Zapłakana kobieta przyjeżdża do Warszawy z wioski Narty, położonej na ziemiach odzyskanych, i mówi: "Jeśli jesteśmy niepotrzebni jako obywatele polscy, proszę nas wywieźć do lasu i wystrzelać". W grudniu dom, w którym Władysława Głowacka z mężem mieszkają od lat, zostanie przejęty przez kobietę, która była jego właścicielką przed wysiedleniem jej z tych ziem, czyli przed przesunięciem granic Polski na zachód. Ta "drobna kartograficzna korekta" oznaczała wtedy, ale, jak widać, i dzisiaj, po ponad 60 latach, takie oto tragedie. A najważniejsze, albo może najstraszniejsze, że dzieje się to w majestacie prawa.
Ci, którzy bronią obecnej mieszkanki domu w Nartach, używają argumentów, że dla pani Głowackiej to sprawa życia i śmierci i perspektywa niepewnej, tragicznej przyszłości, a ze strony Agnes Trawny - chciwość, żądza zysku. Posłanka PiS Iwona Arent powiedziała, że Agnes Trawny "nie kocha Polski i Polaków, a kocha pieniądze, wróciła tutaj nie z miłości do ojczyzny, tylko z miłości do pieniędzy i interesów".
Z pierwszym się zgadzam i współczuję całym sercem pani Głowackiej i jej mężowi - niełatwo w Polsce znaleźć środki na zakup nowego domu, a zresztą to nie chodzi o nowy, tylko o TEN, z którym łączą ich emocje i wspomnienia, setki ważnych, niezapomnianych chwil, nadzieje na przyszłość. Co do opinii o Agnes Trawny - no cóż, ktoś kto uważa, że coś zostało mu zabrane, niesłusznie, ma prawo się domagać zwrotu, ma prawo zwrócić się do sądu, przedstawiając swoje argumenty, na pewno także licząc, na podstawie porad sprawnych adwokatów, na literę prawa, pozwalającą na uznanie tych argumentów. Druga lokatorka domu, pani Moskalik, znajdująca się w takiej samej sytuacji jak państwo Głowaccy, powiedziała w telewizji, że nie ma pretensji do Agnes, że ta chce odzyskać swój dom, ma za to żal do kolejnych rządów, które nie zadbały, aby chronić prawem ludzi takich jak ona i państwo Głowaccy.
I tu właśnie jest kwestia: dlaczego możliwe było wydanie takiego właśnie wyroku przez sąd, po upływie tylu dziesięcioleci? Właśnie dlatego, że kolejne ekipy u steru państwa nie zadbały o załatanie tej dziury w prawie i o ochronę ludzi takich jak Głowaccy i Moskalikowie. Brak wyobraźni, inne priorytety? Teraz, jakże wygodnie dla polityków, sprawa staje się kolejnym kamieniem rzucanym przez jedną opcję polityczną w drugą, i na odwrót. Obecnie rządząca ekipa pyta dlaczego poprzednia nic nie zrobiła w tej sprawie, a poprzednia oskarża obecną i całym sercem i deklaracjami staje po stronie ofiar, podbudowując to narodowymi, nacjonalistycznymi argumentami, trafiającymi do jej elektoratu jak ziarenka w świeżo zaoraną, żyzną glebę.
Warto by to, co dzieje się na naszych oczach rozpatrzeć ze znacznie szerszego punktu widzenia - pytania: czemu i komu służy prawo? Dlaczego działa ono niejednokrotnie wbrew logice, wbrew zwykłemu ludzkiemu poczuciu sprawiedliwości, czy wręcz zdrowemu rozsądkowi.
Prawo, i w Polsce, i w Kanadzie, chociaż przecież są to jakże różne systemy, ma wspólną cechę. Służy przede wszystkim tym, którzy z niego żyją, a poza tym jest samonakręcającą się pozytywką. Nie chodzi w nim o to, kto ma rację, lecz kogo stać na lepszego adwokata, który potrafi po jego labiryncie poruszać się z większą swobodą, swadą i znajomością jego zaułków.
Sama idea dowodów, zwanych "inadmissible", czyli dowodów nie dopuszczonych w sądzie, to przecież z punktu widzenia tego, co jest słuszne i kto ma rację, zupełna paranoja. Jeżeli jest dowód, który wskazuje na to, że coś miało miejsce, jak można go nie dopuścić z przyczyn proceduralnych? Jak można udawać, że go nie ma i prowadzić sprawę dalej tak, jakby dany fakt nigdy nie miał miejsca!? Nie jeden wyrok zapadł właśnie dlatego, że sąd nie dopuścił pewnych świadków, zeznań czy dowodów.
