Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 8 sierpnia, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Komentarze, opinie

Kwadratowy stół dla zwykłego obywatela
Małgorzata P. Bonikowska
Aug 8, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Zapiski na gorąco


Wakacje to czas wyjazdów. My imigranci zawsze będziemy rozdarci - czy poznawać nowe miejsca na świecie, czy lecieć tam, dokąd serce ciągnie, bo przecież "nie ma jak u Mamy..." - do Polski. I często ta druga opcja zwycięża, bo i rodzina, i przyjaciele, i stare kąty, które coraz bardziej się zmieniają i coraz trudniej w nich odgrzebać to, co pamiętamy z dawnych lat. Jedziemy na owe wykopaliska, pieczołowicie odkurzając wspomnienia czasów i miejsc, których już nie ma w sensie fizycznym, ale jakże żywo istnieją w naszej pamięci.

Są też powroty - mało kto nie wraca tu, za Ocean, z poczuciem pewnej ulgi. Jasne, że smutno się rozstawać z przeszłością (=młodością...), ale jednak nie da się ukryć, że miło jeździ się po dobrych drogach, bez konieczności walki na śmierć i życie o pierwszeństwo, że dobrze jest, kiedy większość tego co ma działać, działa, a problemem poruszanym na pierwszych stronach gazet jest to, czy dać ludziom suszyć bieliznę na sznurkach koło domu, czy nie, bo wygląda to mało estetycznie.

Nasza scena polityczna w Kanadzie jest - powiedzmy sobie szczerze - NUDNA. No, gdyby nie były minister Maxime Bernier, który na szczęście wdał się w romans z kobitką powiązaną z gangami i u niej to w domu zostawił na kilka tygodni notatki o charakterze bynajmniej nie prywatnym - to o czym by się mówiło i pisało? Nie ma już skandali sponsorskich, a kuratoria katolickie, głównie to w Toronto, które finansowało z pieniędzy podatnika frykasy, drinki i ciuszki, ba, nawet wojaże tzw. trustees (etymologicznie wydawałoby się, że to ci, którym powinniśmy móc ufać!), jakoś sprawy wyprostowały, pozwalniały kogo trzeba i jest znowu cacy. Czyli - nie ma się czym podniecać, poza jakimiś drobnymi aferkami tu i tam, które ledwo podtrzymują poziom adrenaliny przeciętnego Kanadyjczyka na zbliżonym do właściwego.

Dużo rozmawiam ze znajomymi, a także z czytelnikami Gazety o ich wojażach do Kraju-Matki i wrażeniach z tychże. Kiedy się już obierze owe powojażowe opowieści z łzawych sentymentalizmów, a także ochów i achów na temat kolejnych pokoleń, które wyjechały do Londynu czy Irlandii i są zachwycone, na temat willi kuzyna czy samochodu kuzynki, w niektórych przypadkach dochodzi do głębszej analizy tego, co udało się im łyknąć z tzw. zwykłej rzeczywistości. I tu, niestety, nie da się nie zauważyć wspólnego mianownika.

Ten wspólny mianownik to rozczarowanie i zmęczenie ludzi żyjących w Polsce polityką, a raczej jej inwazją w życie codzienne poprzez przekazy medialne. No jasne, że media żerują na sensacjach, a tych przecież na polskiej scenie politycznej nie brak. Nie są to już, trzeba przyznać, czasy słynnej koalicji IV RP (?), kiedy już to Lepper (i jego świta), już to Giertych, żeby nie wspomnieć o partii rządzącej, dawali codziennie powody do autentycznego osłupienia, ale jednak zawsze można liczyć na jakiś smaczny kąsek. Jak nie Gross ze swoją książką i pojedynkiem z Chodakowiczem, to Wałęsa i jego batalia z IPN-em, czy tragiczna strata prof. Geremka i haniebne nań reakcje.

