię listu. I dać im 6 tygodni na wprowadzenie Pana prośby w życie.

Także, już za kilka dni będziemy wreszcie mogli pozbyć się tych namolnych tele-marketerów. Albowiem od 30 września 2008 "The Canadian Radio-Television and Telecommunications Comission" po iluś tam latach obietnic, rzeczywiście wprowadza w życie DO-NOT-CALL listę. Jest to darmowa rejestracja numerów telefonicznych osób, które nie życzą sobie niepożądanych telefonów od tele-marketerów (najczęściej, kiedy chlapiemy się w wannie, siadamy do kolacji, lub przerywają nam milsze przyjemności).

Efekt tej rejestracji odczujemy dopiero po upływie 31 dni, gdyż tyle czasu potrzeba na usunięcie numeru telefonicznego z list tych ancymonków.

Natomiast, jeśli po upływie tego terminu, jeszcze ciągle będą nas niepokoić nieproszonymi telefonami, należy zawiadomić o tym bezzwłocznie Bell Canada (która na mocy 5-cioletniego kontraktu zawartego z CRTC będzie ten zakaz monitorowała).

Wyłączone z zakazu pozostają tylko: instytucje charytatywne, partie polityczne, ankieterzy publicznych sondaży, prasa poszukująca nowych prenumeratorów, oraz firmy, z którymi (z własnej woli) pozostajemy w kontakcie.

A zatem, w ostatnim dniu tego miesiąca, należy wnieść prośbę o usunięcie naszego numeru telefonicznego z list tele-marketerskich przez wysłanie e-maila na adres:
www.LNNTE-DNCL.gc.ca lub telefonicznie pod numer: 1-866-580-3625. Dla osób z wadą słuchu, jest bezpłatny numer telefonu: 1-888-362-5889.

Na e-mailowe reklamy i "pop-upy" niestety, jak dotąd, nie ma moru. Blokowanie adresu takiej agresywnej firmy w komputerze nic nie daje.

Oni, jak kameleony, co dwa dni zmieniają swą nazwę. Jak wiemy, przestawienie jednej kropki czy innego znaku, stwarza zupełnie nowy, nierozpoznawalny adres e-mailowy.

Wtedy nie pozostanie Panu nic innego, jak tylko zmienić swój własny. Ja to zrobiłam kilka miesięcy temu. Z tego samego powodu. Jest to z początku nieco kłopotliwe (trzeba wysyłać zawiadomienia), ale działa bezbłędnie. I będzie Pan miał święty spokój. Przynajmniej do najbliższych Świąt. Kiedy to znowu masami zaczną napływać, na nowy już adres, śliczne karteczki ze skrzącymi się choinkami, św. Mikołajem wyjącym w niebogłosy ho, ho, ho, i ochoczo podskakującymi w takt (lub nie) reniferami. Jeśli Pan tych kartek nie otworzy i tym samym, nie potwierdzi odbioru, jest szansa, że po jakimś czasie Pana adres wyleci z krajowej listy. Ale nie adres nadawcy. Może warto by uprzedzić o tym najbliższych? Że, NIC ZA DARMO!

(28 września)


© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Dobre rady
Pomysły na dekoracje wnętrz
INFORMACJA o realizacji prawa do rekompensaty z tytułu pozostawienia nieruchomości poza obecnymi granicami Rzeczypospolitej Polskiej (tzw. "mienie zabużańskie")
Wybieramy rodzaj podłogi
Skąd się wzięła choinka?
Sąsiedzkie rady (190)
Jakie kolory do łazienki?
KOMPROMIS (sztuka sama w sobie)
Jak wybrać właściwe okna do domu?
Renesans zapomnianych roślin
Jak poprawić swoją ziemię?