Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 19 wrzesnia, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Komentarze, opinie

CZY BURZYĆ LEGENDY?
Witold Liliental
Sep 19, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem


Od kiedy datuje się moja pamięć, od kiedy nauczyłem się rozumieć, że jestem Polakiem, świadomość ta dochodziła do mnie poprzez legendy, opowiadane mi przez Matkę, o dzielnych i szlachetnych czynach Polaków. Gdy ich słuchałem, rosła we mnie duma i wyobrażałem sobie, że jesteśmy najwspanialszym narodem na świecie. Kiedy jeszcze nie rozumiałem, co właściwie łączy kobietę z mężczyzną, już z dumą powtarzałem innym dzieciakom na podwórku o Wandzie, co nie chciała Niemca. I nawet nikt się nie zastanawiał, bo było oczywiste, że Polacy są dobrzy, a Niemcy źli. Więc czyn Wandy był bohaterski i patriotyczny, choć tego słowa jeszcze nie znałem, aczkolwiek dobrze rozumiałem jego istotę. Ponieważ wokół nas jeszcze trwała wojna i nawet w moim wieku pięciu lat rozumiało się, że o pewnych sprawach nie wolno głośno mówić, mój towarzysz najmłodszych lat Władzik powierzył mi na ucho w wielkiej tajemnicy, że "książę Józef Poniatowski dobrze Niemców kropił, tylko to nieszczęście, że się nam utopił".

Już po wojnie wzrastałem świadom dwóch wielkich polskich legend: Wandy i księcia Józefa. Wyobrażałem sobie dzielnego księcia, rzucającego się w fale Elstery. Do tych dwóch dołączyć miały legendy bitwy pod Grunwaldem, Powstania Warszawskiego, Westerplatte i wreszcie żołnierza, który widział gruzy na szczycie, szedł po makach i ginął. Używam tu celowo wyrażenia "legenda" nie żeby podważyć prawdziwość historyczną zdarzeń, lecz po to, ażeby zaznaczyć, że każde z nich wyobrażałem sobie na swój dziecięcy, później młodzieńczy sposób i budowałem sobie ich obraz, z pewnością odbiegający od rzeczywistości. Legendy te odegrały niemałą rolę w kształtowaniu mojej tożsamości. A kiedy dorastałem i z chłopca stawałem się mężczyzną w dalekiej Południowej Afryce, moim największym marzeniem był powrót do wolnej Polski.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że moi rówieśnicy w Polsce w tym samym czasie karmieni byli zgoła inną legendą - o ojcu narodów, przywódcy świata i dobroczyńcy Polski. Były też i pomniejsze legendy: o generale, który się kulom nie kłaniał, i o bohaterskim żołnierzu radzieckim, który swe życie poświęcał dla wyzwolenia Polski. Nie wszyscy mieli rodziców dostatecznie przygotowanych do tłumaczenia im, że w rzeczywistości jest całkiem inaczej. Nie wszyscy nawet mieli po wojnie rodziców w ogóle. Hasła brzmiały pięknie. Mówiły o sprawiedliwości ludu pracującego miast i wsi, o konieczności postępu i zwalczania analfabetyzmu. Nie dziwię się i nie obwiniam tych, którzy w te nowe legendy szczerze uwierzyli. A potem przyszedł rok 1956 i legendy te legły w gruzach. Wielu młodych entuzjastów przeżyło prawdziwy szok. Bo nic tak nie boli, jak obalenie mitu, w który się głęboko wierzyło.

Powoli i po cichu zaczęły odżywać też stare legendy, szeptane, co prawda, bo głośno o nich nie można było mówić. Starsi uczniowie pod ławką czytali dawne opisy Cudu nad Wisłą, opowieści o bohaterskich lotnikach polskich w Anglii, którzy dotychczas byli nawet niewspominani. Wszystkie te wydarzenia powracały do zbiorowej pamięci Polaków i żyły w sercach i umysłach, urastając do wielkich epopei narodowych.