Popatrzmy na przykłady z naszego kanadyjskiego podwórka. Słynny "pakt z diabłem", czyli porozumienie podpisane z Karlą Homolką, pozwalające jej de facto wywinąć się z odpowiedzialności za współudział w zbrodni jej męża, nie został unieważniony, kiedy ujawniono ukryte przez Paula Bernardo w suficie łazienki taśmy wideo, na których jasno widać, że Karla nie była żadną prześladowaną żoną, ulegającą tyranowi, ale chętną do pomocy dewiantką, która odegrała instrumentalną rolę w torturowaniu i mordowaniu Kristen French i Leslie Mahaffy, a także w gwałcie na jej własnej siostrze Tammy. Dlaczego ów chory "pakt z diabłem" nie został unieważniony w obliczu owych dowodów, które pokazywały jasno, że Homolka kłamała i że jest okrutną morderczynią? Dlaczego ona i jej mąż nie musieli odpowiadać i nie zostali skazani za spowodowanie śmierci młodszej siostry Karli, Tammy, którą najpierw odurzyli narkotykami, a potem zgwałcili, i która potem zadławiła się własnymi wymiocinami i zmarła?
Dlaczego? Bo takie są PROCEDURY! Nic nie szkodzi, że pozwalają winnym na uniknięcie adekwatnej kary, lub że karzą innych w sposób kompletnie absurdalny. Takie jest PRAWO.
Niestety, działając aktywnie w Polonii, miałam okazję spotkać wielu adwokatów i popatrzeć na działanie wielu sądów. Jakie są moje wrażenia?
Prawo wydaje się stworzone przez prawników - sędziów, obrońców, prokuratorów. Służy im, ich interesom, aby, uśmiechając się rozkosznie do oponenta na sali sądowej, wygrywając przychylność sędziego, mogli z podziwu godną erudycją zagłębiać się w detale tego czy innego podpunktu takiego czy innego paragrafu, kwestionować, opóźniać, utrudniać. Każdy następny dzień w sądzie to wszak kolejne tysiące dolarów, więc hulaj dusza! Do tego lepsze wystąpienie czy barwniejsza mowa to przecież plus w karierze, zauważany przez oponenta, jego świtę asystentów i sędziego. A nie ma nic ważniejszego niż reputacja... To taniec dla tańca, a czasem puszenie się pawi w celu pokazania, który ma najbardziej barwny ogon.
To prawo pozwala na opóźnianie, przekładanie, na wykorzystywanie tysięcy kruczków i furtek, aby osiągnąć cele nierzadko kompletnie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Oto przykład - ktoś zdefraudował, a przynajmniej roztrwonił, ogromne, nienależące do niego, publiczne pieniądze. Wszyscy o tym wiedzą. Pieniądze się kończą, bo zostały wydane na trwającą w nieskończoność sprawę sądową, na kolejnych kosztownych adwokatów. Ich topnienie obserwuje w majestacie prawa sąd, ale nic nie robi, aby powstrzymać to szaleństwo. Bo takie są procedury.
Raz tylko miałam okazję spotkać się z sytuacją, kiedy sąd i sędzia okazał się człowiekiem. Posłuchał zwykłych ludzi, otworzywszy po godzinach salę sądową, czytając przedtem nagryzmolone na kolanie, na pewno nie mające wiele wspólnego z wymaganymi procedurami uzasadnienie racji osób składających wniosek i wydał jedyny sprawiedliwy, słuszny wyrok - macie rację, zwykli ludzi, bez kosztujących tysiące dolarów adwokatów. W piątek po południu, kiedy powinien siedzieć przy grillu z drinkiem w ręku, wysłuchał i zrozumiał, nie obwarowując się względami proceduralnymi, ani takim czy innym precedensem.
To był jedyny taki przypadek. Poza tym - to, że mamy rację nie ma żadnego znaczenia. Ze swoją racją stoimy jak liliput z dzidą przed eskadrą czołgów. Jakie mamy szanse? Żadne! I tak najważniejsze jest, aby zarobili tancerze szalonego menueta, czyli adwokaci obu stron. Czy wygrają, czy przegrają, swoje i tak dostaną.
Wniosek? Prawo, które gdzieś u zarania dziejów miało pomóc w rozstrzyganiu konfliktów, jasno wyznaczając granicę między dobrem a złem, jest samonapędzającą się zimną machiną, sztuką dla sztuki. Jeśli tylko można - należy trzymać się od niego z daleka, jak najdalej!!!
A ci, którzy mają jakąś moc czy władzę, powinni dążyć do zmienienia go tak, aby zaczęło znowu służyć ludziom i orzekać, gdzie jest racja i gdzie przebiega granica między tym, co dobre, a tym, co złe.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.