Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 18 lipca, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Komentarze, opinie

Czerwone maki i swojskie klimaty
Izabela Sadowska
Jul 18, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Z przemyśleń imigrantki


Witam ponownie Czytelników na kanadyjskiej ziemi po wakacyjnej (jak dla mnie) przerwie. Mówi się, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. No i teoretycznie, tak powinnam odczuwać powrót do codzienności, pełnej mniejszych i większych problemów, trosk, ale, dzięki Bogu, radości także.

Jednak znane powiedzonko, a owszem, sprawdziło się, ale w przeciwnym kierunku. Kraj lat dziecinnych zapachniał dla mnie swojskością i makami, już w drodze z lotniska. I pomimo wciąż rozwalonych dróg we Wrocławiu (może nawet bardziej niż przed moim wyjazdem - Unia wciąż łoży na rozbudowę polskiego członka, i to tyle, że pan Dudkiewicz nie nadąża z jednym projektem za drugim!), korków i ciągle nienaprawionych dziur w drodze z portu lotniczego, i tak zobaczyć dziko rosnące maki i trawy w środku miasta to widok, za którym, nawet nie wiedząc, tęskniłam ogromnie.

I w ten sposób przypomniało mi się dzieciństwo i sedno mojej tęsknoty za polską osobliwością tej krainy (przesadziłabym pisząc, że mlekiem i miodem płynącej).

Zabawne, jak żyjąc tam, nigdy nie uświadamiałam sobie, że ta wcale niespecjalna, ani oryginalna przyroda, może okazać się tak cudna, po długiej nieobecności - o jak łatwiej mi teraz zrozumieć Adasia Mickiewicza. Wiedziałam, że tęsknię za architekturą miast, zabytkami, kamienicami wokół Rynku i ogólnie monumentalnym klimatem europejskości w każdym mniejszym czy większym mieście, ale i tu są dęby i świerki i tam, i tu są parki i trawy i tam - a jednak jest mała różnica: powszechna dostępność i różnorodność właściwie w zasięgu ręki. W ciągu pierwszego tygodnia spędzania rozkosznych chwil z rodzinką i polską codziennością, zamiast szalonych rozrywek wolałam delektować się zielenią traw, dzikimi lasami wokół mojego miasta, zapomnianymi strumykami i tym, że nie muszę robić specjalnie żadnych pięciogodzinnych podróży, żeby połazić z psem i powdychać świeżego powietrza (dzięki Bogu w Polsce wilgotność powietrza jest jeszcze znośna i aż się chce wyjść z domu). Polska jak długa i szeroka potrafi zaczarować swoim urokiem nie tylko niejednego turystę, ale także stałych i wiernych jej bywalców.

Cudnie też było także nasiąkać swojskością przez ten czas. Pytanie, które kołatało mi się po głowie to: czym tak naprawdę jest ta "swojskość". Raz, moja mama przyniosła do domu jajka prosto od kur, wraz ze słomą zresztą, i to właśnie dla niej oznaczała owa "swojskość". Wtedy doszło do mnie, że w sumie, takie jajka prosto od kury to dla mnie teraz są jakby nawet megaswojskie.

Po długiej nieobecności wszystko co typowo polskie i czego mi tutaj brakuje, przybiera charakter zwyczajności, ale w tym pozytywnym rozumieniu, tej naszej. Czegoś, co zawsze było w naszym życiu czymś naturalnym i niezauważalnym, dopiero gdy tego zabrakło, zaczyna jawić się jako niemalże fenomen. I tak: stanowczo twierdzę, że Kanada potrzebuje "ryneczków"! Co by nie mówić o marketach czy nawet chińskich dzielnicach, to nie ma to, jak babuleńka sprzedająca swoje działkowe produkty, trochę podgniłe, nie tak błyszczące, ale przynajmniej prawdziwe. I tak - "go green" także panuje nawet w naszym kraju. Zresztą, poranny wypad na taką halę targową po jakieś produkty, tu się spotka znajomego, tam się z kimś pogada, to sama przyjemność przecież.

Także moje przemyślenia na ten temat sprowadzają się teraz do wszystkich tych małych detali. Swojskie, bo polskie, ale także i babciny dżem, i małe, zapyziałe uliczki, i kiepsko zaopatrzony sklepik na rogu...

Pewnie, że człowiek szybko przyzwyczaja się do wygody, porządku i organizacji w każdym miejscu, jednak z drugiej strony szybko nudzi go taka rutyna i przewidywalność, więc uciekamy jak najdalej od cywilizacji, gdzieś tam w głąb natury. Stąd może mój sentyment do naszego kraju, bo tam jeszcze można spotkać takie miejsca, a przecież diabeł tkwi w szczególe.

A w kraju, i owszem, nastały zmiany. Rok nieobecności, tak jak myślałam przed wyjazdem, spowodował dziwaczne uczucie - jakby nigdy nie opuszczając domowych pieleszy, nie rozstając się z bliskimi i przyjaciółmi, a jednak. Czasem aż paradoksalnie, nie wiedziałam, co mam opowiadać, a inni nie wiedzieli, o co pytać, bo jakoś tak, jakbyśmy się dopiero widzieli. Jednak Polska sama w sobie rozwija się błyskawicznie, a zwłaszcza większe miasta tętnią nowymi inwestycjami i postępem.

Z powodu opuszczenia Polski przez siłę roboczą i młodą inteligencję, bezrobocie zmalało, a rynek pracy w końcu zaczął walczyć o tych pracowników, którzy jeszcze zostali. I tak, np. zrobić remont i znaleźć fachowców nie jest już proste, a wręcz można mówić o szczęściu, jeśli się takowych spotka.

Ceny także podskoczyły do zachodnich standardów, a nawet je przegoniły momentami, trochę (jak to u nas) niewspółmiernie jeszcze do zarobków. Byle ten rozwój nie przekładał się tylko na burzenie naszych starówek na koszt budowania parkingów przy supermarketach. Bo to niedługo będzie naszą jedyną kartą przetargową.

W każdym razie najazd turystów na nasz kraj rośnie, a i ja chętnie spędziłam tam swoje wakacje. Pięknie było, żal wyjeżdżać, ale przynajmniej taki czas gruntuje korzenie i przypomina o naszej przynależności, ładuje baterie na dalsze zmaganie się z losem, a co istotne, przypomina, co tak naprawdę jest najważniejsze w naszym życiu, a resztę niech każdy Czytelnik sam sobie dopowie...


© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Komentarze, opinie
"Licentia poetica" kontra prawda historyczna
Jedną nogą...
Kogel-mogel na końcu języka
Nasza imigrancka szansa
Też Irena
Czego najbardziej potrzebujemy?
Pomniki nie wystarczą
CZY BURZYĆ LEGENDY?
Co będzie z tą pustką?
Gdyby...