"Dziennik": Polacy wolą mieć wolne 6 stycznia niż 1 maja
Polacy wolą mieć dzień wolny od pracy w Święto Trzech Króli niż w Święto Pracy - wynika z sondażu TNS OBOP na zlecenie "Dziennika".
63 proc. respondentów uznało, że 6 stycznia czyli Święto Trzech Króli powinno być dniem wolnym od pracy. Przeciwnego zdania było 29 proc. osób, a 8 proc. nie miało sprecyzowanej opinii na ten temat.
Jednocześnie ponad połowa ankietowanych (52 proc.) stwierdziła, że gdyby miała decydować, który dzień jest wolny od pracy - czy 6 stycznia czy 1 maja - wybrałaby Święto Trzech Króli. Za Świętem Pracy opowiedziało się 35 proc. badanych. 7 proc. uznało, że oba dni powinny być wolne, a 2 proc. - że żadne z nich. 4 proc. respondentów nie udzieliło odpowiedzi na pytanie.
Gazeta przypomina, że o tym, czy dzień 6 stycznia będzie wolny od pracy posłowie zdecydują za dwa tygodnie. Podczas piątkowej debaty w Sejmie PO i Lewica były temu przeciwne. Poseł PO Jarosław Gowin powiedział jednak "Dziennikowi", że wyniki sondażu wskazują, że jego partia powinna rozważyć wprowadzenie wolnego 6 stycznia zamiast 1 maja.
•••
"Puls Biznesu": Polacy wydadzą na hazard 17 mld złotych.
W 2008 roku Polacy wydadzą na hazard 17 mld złotych. To więcej niż roczny zarobek wszystkich kasyn w Las Vegas - donosi "Puls Biznesu".
Z danych resortu finansów, do których dotarła gazeta wynika, że w 2007 r. na gry i zakłady wydaliśmy prawie 12 mld zł, aż o 47,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Szacunki dotyczące tego roku pokazują, że ta tendencja nie tylko się utrzyma, ale jeszcze wzrośnie. W 2007 r. najszybciej rozwijał się sektor automatów o niskich wygranych. Jest ich w Polsce ponad 35 tys., w ubiegłym roku Polacy wydali w nich 4,9 mld zł. O ponad 40 proc. wzrosły przychody z automatów wysokohazarodowych ustawionych w kasynach - z 1,47 mld zł do 2,07 mld zł. Także Totalizator Sportowy w ubiegłym roku zanotował wzrost sprzedaży gier liczbowych i loterii o 20 proc.
•••
"Gazeta Wyborcza": Restauracja w Operze Narodowej
Od października dyrektorami warszawskiego Teatru Wielkiego - Opery Narodowej mają zostać Mariusz Treliński jako dyrektor artystyczny i Waldemar Dąbrowski jako dyrektor naczelny - dowiaduje się nieoficjalnie "Gazeta Wyborcza" w resorcie kultury.
Treliński i Dąbrowski zastąpiliby Michała Znanieckiego, dotychczasowego p.o. dyr. artystycznego, oraz Janusza Pietkiewicza, dyrektora naczelnego. Byłaby to kolejna w ciągu kilku lat rewolucja personalna w warszawskiej operze. We wtorek resort kultury przesłał pismo w tej sprawie do związków zawodowych, by wyraziły opinię.
Kontrowersje wokół dyrekcji Opery - dysponującej największym budżetem instytucji kultury w Polsce - trwają od sierpnia 2006 r., kiedy decyzją ówczesnego ministra kultury Kazimierza M. Ujazdowskiego (PiS) Pietkiewicz i Ryszard Karczykowski zastąpili obiecujący tandem Mariusz Treliński - Kazimierz Kord. Uniemożliwiło to realizację ambitnych projektów oraz reformy artystycznej, którą rozpoczęli w 2005 r. - przypomina "GW".
•••
"Rzeczpospolita": Oficer z dyplomem jak przed wojną
Awanse na stopnie podoficerskie, oficerskie i generalskie zyskają nową, nawiązującą do lat międzywojennych, oprawę - zapowiada "Rzeczpospolita".
