Dziennik Polonii w Kanadzie    
Strona główna | POLONIUM | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 1 stycznia, 2013
 
  GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej      

W naszej GAZECIE:
Polonium
POLONIUM
News about Poland

Ale piękny jest ten świat
Antykwariat
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
CHUDNIESZ - WYGRYWASZ ZDROWIE
Dobre rady
Europa
Film
Finanse
Fotka dnia
Historia mało znana
IMPREZY
Kabaret pod Bańką
Kanada
Komentarze, opinie
Kultura
List oceaniczny - dodatek kulturalny
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Nauka i technika
Ontario
Polonia
Polonia Przyszłości
Polska
Pomóżmy innym
Powódź 2010
Prawo
Robert Dziekański
Różności
Smoleńsk 2010
Toronto
USA
W krzywym zwierciadle
Wybory federalne 2011
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Świat

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny

Otwarte usta
Ryszard Sawicki
Jul 10, 2008
 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, kwiecień, maj, czerwiec 2008, nr 64


Ryszard Sawicki, Coast Sunset



Otwarte, bo zamknięcie było by zbyt bolesne. Zbliżenie wargi do wargi, nawet najlżejsze dotknięcie, było by nie do zniesienia. Zresztą, samo wyprostowanie kręgu ust nie jest możliwe. Muszą pozostawać w takim kształcie w jakim są: tworzą trochę spłaszczony krąg. I nie mogą nadawać kształtu słowom. Leżą na białych zębach pociemniałe, nabrzmiałe. Nieme.

Dźwięk przedostaje się przez nie, to prawda, ale bez ich udziału, jakby wbrew nim. Ześlizguje się tylko ze zdrowego, nieuszkodzonego języka, jakby to kropla śliny wypływała ze środka ciała, bo głębiej nie dotarł ogień i nie spadło tam uderzenie.

Dźwięk może więc wypływać z ust, może się sączyć, potem ulatywać, jakby parował pod wpływem gorączki. Ale nie może to być głośny dźwięk, bo wtedy wargi zadrgałyby boleśnie. Może być to tylko szept, nic ponadto. I nie może to być słowo mocne, bo wtedy drgnęłyby nie tylko wargi, nie tylko język. Może cała twarz, opuchnięta aż po linię włosów.
Twarz, nie twarz. Masa spuchniętego ciała. Tylko oczy są w niej takie jak przed wypadkiem, żywe. Białka nieco przekrwione, ale źrenice takie same jak dawniej. Jak przed trzema dniami. Przed zderzeniem, wybuchem. Źrenice mówią za usta. Ale trzeba się w nie wpatrywać z jakiegoś punktu nad nimi. Nie poruszają się normalnie. Nie towarzyszy im ruch głowy.

Nie można więc oczekiwać, że przez źrenice wydobędzie się pełny wyraz oczu, bo nie połączy się z pełnym wyrazem twarzy. Wszystkie więc próby porozumienia są w najlepszym wypadku połowiczne. Przez szeroko otwarte usta nie popłyną wykształcone słowa. Sam język nie potrafi dokonać tego cudu.
Milcz więc, mówię. Nie mów nic. Nie próbuj. Nie teraz, potem.

Kiedy, natychmiast pytam sam siebie. Czy kiedykolwiek? Może należy pozwolić, by jakieś słowa przeniknęły ból? Dotarły do uszu? Ale jest we mnie lęk przed bólem, tak samo jak i lęk przed zniekształceniem.

Nie mój ból, ale mój lęk. Silniejszy niż współczucie. Niż litość.

Boję się, kiedy zbliżam do ust rękę z dużą strzykawką pełną płynnego pokarmu. Mam trafić między zęby, nie dotykając warg. Płyn powinien dotrzeć od razu na język, łagodnie przeniknąć do gardła. Ale boję się, że się rozleje, że będę musiał wycierać go z ust i z policzka zadając ból. Boję się, ale przecież muszę podać pokarm. Muszę opanować drżenie ręki, więc podtrzymuję ją drugą ręką. Udaje się raz. I drugi raz. Opanowuję drżenie rąk. Opanowuję się na tyle, by się uśmiechnąć, sam do siebie. Mogę tak łatwo wyrazić radość, tak bezboleśnie. Nic nie przeszkadza mi w tym, nie powstrzymuje. Oprócz współczucia.

Widzę, że chcesz coś powiedzieć. Nie mów, proszę. Nie otwieraj ust... zapominam, że są otwarte. Prośba moja staje się niedorzeczna. Ale proszę jeszcze raz: nie mów nic. Nie teraz, potem.

Jednak wiedziałem wtedy, że nie powstrzymam ani jednego jej słowa. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie ich wiele. Że nie będę musiał słuchać, wiedząc, że słuchając przyczyniam się do powstania bólu.

