Mówi się, że życie lubi płatać figle, ale o ile częściej zdarza się, że to nasz własny umysł lubi sobie z nas zadrwić. A jak do tego dojdzie jeszcze transformacja z jednego języka na drugi, jaką przechodzimy na imigracji, to już mamy mieszankę wybuchową, że nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać.
Nauka nowego języka jest na pewno ciężkostrawnym procesem. Jednak czasem w zależności od tego, w jakim wieku osiedlimy się na nowej ziemi, proces ten może przybierać łagodniejsze formy. Nie ma chyba wątpliwości, że maluchy mają najłatwiej w tej kwestii. Zanim ukształtują im się do końca narządy mowy oraz wszystkie procesy świadomego korzystania z języka, są w stanie przyswoić sobie najtrudniejsze dźwięki i w sposób naturalny porozumieć się w obu językach, bez zastanawiania się, po jakiemu i jak to powiedzieć. Niestety my, dorośli, już nie mamy tego szczęścia i musimy się po prostu, prędzej czy później, nauczyć drugiego języka.
Zasiadając dziś do tego tematu nie mam zamiaru traktować go od strony lingwistycznej, jednak jako imigrant doświadczam coraz częściej śmiesznych i mniej śmiesznych sytuacji, w których sama nie rozumiem, po jakiemu mój mózg pracuje.
Powinno to być proste, jestem w polskim towarzystwie - mówię i myślę po polsku; anglojęzycznym - mówię po angielsku, ale myślę po polsku. Jednak nie jest tak i nie jest to także kwestia, z jakiego kraju przybywamy. Każdy imigrant zmaga się z taką transformacją i założę się, że nie raz i nie dwa, gdy zagalopowujemy się w dialogu, gdy nie zastanawiamy się nad tym, jak coś powiedzieć, tylko raczej co, zdarzają nam się "wpadki" językowe.
Zwłaszcza gdy jesteśmy w sytuacjach, w których nasze zachowanie ma charakter podświadomy, jakby zapamiętany czy automatyczny, wtedy najłatwiej o pomyłkę.
Miejscami, gdzie ja non stop popełniam takie błędy jest ulica i sklep. Tam dopiero daję upust swoim bilingwalnym zdolnościom. Wyrażenia typu: ile to kosztuje, proszę, dziękuję, przepraszam - wszystko to regularnie wyrażam w innym języku niż powinnam, bez względu z kim rozmawiam. Co gorsza, gdy byłam na wakacjach w Polsce, także mi się to zdarzało. Niby dobrze wiem, co chcę powiedzieć, ale w zagalopowaniu komunikuję się tak, jak mi nasunie się na koniec języka.
Oczywiście, nie robimy tego świadomie ani celowo, są to naturalne procesy, a właściwie etapy, w nauce drugiego języka. Nikogo to raczej też nie dziwi, wystarczy przeprosić i z głowy. Kanada jest na tyle wielojęzyczna, że właściwie prawie każdy zna takie wpadki z własnego doświadczenia. Jeśli przebywamy w grupce wymieszanej kulturowo, to przecież na porządku dziennym słyszymy rozmowy nie tylko po angielsku.
Na przykład wyrażanie emocji (tych pozytywnych i negatywnych) często niesie ze sobą sformułowania automatycznie zakodowane w naszym rodzimym języku. Wydaje się to nam bardziej naturalne i chyba szczere po prostu.
Interesujące jest przyjrzenie się, w jakim języku porozumiewa się rodzina, która tu imigrowała. Chyba nie ma reguły, ani żadnego wytłumaczenia, dlaczego jest tak albo inaczej. Po prostu, człowiek oczywiście wybiera prostsze rozwiązanie. Więc najczęściej jest tak: dzieci - po tutejszemu, rodzice - w swoim ojczystym języku, wplatając angielskie wyrażenia w trakcie, a jeśli jest rodzeństwo to ono zazwyczaj również porozumiewa się między sobą w ich nowym języku - to się dopiero nazywa kogel mogel.
Wszystko to jest normalne i przejściowe w pierwszych fazach przechodzenia na inny język, później proces zaczyna być już bardziej złożony i w sumie jesteśmy trochę bezradni wobec tego, co się dzieje w naszych głowach. Nie wiem, jak inni, ale w moim przypadku wiele zależy od tego, z kim spędzam większość czasu. Jeśli np. całymi dniami rozmawiam po angielsku i jeszcze coś piszę w tym języku, to myśli automatycznie zaczynają mi się formułować po angielsku. I odwrotnie, po weekendzie spędzonym w polskim towarzystwie poniedziałkowe rozmowy w pracy początkowo ciężkie są do przełamania.
Tak samo dziwne jest formułowanie nowych myśli czy wyrażeń. Wiadomo, że często języka nie można dosłownie przełożyć i jeśli utarły nam się już jakieś wyrażenia w tym drugim języku, to one jako pierwsze nasuwają nam się na myśl do wyrażenia tego czy tamtego. Hmm... niby naturalne.
Jesteśmy teraz mieszkańcami Kanady i, aby dobrze zrozumieć tutejszą kulturę, musimy przestawić się na obowiązujący tu tok myślenia, a także pisania. A jeśli jeszcze nasz zawód tego wymaga, musimy nawet dogłębniej zapoznać się ze standardami wypowiedzi i całym zapleczem kulturowym, co bez wątpienia jest bardzo trudne do opanowania w pierwszych latach imigracji. Nie ma niestety magicznego przełącznika, który na zawołanie zmieniałby cały nasz proces myślenia i przekładania języka, na taki, jakiego właśnie potrzebujemy. Póki co, pocieszam się, że od kiedy Kanada stała się krajem imigrantów, takie dylematy językowe ma co któryś jej mieszkaniec.
Nie jesteśmy więc sami. Jednocześnie nie chcemy przecież utracić naszej rodzimej mowy całkowicie, byle by tylko ten kogel mogel dało się jakoś okiełznać, ale to chyba przychodzi z czasem....
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.