Z inicjatywy Biura Bezpieczeństwa Narodowego przygotowano wzory nowych dyplomów, które będą dostawać oficerowie i podoficerowie mianowani na te stopnie. Ostateczne wersje będą gotowe do połowy listopada. We wtorek zespół ekspertów BBN wprowadzał ostatnie poprawki.
Podoficerowie mają teraz dostawać z rąk dowódców rodzajów wojsk dyplomy podoficerskie.
Na czerpanym papierze będą widniały cztery orły: Wojsk Lądowych, Marynarki Wojennej, Sił Powietrznych i Wojsk Specjalnych. Na centralnym miejscu jest godło narodowe.
Oficerowie, absolwenci wojskowych uczelni, dostaną patenty oficerskie. Mają one swoją symboliką nawiązywać do tradycji historycznych, m.in. polskiej husarii i ułanów. Patenty będzie wręczał minister obrony narodowej.
Natomiast z rąk prezydenta dostaną je prymusi wojskowych uczelni. Do kompetencji głowy państwa należeć też będzie wręczanie nominacji generalskich. Na uroczystym dokumencie oprócz tzw. wężyka generalskiego będą wizerunki Orderu Krzyża Wojskowego i Orderu Virtuti Militari.
W resorcie obrony ma powstać specjalny zespół, który zaopiniuje wzory nowych patentów. Na ukończeniu jest też projekt rozporządzenia w tej sprawie. Wiele wskazuje na to, że generałowie mianowani 3 maja 2009 roku dostaną nowe nominacje - ocenia "Rz".
•••
"Metro": Biedny płaci więcej
Markowe sklepy zarabiają, nie tylko windując ceny swoich produktów. Większość tych, które sprawdziło "Metro", zarabia także, zawyżając ceny przy przeliczeniu ich z euro na złote.
Smyk - bardzo popularny sklep z artykułami dla dzieci. Tu ceny wszystkich towarów podane są nie tylko w złotych, ale również w euro. Spostrzegawczy klient szybko zauważy, że lepiej wyszedłby, gdyby w Smyku mógł płacić w europejskiej walucie.
Np. koszulka, której polska cena to 39,90 zł, w euro kosztuje tylko 9,9, czyli po przeliczeniu - 32,67 zł - Niestety. Nie ma możliwości, żeby zapłacił pan w euro. Przyjmujemy tylko złote. Nie mam pojęcia, po jakim kursie są przeliczane ceny - informuje kasjerka w Smyku.
Identycznie było w salonie z ciuchami H&M, gdzie np. bluzka kosztuje 59,90 zł lub 14,9 euro (w przeliczeniu 49,17 zł), a dziecięce spodenki 39,90 lub 9,9 euro (czyli 32,67 zł).
Jak to możliwe? Przy przeliczaniu cen z euro na złote sprzedawcy we wszystkich sprawdzonych przez "Metro" sklepach ustalają ich wysokość tak, jakby euro kosztowało w Polsce ok. 4 zł! Dziś jest jednak o 70 gr tańsze. Europejska waluta była tak droga, ale trzy lata temu.
- Dostajemy już pometkowane ubrania. Nie mamy żadnego wpływu na ceny - broni się ekspedientka z H&M.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przyznaje, że nie ma wpływu na te praktyki - pisze "Metro". - Może to nas irytować, ale ceny dyktuje popyt i podaż. Jeśli przedsiębiorca uzna, że w Polsce może pozwolić sobie na wyższą cenę niż w Niemczech i Paryżu, a i tak znajdzie na swój towar nabywców, to nie możemy mu tego zabronić - przyznaje Kamila Kurowska z UOKiK.
Ekonomista Marek Zuber, prezes doradczej firmy Dexus Partners, nie ma jednak wątpliwości, że sklepy poprzez niekorzystne dla klienta przeliczanie cen z euro na złote znalazły sobie dodatkowe źródło zarobku.
- Jestem jednak przekonany, że gdyby sytuacja była odwrotna, i to euro umocniłoby się w stosunku do naszej waluty, żadna sieć nie miałaby najmniejszych problemów, żeby ceny szybko przeliczyć w górę i je podnieść. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest wejście do strefy euro. Wtedy zaczniemy płacić tyle, ile płacą obywatele całej Wspólnoty - mówi Zuber.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.