Mimo wszystko usłyszałem. Usłyszałem tych parę słów, których wypowiedzenie chciałem powstrzymać. Których oczekiwałem od dawna, nie mogłem się doczekać. Tak, to były te właśnie słowa.

Przed chwilą zastanawiałem się jakby brzmiały w innym języku. I w którym brzmiałyby mniej boleśnie. Samogłoski nie sprawiają trudności, ale spółgłoski nie są tak łatwe do wypowiedzenia. Nie są bezbolesne. Gorączkowo liczyłem je w obydwu językach. Nawet przeliczałem w paru innych, bezmyślnie chcąc się upewnić jaka byłaby liczba spółgłosek w każdym z nich.

Usłyszałem. Z ulgą, że tylko jeden dźwięk był trudny. Zresztą, był jakby go nie było. Domyśliłem się go raczej niż usłyszałem. I pomyślałem: czy usłyszę go jeszcze kiedyś? Czy chcę usłyszeć? Czy będę mógł się spodziewać tych paru słów? Czy pozwolę sobie czekać na nie?

W tamtej chwili mówiłem do siebie: nie, nigdy. Nie możesz oczekiwać niczego. Musisz zakazać sobie takich oczekiwań. Musisz nauczyć się żyć bez nich. Jak żyłeś dotąd, nie możesz już dalej. Nie możesz zapomnieć tego szeptu. Tego głosu, który dotarł do ciebie, mimo bólu. Uszanuj ten ból. To możesz. Tylko to możesz zrobić. I pamiętaj: nigdy więcej. Nigdy więcej nie żądaj od nikogo żadnego takiego zdania. Ani nie śnij o nim.

Jednak te słowa wracają do mnie po latach, jak tamtego dnia. Kiedy usłyszałem je, z radością i lękiem. Z radością, bo przedtem czekałem długo. Z radością, choć nie miałem do niej prawa. Jak nie miałem prawa do żadnego innego uczucia oprócz litości.

I tak już jest: słyszę czasem tamten szept wydobywający się z otwartych, opuchniętych ust. I nawet dziś nie potrafię odpowiedzieć żadnym właściwym słowem. Nie potrafię pomieszać radości z czyimś bólem.

To naturalne. To przecież odpowiednie. Tak powinno być. Czego mam żałować? Że to nie był mój ból? Że starając się współczuć nie odczuwałem ani poparzeń skóry, ani złamanych kości. Nie mogłem wiedzieć czy utrata palca boli. Czy ten sczerniały koniec kości, który sterczał z lewej dłoni powodował cierpienie. Czy wewnętrzne obrażenia utrudniały przełykanie pokarmu. Nic więcej nie wiedziałem ponad to, czego mogłem się domyśleć. A co przyjmowałem odpychając zarazem, usiłując odepchnąć nawet współczucie.

Dziś, zaraz po przebudzeniu, usłyszałem znowu jej szept. Minęło kilkanaście lat od tamtych dni, które spędziłem w kalifornijskim szpitalu. Jestem daleko od szpitala, od Kalifornii. Ale szept budzi się we mnie, zupełnie bez współudziału woli. Wynika ze snu. Z zakamarków pamięci przenika do świadomości. Wypełnia chwilę po przebudzeniu. Wpada do uszu jakby dobiegał z zewnątrz. Jakby sączył się przez moje własne gardło. Płynął kanałami krwi, docierał do kości. Nie czekam już na jej słowa. Na żadne podobne słowa. A jednak docierają do mnie, raz po raz. Te same, takie same. Nie inne. I budzą drżenie rąk. Mimo wszystko wciąż budzą radość, że były.

Słyszałem je, dotarły do moich uszu. Prawdziwe. Jak żadne podobne słowa. Jak żadne podobne słowa, które mógłbym kiedykolwiek usłyszeć. Nie odpycham ich, nie tylko dlatego, że nie mogę. Nie chcę ich zapomnieć nie dlatego, że wciąż nie znajduję odpowiedzi. Żadnej właściwej odpowiedzi. Ale nie powtarzam już: nie mów. Bo przecież sam to mówię, wbrew sobie.

Wsłuchuję się więc w szept, tamten i ten, jej i mój, kiedykolwiek do mnie dobiega. Bez lęku, bez współczucia.


Joanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.com</a

© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adreslisty@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny
"Macbeth" w mieście awangardy
Teatr w kościele. Schola Teatru Wiejskiego Węgajty.
Portugalia
Otwarte usta
Moje olśnienia Zbigniewem Herbertem
Trzysta lat mistyfikacji
Co nam zostało z dawnej spuścizny Jagiellonów?
Kuźnice, kuźnie, kowale
RODY POLSKIE. Tarnowscy z Dzikowa.
Powojenne losy rodu Tarnowskich