Dziennik Polonii w Kanadzie    
Strona główna | POLONIUM | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 1 stycznia, 2013
 
  GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej      

W naszej GAZECIE:
Polonium
POLONIUM
News about Poland

Ale piękny jest ten świat
Antykwariat
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
CHUDNIESZ - WYGRYWASZ ZDROWIE
Dobre rady
Europa
Film
Finanse
Fotka dnia
Historia mało znana
IMPREZY
Kabaret pod Bańką
Kanada
Komentarze, opinie
Kultura
List oceaniczny - dodatek kulturalny
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Nauka i technika
Ontario
Polonia
Polonia Przyszłości
Polska
Pomóżmy innym
Powódź 2010
Prawo
Robert Dziekański
Różności
Smoleńsk 2010
Toronto
USA
W krzywym zwierciadle
Wybory federalne 2011
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Świat

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny

Moje olśnienia Zbigniewem Herbertem
Włodzimierz Wójcik
Jul 10, 2008
 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, kwiecień, maj, czerwiec 2008, nr 64


Herbert debiutował w roku 1956 wspaniałym tomem wierszy pod tytułem „Struna światła”. Stąd nie jest przypadkiem tytuł niniejszego eseju. Mówi jednoznacznie o tym olśnieniu, jakiego doznałem po trwającym przez kilka lat naporem poezji spod znaku realizmu socjalistycznego, w skrócie nazywanego socrealizmem. Wiersze powstałe pod wpływem tej konwencji, czy też – powiedzmy - doktryny ideologicznej, rzadko miały pociągający smak prawdziwej poezji. Zwykle „poetyckość” była przytłaczana polityczną retoryką, hasłami „walki klasowej”, „walki o pokój”, kolektywnym rozwijaniu produkcji przemysłowej i rolniczej. Jeśli weźmie się pod uwagę swoiste zmęczenie mojego pokolenia twórczością poetycką rozwijającą się wedle jednolitego wzorca i wskazówek odgórnych, stanie się rzeczą zrozumiałą, że powiew świeżości, jaki szedł ze strony Herberta i jego „Struny światła”, wyraźnie nas fascynował. Powiem więcej: uwodził.

Debiutował pojedynczymi wierszami ogłaszanymi od 1950 w „Dziś i Jutro” oraz w „Tygodniku Powszechnym”. A potem? Potem dał nam się lepiej poznać, gdy w grudniu 1955 dostaliśmy do ręki 51 numer krakowskiego „Życia Literackiego” przynoszącego poetyckie teksty Herberta, Mirona Białoszewskiego, Stanisława Czycza, Bohdana Drozdowkiego i Jerzego Harasymowicza. Pośród członków tej grupy Herbert był najstarszy. Wiekiem należał do pokolenia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Różewicza. Pozostali – młodsi - zaliczali się do pokolenia „Współczesności”. Ważne jest to, że ta „prapremiera” pięciu poetów była przyjęta wyjątkowo ciepło. Wszyscy ogłaszali drukiem zbiorki oryginalnych wierszy. Każdy wnosił nowe wartości. Otwierał się tedy piękny rozdział w dziejach poezji narodowej.

Kolejne tomy poetyckie ukazywały się w stałym rytmie. Przeważnie co parę lat: „Hermes, pies i gwiazda” (1957), „Studium przedmiotu” (1961), „Napis” (1969), „Pan Cogito” (1974), „Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze” (1983), „Elegia na odejście” (1990), „Rovigo” (1992). Kilkanaście miesięcy przed zgonem Herberta wyszedł drukiem „Epilog burzy” (1998).

Herbert, wspaniały, nowatorski poeta, był jednocześnie przednim eseistą. Jego „Barbarzyńca w ogrodzie” (1962) oraz „Martwa natura z wędzidłem” (1993) to utwory prozatorskie przynoszące w krystalicznej polszczyźnie refleksje rodzące się na gruncie obcowania ze sztuką europejską i historią. Jako znakomity dramaturg sięgał zarówno po tematy antyczne („Jaskinia filozofów”, „Rekonstrukcja poety”) jak i najbardziej współczesne („Drugi pokój”, „Listy naszych czytelników”, „Lalek”).

W swojej twórczości Herbert stara się snuć refleksje o istocie, naturze, życiu naszej współczesności sięgając do motywów świata antycznego, którego historię, mitologię i sztukę uwielbiał. Także do opowieści biblijnych oraz dzieł wielkich mistrzów pióra naszego kontynentu. Nie jest jednak jakimś muzealnikiem, archiwistą, zbieraczem. On wchodzi w dawny świat, wciela się w jego bohaterów, z którymi wędruje przeżywając ich dramaty i dylematy jako jego własne. Taka postawa daje Herbertowi niezawodny klucz do rozumienia dwudziestowiecznej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której odrobina dobra i piękna mocuje się z totalizmem zła, okrucieństwa, podłości, przewrotności. Pychy…
Z wykształcenia prawnik i ekonomista Herbert był poetą-filozofem, chociaż nie stworzył jakiegoś zwartego systemu filozoficznego. Wiedział dobrze, że żadna sztywna doktryna nie ma szans wyjaśnienia wszystkiego. Zafascynowany postawą swojego wielkiego nauczyciela, profesora Henryka Elzenberga, podzielał jego pogląd o panowaniu w świecie zła, któremu – niezależnie od skutków – należy bezustannie się przeciwstawiać, być wiernym imponderabiliom i „iść dalej”.
Znaczenie poety – urodzonego w roku 1924 we Lwowie, a zmarłego w Warszawie 28 lipca 1998 - podkreślali wybitni znawcy jego twórczości. Wisława Szymborska w wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” wyznawała:

„Na każdy jego wiersz się czekało, każdą kolejną książkę omawiało w gronie miłośników poezji jako wydarzenie artystyczne i moralne wielkiej wagi. Można było ręką zasłonić nad wierszem nazwisko autora, a i tak tekst jego był zawsze rozpoznawalny. Dane mu było mówić głosem własnym, co zdarza się tylko wielkim artystom. Jego twórczość to w literaturze, nie tylko polskiej, ale i światowej, wartość bezwzględna. Czas jej nie skruszy, bo zawsze będą czekały ludzi dramatyczne wybory, nadzieje i złudzenia, i konieczność rozpoznania prawdy w zamęcie rzeczywistości. A o tym właśnie pisał Herbert aż do śmierci. Należy mu się wdzięczność, że robił to tak pięknie”.

A tak go widział Czesław Miłosz: „Herbert był człowiekiem bardzo skomplikowanym psychicznie, jego poezja jest odbiciem tych zmiennych stanów. Był to człowiek, który mało pisał o sobie. Jego poezja była kaligraficzna. Tylko w paru wierszach, jak te w ostatnim tomie, zbliżył się do spraw osobistych. W tym tomie są wiersze bardzo przypadkowe, ale równocześnie są takie, które stanowią jakby pożegnanie z życiem, rodzaj testamentu, na przykład bardzo wzruszający „Brewiarz””. Adam Michnik wspominał przyjaciela (29 lipca 1998; „GW”): „Naznaczył swoją epokę. Był świetnym eseistą, autorem wybitnych sztuk teatralnych i genialnym poetą. Wytworzył własny język – język pokornego heroizmu, autoironicznej odwagi, romantyzmu ducha rozmiłowanego w klasycznym kanonie piękna, europejskiej polskości”.

Wybitny tłumacz polskiej poezji na niemiecki, Karl Dedecius, w wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej” wyznawał, że znał dolegliwości chorobowe Herberta i wiedział, że nie będzie on – niestety – żył wiecznie. „Wieczne są natomiast – stwierdzał z przekonaniem – jego wiersze, bo był on nie tylko jednym z największych polskich poetów tego stulecia, ale także jednym z naszych największych liryków Europy i chyba ze współcześnie żyjących poetów do tej Europy najbardziej przywiązany, jeśli chodzi o jego edukację, charakter, tradycje rodzinne i intelektualne”.

Gustaw Herling-Grudziński w rozmowie z redakcją tejże gazety ubolewał, że Herbert nie doczekał się Nobla, na którego wielekroć zasłużył. Twierdził, że „w sercach jego admiratorów i czytelników jest on już niewątpliwie, i był od dość dawna, takim właśnie laureatem noblowskim”.
Rok 2008 decyzją Sejmu jest Rokiem Herbertowskim. Ma się odbywać wielkie narodowe czytanie Herberta. Inicjatywa całkiem zbożna, szlachetna. Ale to czytanie nie może trwać, i nie będzie trwało, tylko jeden rok. Wrażliwemu czytelnikowi nigdy nie będzie dość. On wie, że Herberta, zresztą jak wszystkich poetów, nie da się „przeczytać”. Z nim należy bezustannie obcować, podobnie jak on obcował z Fortynbrasem czy Marsjaszem.

Wiele godzin poświęciłem moim studentom, słuchaczom ze szkół średnich, którym mówiłem o dziele Herberta. Znam tę twórczość jako profesjonalista; a przecież ciągle mam w ręku jego tomiki – pierwsze wydania. Mój profesor uniwersytecki, Stanisław Pigoń, radził nam studentom: „Książkę należy wziąć do ręki i macać ją, przeglądać ją, przywitać się z nią”. No właśnie… Od dziesięcioleci biorę te Herbertowe „obmacane” tomiki do ręki, kartkuję i pochylam się nad wybranym losowo tekstem. Wchodzę w świat wyobraźni twórcy „Struny światła”. Czytam „Dwie krople”: „Lasy płonęły - / a oni / na szyjach splatali ręce / jak bukiety róż […] do końca byli mężni / do końca byli wierni / do końca byli podobni / jak dwie krople / zatrzymane na skraju twarzy”…


Joanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.com

© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adreslisty@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny
"Macbeth" w mieście awangardy
Teatr w kościele. Schola Teatru Wiejskiego Węgajty.
Portugalia
Otwarte usta
Moje olśnienia Zbigniewem Herbertem
Trzysta lat mistyfikacji
Co nam zostało z dawnej spuścizny Jagiellonów?
Kuźnice, kuźnie, kowale
RODY POLSKIE. Tarnowscy z Dzikowa.
Powojenne losy rodu Tarnowskich