Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 11 lipca, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Komentarze, opinie

Polityka i obyczaje...
Witold Liliental
Jul 11, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem


Kiedy mieszkałem podczas swojej pierwszej emigracji w Południowej Afryce, obserwowałem tamtejsze zmagania polityczne pomiędzy rządzącą partią nacjonalistyczną, a opozycyjną partią zjednoczoną. System parlamentarny działał, oczywiście, tylko dla białych, poza którymi nikt inny nie miał prawa głosu.

Prasa partii nacjonalistycznej była wyłącznie w języku afrikaans, gazety anglojęzyczne były przeważnie organami partii opozycyjnej. Kiedy nadchodziły wybory, gazety nacjonalistyczne zamieszczały artykuły po angielsku, adresowane do młodych ludzi, w nadziei pozyskania wyborców ze strony elektoratu tradycyjnie w opozycji. Kusiło się ich wizją "lepszego jutra białego człowieka w naszej wspólnej ojczyźnie".

Właśnie przy okazji takiej kampanii kuszenia i przypodobania się części elektoratu, po raz pierwszy usłyszałem słowa: "Politics is a very dirty business". W swojej ówczesnej naiwności nie wyobrażałem sobie, by politycy byli zdolni łamać konstytucję, stosować podstępy, działać wyłącznie dla korzyści własnych, bądź swojej partii, z całkowitym lekceważeniem dobra kraju.

Później wróciłem do Polski, już nie tej w okowach stalinizmu, niemniej wciąż dalekiej od wolności i swobód demokratycznych. Bardzo szybko nauczyłem się, że wystarczy zastosować proste demagogiczne chwyty i… przekonywało się część społeczeństwa. Niestety, znałem osoby, z którymi wówczas toczyłem dyskusje, w tym nawet osoby będące praktykującymi katolikami, które dawały się nabrać na hasła i powtarzały partyjne slogany.

Każdy przejaw krytyki, nawet pozbawiony konkretnej treści politycznej, czy ideologicznej, można było nazwać "atakiem na naszą partię", czy "działaniem antypolskim". Praktycznie każdego, kto miał inne od oficjalnej linii zdanie można było nazwać zdrajcą, warchołem, awanturnikiem, a motyw "ataku na Polskę" powtarzał się przy każdej okazji.

Zdecydowana większość jednak, która widziała te działania w rzeczywistym świetle, marzyła o przywróceniu elementarnej przyzwoitości do polityki, kiedy Polska wreszcie odzyska niepodległość. To, że gdy ona przyszła w 1989 roku, zaczęły się spory polityczne, jest czymś całkiem normalnym. W wolnym kraju każdy ma prawo mieć własne poglądy i zakładać partie polityczne. Po tylu latach hipokryzji mieszkańcy Polski chcieli i nadal chcą mieć normalność i odczuwać poprawę bytu.

W tej ostatniej dziedzinie nastąpił wielki postęp nie dzięki któremukolwiek rządowi, tylko dzięki przywróceniu wolnego rynku, który rządzi się własnymi prawami oraz wprowadzeniu prawdziwej waluty, co jest niewątpliwą zasługą tak dziś często opluwanego prof. L. Balcerowicza. Natomiast z tą normalnością cały system utyka i to bardzo.

Okazało się po wyborach jesienią 2005 roku, że każda krytyka postępowania rządu - a że było za co krytykować, nie muszę prze-konywać - okrzyczane było od razu "zamachem na wolność i demokrację". Okazało się, że jeśli ktoś nie jest w zgodzie politycznej z partią aktualnie rządzącą, stoi tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. Ale doszedł jeszcze jeden element. PiS nie wygrałoby wyborów bez poparcia szefa toruńskiej radiostacji, za co Lech Kaczyński podziękował mu w minutę po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich. W każdym normalnym demokratycznym kraju byłoby nie do pomyślenia, żeby duchowny jakiegokolwiek wyznania miał prawo wpływania na proces polityczny. Jest to po prostu niezgodne z konstytucją, która mówi wyraźnie, że państwo jest neutralne wobec wyznań.

