Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 27 czerwca, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Komentarze, opinie

Zdziczenie obyczajów
Witold Liliental
Jun 27, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem


Wiele lat temu, w erze późnego Gomułki, a może już wczesnego Gierka, znajoma mi osoba powiedziała, że komuna celowo deprawuje społeczeństwo polskie. W swojej naiwności, zaprotestowałem, twierdząc, że nie rozumiem, jaki miałaby w tym cel.

Przecież wszyscy wiedzieliśmy, co myśleć o partii i o nadpartii na Kremlu, ale widzieliśmy też kwitnący teatr, rosnącą liczbę ludzi z wyższym wykształceniem. Wydawane były książki, powstawały dzieła sztuki.

Z drugiej strony, braki we wszystkich dziedzinach życia i przepisy zabraniające praktycznie wszystkiego, same pchały do korupcji. Aby coś stworzyć, do czegokolwiek dojść, nawet za własne pieniądze zbudować sobie dom, trzeba było nierzadko "posmarować", sprokurować lewe zaświadczenia. Korupcja była tylko jedną z form deprawacji. Wyrażenia wprowadzane do masowego użytku i podchwytywane przez społeczeństwo sprzyjały tworzeniu się stereotypów negatywnych. Słowa takie, jak "prywaciarz", czy "badylarz" brzmiały zdecydowanie pejoratywnie, wyrażały złość i pogardę, wobec kogoś, kto miał lepiej i pobudzały do skrywanej agresji.

Sankcjonowane przez władze prymitywne hasła antyżydowskie wypisywane na transparentach podczas wieców w 1968 roku uczyły, że ten sposób zachowania jest nie tylko tolerowany, ale popierany. Przyzwyczailiśmy się do braku kultury ekspedientek za ladą. Wzajemna agresja słowna i ogólne zdziczenie obyczajów rozpowszechniało się i stawało się normą.

Osoba, która widziała w tym celowe działanie tłumaczyła, że takim skłóconym społeczeństwem o obniżonych standardach obyczajowych po prostu łatwiej rządzić. Dziś, z perspektywy wielu lat, widzę skutki tej deprawacji. Efektem czterdziestu kilku lat systemu "sprawiedliwości społecznej" jest wychowanie wielu "homo sovieticus" - ludzi wprawdzie odżegnujących się od ideologii komunistycznej, ale o mentalności tkwiącej w tamtej epoce.

Przypomniało mi się o tym, kiedy przeczytałem o pewnym całkiem chorym pomyśle. Można zrozumieć rozczarowanie milionów polskich kibiców zasądzeniem rzutu karnego przez angielskiego sędziego i puszczenie w ruch emocji. Nawet nasz premier pozwolił sobie na niefortunną uwagę, że w pierwszej chwili "chciał zabić sędziego". Ale słowa te wypowiedział z odpowiednim uśmieszkiem, które stawiały wypowiedź wyraźnie w kategorii żartów.

Zgoła czymś innym był postawiony w centrum Warszawy gigantyczny nadmuchiwany baner z nazwiskiem, podobizną i datą urodzin Howarda Webba - owego sędziego. Na banerze ludzie wypisywali inwektywy, a nierzadko wulgaryzmy pod jego adresem. Po dwóch dniach baner usunięto, ale póki trwał, był jaskrawym przykładem zdziczenia obyczajów.

Sport, a w szczególności piłka nożna, wywołuje ogromne emocje nie tylko w Polsce. Burdy i ekscesy pijanych kiboli stały się od lat nieodłącznym zjawiskiem imprez. Ale baner ów postawiony był przez całkiem trzeźwych przedsiębiorców w eleganckich garniturach i modnych krawatach. Nawet podsądny ma prawo do traktowania z godnością należną człowiekowi, co dopiero kontrowersyjny sędzia sportowy. Wystawianie człowieka z nazwiskiem i zdjęciem na publiczne wyszydzanie nie najlepiej świadczy o obyczajach pomysłodawców.