Jak to wszystko, co napełnia portfele ludziom mediów, ma się do zwykłego szarego obywatela? NIJAK. Zwykły szary obywatel ma już dosyć roztrząsania przeszłości, rozdzielania włosa na siedmioro i ośmioro, i mało, coraz mniej go obchodzi kto spłodził potomka Anety K., czy Bolek to Lechu czy ktoś inny, czy dziadek premiera był wcielony na siłę do Wehrmachtu, czy żona prezydenta nosi mu kanapki, czy drugi bliźniak ma brudne buty i nie ma konta w banku, czy prezydent A.K. wykłada tu czy tam, a już na pewno czy miał ten dyplom czy nie, ba, nawet czy generał w ciemnych okularach powinien był 13 grudnia przy dźwiękach Chopina ogłaszać stan wojenny, czy Gwiazdowie i Walentynowicz, czy raczej Wałęsa i Lis mówią prawdę, jak w tej stoczni było 28 lat temu...

Tymi aferami żyje świat, który dzięki nim istnieje i prosperuje. A zwykły obywatel chce dobrze zjeść, zapłacić swoje rachunki, pojechać nad Świder czy inną lokalną rzeczkę, obejrzeć przebój kasowy w dobrym klimatyzowanym kinie, poczytać o tym, kto z kim się rozwodzi albo bierze ślub, zaprosić kumpli i ich żony na zakrapiane imieniny, rzucić kasą z okazji ślubu chrześniaczki i spędzić wakacje w ciepłych krajach.

Kłopot z tym, że lista tego, co by obywatel chciał, skonfrontowana z tym, co może - wymaga coraz większego skracania. A przecież nie są to wymagania na miarę finansowych elit. Bo nie dla zwykłego obywatela są apartamenty z security przy wejściu, samochody z eleganckich salonów firmowych, garnitury od Armaniego czy okulary Prady. Zwykły obywatel chce po prostu nie martwić się o jutro, a coraz częściej musi się martwić nawet o resztę dzisiaj.

Rozpolitykowani politycy jakby zapomnieli, że ich zadaniem jest rozwiązać podstawowe problemy swoich wyborców. Nie tych, którzy na weekend latają do Nowego Jorku, ale tych, którzy przeżyli wojnę, stalinizm, komunę, potem transformację i którym zawsze obiecywało się, że tym razem będzie lepiej, na pewno. Gdzieś zagubiło się to, co jest ważne i najważniejsze - bezpieczne drogi, dostęp do lekarzy, szpitali i leków, dobra, solidna edukacja dla zwykłych ludzi. W szaleństwie walk i podjazdów, sporów i aliansów, zniknął zwykły człowiek, o którego przecież tak na prawdę chodzić powinno przede wszystkim - polski odpowiednik tutejszego "molsona", Polak z prowincji, albo z przedmieści, mieszkający w bloku i jeżdżący autobusami. Żaden z nich nie powinien stać przed uginającymi się półkami w supermarketach i trzeci raz przeliczając drobne monetki z portmonetce, zastanawiać się, czy powinien kupić ćwiartkę najtańszego chleba, czy dwa jajka.

Nie wiem, kto w Polsce rozwiąże problemy nauczycieli, środowiska medycznego, emerytur, szos i nagminnych kradzieży - zaczynam się martwić, że coraz mniej jest szans na to, iż uczyni to ktokolwiek z tych, których mają do wyboru skołowani, zmęczeni i sfrustrowani zwykli ludzie. Może czas, aby zamiast podniecać się kolejną debatą w Sejmie i ripostą polityka A na sensacyjne wypowiedzi polityka B, wspólnie zasiąść przy kwadratowym stole, skoro ten okrągły dalej budzi tyle emocji, i przy udziale szarych komórek wszystkich polityków dobrej woli wymyślić megaplan i sposoby jego finansowania i realizacji. Żeby zwykły człowiek mógł za kilka lat powiedzieć, że nareszcie żyje mu się lepiej. Naprawdę.

© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Komentarze, opinie
Opłatek na Titanicu
Nie uszczęśliwiać na siłę
Książka warta przeczytania
Sprawcy śmierci, a niewinni
Zwodniczy punkt
Najlepiej wymazać
Świat jest do wymiany
A co mi tam jakiś będzie mówił…
Dziewięćdziesiąt lat nam stuknęło
Po korepetycje za Ocean