Ale PiS takimi szczegółami nie przejmuje się. Już w krótkim czasie nastąpiło spłacanie długu politycznego w formie korowodów rządowych limuzyn do Torunia i uczynienia z Radia Maryja praktycznie tuby rządowej. Potem przyszły deklaracje, przećwiczone już do perfekcji za czasów komuny. Dowiedzieliśmy się z ust byłego premiera, że krytyka Radia Maryja, to "atak na kościół i na Polskę". Jest charakterystyczne, że tzw. "prawdziwi Polacy", głównie skupieni wokół tejże rozgłośni, na każdą krytykę reagują niemal histerycznie, wzniecając seanse nienawiści do każdego krytykującego i natychmiast oskarżając go o "zamach na kościół i Polskę". Ta wypróbowana metoda działa na niezorientowanych i jest w sposób cyniczny wykorzystywana. Nie jest ani uczciwa, ani moralnie słuszna, ale uznaję prawo tych ludzi do swobodnego głoszenia nawet najgorszych kalumnii, ponieważ, w przeciwieństwie do nich samych, wierzę w wolność słowa.

Zupełnie co innego jednak, gdy poglądy takie wypowiada publicznie wysokiej rangi polityk. Prezes PiS Jarosław Kaczyński oświadczył w Sosnowcu, że jego partia będzie wspierać Kościół katolicki we wszystkich możliwych kwestiach. Dodał też, że "kto nastaje na Kościół, nastaje na sam naród" i wreszcie oświadczył, że system wartości głoszony przez Kościół katolicki jest jedynym takim systemem szeroko znanym w Polsce. Ocenił, że w wymiarze społecznym inne systemy wartości - wywodzące się z innych religii lub ateistyczne - nie funkcjonują, stąd jedynym przeciwstawieniem dla nauki Kościoła jest nihilizm.

I to wszystko w państwie, które w konstytucję ma wpisaną neutralność wobec wyznań i które jest wspólną ojczyzną nie tylko katolików, ale też ludzi innych wyznań, jak również niewierzących. Jeśli nawet są oni w mniejszości, żaden rząd nie ma prawa narzucać im jakichkolwiek wartości ideologicznych. Mniejszości są pełnoprawnymi obywatelami, a demokracje mają obowiązek chronić ich praw. W tym nie ma żadnego ataku na Kościół, tym bardziej na Polskę. Neutralność wobec wyznań nie pozwala na faworyzowanie któregokolwiek z nich.

Wydaje się, że słowa lidera polskiej opozycji podyktowane są koniunkturą polityczną. Zdając sobie sprawę z nastrojów i z malejących szans na powrót do władzy, czy na ponowny wybór prezydenta na następną kadencję, zabiega o poparcie Kościoła i nacjonalistycznej prawicy, lekceważąc prawa inaczej myślących.

Warto przypomnieć, jak w 1995 roku premier Québecu Jacques Parizeau, po przegranym referendum w sprawie separacji, w rozżaleniu pozwolił sobie na niewybredny atak na "etników’, którzy głosowali "nie". Następnego ranka już nie był premierem. Jego własna partia uznała, że przekroczył dopuszczalne normy przyzwoitości. Bo, jakkolwiek z separatystami z Quebecu nigdy nie było mi po drodze, muszę uznać, że w tym momencie wykazali kulturę polityczną.

W Polsce, kultura polityczna tych, którzy najwięcej krzyczą o Bogu, honorze i ojczyźnie, jeszcze musi do tego dojrzeć.

© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Komentarze, opinie
Dziękujmy, bo jest za co
Jak zdążyć na czas?
"Licentia poetica" kontra prawda historyczna
Jedną nogą...
Kogel-mogel na końcu języka
Nasza imigrancka szansa
Też Irena
Czego najbardziej potrzebujemy?
Pomniki nie wystarczą
CZY BURZYĆ LEGENDY?