Nie jestem przeciwnikiem legend, o ile są one oparte na prawdzie. Uważam, że legendy są spoiwem, które łączy i zespala narody. Tak więc odgrywają pożyteczną i pozytywną rolę. Pod warunkiem jednak, że rzeczywiście oparte są na prawdzie. Jeśli nawet wytłumaczy się, że "Cud nad Wisłą" nie był w istocie żadnym nadprzyrodzonym cudem, tylko wyjątkowo mądrym i skutecznie przeprowadzonym manewrem oskrzydlenia bolszewików, nie umniejsza to w niczym bohaterstwa żołnierza polskiego, ani historycznego znaczenia tej bitwy i zwycięstwa dla Polski i Europy. Historyczna prawda nie jest w tym przypadku żadnym burzeniem legendy. Jeśli dziś, w oparciu o historyczne fakty, obala się mity o szarżach kawaleryjskich na czołgi, nie burzy się ogólnego, prawdziwego przeświadczenia o heroizmie polskiego żołnierza we wrześniu 1939 r. Takie legendy powinny żyć i trwać. Jeśli pisze się prawdę o niezbyt chlubnych zachowaniach pewnych grup Polaków w czasie okupacji i bezpośrednio po niej, nie burzy to przecież całokształtu obrazu bohaterstwa narodu, a raczej dodaje wiarygodności, pokazuje, że możemy dziś mówić swobodnie o wszystkim.

Ale przyszła dziś moda na burzenie legend, które potrzebne są narodowi. Dawniej jedynie skrajna prawica robiła wszystko, żeby podważyć wiarygodność Lecha Wałęsy, ale w końcu mało kto brał jej enuncjacje poważnie. Dziś, gdy potrzeba wsparcia ze strony tejże frakcji dyktuje kierunki personalno-polityczne, Lech Wałęsa, legenda Solidarności i drugi po Janie Pawle II najlepiej na świecie znany Polak, stał się obiektem zajadłej nagonki. Bez bezpośrednich dowodów, tylko w oparciu o pewne domniemania, mówi się o nim i pisze, jakby już był przez sąd uznany za zdrajcę. Człowiek ten przeszedł do historii świata dzięki faktom, które Polacy dobrze pamiętają. Miliony ludzi wiązało z nim nadzieje. Miliony ludzi doczekało się wolnej Polski dzięki temu, że on nadstawił karku. Ale dziś rocznice strajków w stoczni i powstania wolnych związków zawodowych obchodzi się tak, jakby on nie istniał, jakby to wszystko stało się bez jego udziału. I to nie na Białorusi, tylko w Polsce, państwie demokratycznym. A jego towarzyszy, autentycznych działaczy, dziś niegodnie oskarża się o agenturę. Smutne to, że burzy się celowo legendę już nie tylko polską, ale i całego wolnego świata.

I jeszcze jedno mnie niepokoi. Bohaterska obrona Westerplatte też jest ważną polską patriotyczną legendą. Powstający właśnie film ma ukazać całkiem inną postać dowódcy tej placówki, mjr. Henryka Sucharskiego. Możliwe, że istotnie było nie tak, jak przywykliśmy wierzyć. Jestem zawsze za historyczną prawdą. Wątpię jednak, czy istnieją niezbite dowody tego, jak było w rzeczywistości. Ani mjr Sucharski i ani kpt. Dąbrowski nie żyją. Nie mam wyraźnego, stanowczego zdania, co do tworzenia takiego filmu i nie proponuję żadnej cenzury. Ale zastanawiam się, czy warto teraz obalać legendę drogą sercom wszystkich Polaków.


© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Komentarze, opinie
Po korepetycje za Ocean
Kpiny w biały dzień
Jesteśmy znów świadkami historii
To już dwadzieścia osiem lat...
Multum dobra, trochę zła
Dar dla kolejnych pokoleń
Dziękuję nie tylko za indyka
Ceny politycznych przepychanek
Dziękujmy, bo jest za co
Jak zdążyć na czas?