Opisany publicznie gorszący przykład, nie jest, bynajmniej, odosobniony. Wystarczy posłuchać wypowiedzi niektórych posłów w polskim parlamencie. A przecież określenie "wyrażać się parlamentarnie" oznacza "grzecznie, w sposób nadający się do publicznego wypowiadania". Konieczność polityczna może być podawana za powód, ale nie usprawiedliwia powoływania na stanowisko wicepremiera człowieka wcześniej skazanego prawomocnym wyrokiem. Po prostu, dobre obyczaje polityczne przestały obowiązywać.

Dziś jakże często jesteśmy świadkami walki politycznej, polegającej na wyciąganiu, częściej dorabianiu rodowodu przeciwnikowi i na metodzie ulubionej przez obóz tzw. "narodowo-patriotyczny" podawania w nawiasach "prawdziwego" nazwiska osoby nielubianej. Argumentacja merytoryczna zastępowana jest wycieczkami osobistymi, przysłowiowymi już "dziadkami z Wehrmachtu" itp.

Uczono mnie jeszcze w dzieciństwie, że w dyskusji należy krytykować czyny, ale nie osobę. Ta słuszna maksyma przeważnie była szanowana w dziedzinie satyry politycznej. W szopkach noworocznych śmiano się z polityków różnych opcji, ale zawsze wytykając im konkretne potknięcia, czyny, wypowiedzi. Nie spotkałem się w kabaretach z atakami osobistymi bez jakiejkolwiek kwalifikującej okoliczności, służącej za podstawę do śmiechu. To znaczy, nie spotkałem się do ostatniego festiwalu piosenki w Opolu.

Nie wiem, kim byli ci dwaj panowie prowadzący konferansjerkę pomiędzy poszczególnymi występami. Bardzo wyraźnie eksponowali swoje preferencje, do których mają prawo, choć nie wiem, czy estrada piosenki jest odpowiednim miejscem do uprawiania propagandy politycznej, nawet w formie satyry.

Ale panowie ci, moim zdaniem, przekroczyli normy obyczajowości. Dwuwiersz: "Przeżyliśmy Ruska, przeżyjemy i Tuska", po prostu sugeruje gołosłownie, że premier jest człowiekiem złym, wrogiem i ciemiężycielem narodu, bez powołania się na cokolwiek, co miałoby takie słowa uzasadnić. Gdyby wyśmiewali się nawiązując do jakiejkolwiek jego słabej strony, do jakiegoś jego powiedzenia, do niespełnionych obietnic, nawet do "cudu", nie miałbym nic przeciwko temu, śmiałbym się tak samo. Ale to, co usłyszałem z opolskiej estrady w moim kodeksie, nie mieści się w granicach dobrych obyczajów. Przypominam sobie, jak kilka lat temu ktoś gdzieś na rysunku satyrycznym wyeksponował wykrzywione usta ówczesnego premiera Kanady Jean Chretiena z tekstem sugerującym, że on mówi jedno z jednej strony ust, co innego drugiej. Wykorzystanie tej czysto zewnętrznej cechy premiera do satyry politycznej spowodowało powszechne oburzenie i nawet ostrą krytykę ze strony jego przeciwników, którzy uznali to za niegodne i niedopuszczalne. U nas jakoś nikt nie oburza się, bo obrażanie ad personam jest modne.

Co należy myśleć o zorganizowanej nagonce na byłego prezydenta, który jest, obok papieża, najbardziej rozpoznawalnym na świecie Polakiem? Zbyt wiele jest okoliczności poddających w wątpliwość, że tu chodzi o prawdę. Takie czasy, takie obyczaje. A jednak znajdują się ludzie odważni, którzy ratują honor i dawne, dobre obyczaje i potępiają to tak częste zdziczenie. Maria Dmochowska, wiceprezes, IPN, która, po zapoznaniu się z książką oskarżającą Lecha Wałęsę o współpracę z SB, napisała protest wyrażający żal, wstyd i gniew z powodu jej wydania przez tę instytucję, jest najlepszym tego przykładem.

© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Komentarze, opinie
"Licentia poetica" kontra prawda historyczna
Jedną nogą...
Kogel-mogel na końcu języka
Nasza imigrancka szansa
Też Irena
Czego najbardziej potrzebujemy?
Pomniki nie wystarczą
CZY BURZYĆ LEGENDY?
Co będzie z tą pustką?
Gdyby...