Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 3 pazdziernika, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Komentarze, opinie

"Licentia poetica" kontra prawda historyczna
Jerzy Bukowski
Oct 3, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Nie cichnie wrzawa wokół ujawnionych opinii publicznej bulwersujących fragmentów scenariusza filmu "Tajemnice Westerplatte", którym reżyser Paweł Chochlew zamierza uczcić 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej.


Z jednej strony głos w obronie niczym nie ograniczonej wolności twórców zabierają znani filmowcy oraz niektórzy dziennikarze i publicyści, z drugiej powstają w całej Polsce obywatelskie komitety, protestujące przeciw wypaczaniu prawdy historycznej poprzez nadużywanie "licentia poetica" w opartym na faktach dziele sztuki.

Nie mam nic przeciwko artystycznej swobodzie, ani odbrązowianiu postaci z narodowego piedestału, jeśli tylko są poważne dowody na to, że nie były one aż tak pomnikowo nieskazitelne, jak przedstawiano je do tej pory w szkolnych podręcznikach. Najważniejsze są jednak dla mnie w takich sytuacjach wypowiedzi historyków.

Ci, którzy od wielu lat opisują minuta po minucie przebieg obrony Westerplatte ze zdumieniem dowiadują się zaś, że młody reżyser odkrył zupełnie nieznane im zdarzenia, które miały jakoby miejsce między 1 a 7 września 1939 roku w wojskowej składnicy tranzytowej.

Ponieważ żywię uznanie dla potwierdzonej studiami, tytułami naukowymi i znacznym dorobkiem fachowości ludzi zawodowo badających nasze dzieje, z dezaprobatą wysłuchuję argumentów Chochlewa, który - wbrew ich jednoznacznym wypowiedziom - twierdzi, że opiera się na "powszechnie znanych faktach" i powołuje się na niezidentyfikowanych świadków skandalicznych zachowań załogi Westerplatte, od majora Henryka Sucharskiego poczynając, a na szeregowcach kończąc. W tej konfrontacji nie ma on żadnych szans.

Rozumiem, że chęć uatrakcyjnienia za wszelką cenę filmu poprzez nadanie mu sensacyjnej wymowy nęci wielu twórców, ale nawet najbardziej oryginalni z nich powinni sami wyznaczać sobie nieprzekraczalne granice, za którymi rozpościera się już wyłącznie fikcja.

Autor albo robi całkiem z założenia abstrakcyjne (a więc także ahistoryczne) dzieło sztuki i wtedy może sobie pozwolić niemal na wszystko, albo odwołuje się do ustalonych przez specjalistów z danej dziedziny faktów i wtedy jego fantazja musi zostać nieco poskromiona.

Wyobraźmy sobie, że jakiś twórca bierze na warsztat postać Jana Pawła II, ale - chcąc zabłysnąć i stać się bohaterem mediów - postanawia rzucić na nią nowe światło, w niczym nie ograniczając się wszechstronnie już przecież przebadaną biografią papieża-Polaka.

I tak jak Chochlew pokazuje fikcyjną scenę z żołnierzami sikającymi na portret marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, tak on konstruuje romans młodego Karola Wojtyły z jedną z parafianek w Niegowici. A kiedy oburzeni katolicy zapytają go, czy ma na to jakieś historyczne dowody, odpowiada, że dotarł do wiarygodnych osób, które potwierdziły mu taką historię (jak pisał Aleksander Fredro: "nie brak świadków na tym świecie").

Pojmując w taki sposób "licentia poetica", można też przedstawić Józefa Piłsudskiego rozmawiającego w 1920 roku przez tajną linię telefoniczną z Włodzimierzem Leninem (taka plotka funkcjonowała w endeckim środowisku) lub zasugerować patriotyczną motywację poczynań Wojciecha Jaruzelskiego (przyklasną temu postkomuniści) i w ogóle wymyślić dowolną bzdurę, byle tylko zyskać chwilowy rozgłos, mieć swoje pięć minut w mediach, a może nawet stanąć przed sądem w widowiskowym procesie o zniesławienie, kreując się podczas niego na tragiczną ofiarę cenzorskich zapędów i dzielnego obrońcę wolności twórczej. A co najgorsze, część opinii publicznej uzna, że może jednak artysta miał trochę racji, bo "w każdej plotce jest odrobina prawdy".

Odwieczną rolą artystów jest łamać utarte schematy, epatować nowością formy oraz oryginalnością treści, iść pod prąd akademickim regułom, a nawet wywoływać skandale, by zadziwić i oszołomić publiczność.

Dlaczego ich nieokiełznana swoboda ma jednak stawać w poprzek historycznej prawdy, zwłaszcza jeśli jej wypaczanie i fałszowanie w imię "licentia poetica" niesie ze sobą krzywdę bezpodstawnie posądzonych o niecne czyny osób?


© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Komentarze, opinie
Po korepetycje za Ocean
Kpiny w biały dzień
Jesteśmy znów świadkami historii
To już dwadzieścia osiem lat...
Multum dobra, trochę zła
Dar dla kolejnych pokoleń
Dziękuję nie tylko za indyka
Ceny politycznych przepychanek
Dziękujmy, bo jest za co
Jak zdążyć na czas?