Kim była Ashley C. Smith? Niewiele można znaleźć informacji na temat tej osoby w doniesieniach prasowych o jej dramatycznym czynie i jego następstwach.
Tragedia Ashley jest tam traktowana jako przykład nieprawidłowości systemu penitencjarnego. Burza, która się rozszalała po jej samobójczej śmierci, doprowadziła do kilku - i zapowiedzi kilku kolejnych - zmian na lepsze, przynajmniej w Nowym Brunszwiku.
Rodzice Ashley powinni zatem czuć się usatysfakcjonowani wynikami dochodzenia przeprowadzonego przez ombudsmana Bernarda Richarda w Nowym Brunszwiku.
Wygląda na to, że żywiona przez nich nadzieja, iż "śmierć ich dziecka nie poszła na marne" ma podstawy. Istnieje realna szansa na to, że "młodzi gniewni" z Nowego Brunszwiku otrzymają - zamiast betonowego łoża w samotnej celi - fachową pomoc specjalistów do spraw zaburzeń osobowości.
***
Z zamieszczonej przez rodzinę w Internecie informacji na temat jej śmierci i szczegółów pogrzebu wynika, że Ashley urodziła się w Summerside, na Wyspie Księcia Edwarda. Miała siostrę, siostrzenice i siostrzeńców. Lubiła czytać, malować, pływać, wiosłować i jeździć na rowerze. W tych zajęciach towarzyszył jej ulubiony czworonóg "Breau".
W jakimś momencie swojego życia przeprowadziła się z rodziną do Moncton. Tam, w piątkowe popołudnie 26 października, odbył się jej pogrzeb i stamtąd wciąż opłakuje ją rodzina i przyjaciele. Tam też, do niedawna, przez długie cztery lata czekano na jej powrót, który miał nastąpić tuż, tuż... w listopadzie tego roku. "Wzięli ją nam gdy miała 15 lat", mówią załamani. "Zwrócono nam zwłoki naszej 19-letniej dziewczynki w plastykowym worku".
***
Z całą pewnością Ashley nie była wzorowym dzieckiem. Rodzice mieli z nią problemy wychowawcze jeszcze zanim została zaaresztowana za rzucanie jabłkami w pracownika poczty. Była nadpobudliwa i gwałtowna. Dlatego też, do pierwszych drobnych zarzutów, z którego najpoważniejszym była napaść na funkcjonariusza poczty, dołączyło wiele innych, w tym napaść na policjanta i wygłaszanie pogróżek. Podstawą zwiększenia liczby zarzutów było zachowanie się dziewczynki po zatrzymaniu jej przez policję.
Niestety, nikt wcześniej nie pofatygował się o poddanie dziecka badaniom psychiatrycznym. Dlatego też, gdy w 2003 roku Ashley została skazana na sześć lat pozbawienia wolności w zakładzie dla młodocianych, rodzice łatwo przełknęli argument, że kara ta może uspokajająco podziałać na zachowanie ich młodszego dziecka o nieokiełznanym temperamencie.
***
Niestety, ten wyrok sądu oznaczał śmierć dla ich córki. Wczesnym rankiem 19 października 2007 roku, Ashley została znaleziona w celi, nieprzytomna. Zmarła po przewiezieniu do szpitala. Okazało się, że dziewczyna popełniła samobójstwo. Zmarła z powodu uduszenia.
Funkcjonariusz, obserwujący celę dziewczyny za pomocą kamer wideo widział, jak Ashley zawiązuje sobie coś wokół szyi, lecz "nie przypuszczał, że dziewczyna poważnie zrobi sobie jakąś krzywdę".
***
Niecały miesiąc wcześniej, w dniu 24 września 2007 roku, dziewczynę odwiedziła w Grand Valley Institution for Women w Kitchener przewodnicząca kanadyjskiego stowarzyszenia Elizabeth Fry Societes. Udała się tam, reagując na otrzymaną od dziewczyny skargę, w której Ashley żaliła się na złe traktowanie.
Ashley znajdowała się w separatce. Ze względu na stwierdzone przez pracowników więzienia niebezpieczeństwo popełnienia samobójstwa, odebrano jej całe ubranie. Została tylko w skąpej więziennej narzutce, której krój - ze względów bezpieczeństwa- był uproszczony do niezbędnego minimum. Szata wyglądała jak nakrycie konia.
"W celi nie miała nic - ani materaca, ani koca. Jej ciało było półnagie", twierdzi Kim Pate, przedstawicielka Fry Societes. Dziewczyna spała na betonowej półce.
W takim stanie Ashley pozostawała do momentu, gdy udało jej się skończyć z tym koszmarem raz na zawsze.
"Była zmarznięta, była zdenerwowana", opowiada Kim Pate o swoim spotkaniu z Ashley. "W ten sposób spędziła już kilka dni przed moją wizytą. Ktokolwiek byłby traktowany w ten sposób, nawet bez historii choroby psychicznej, nabawiłby się jej w takich warunkach".
***
Na pewno nie były to warunki, jakie należałoby zapewnić osobie o skłonnościach samobójczych. Tymczasem, Ashley spędziła w izolatkach większą część swojej kary pozbawienia wolności. Z zebranych przez aktywistów z Fry Society informacji wynika, że, aby zapobiec samobójstwu dziecka, lub po prostu ukarać je za niekontrolowane wybuchy gniewu, bardzo często dodatkowo zakładano jej na ręce kajdanki, które były przymocowane do nałożonego jej pasa, do którego, za pomocą łańcucha, były przypięte kajdanki, krępujące kostki jej nóg.
"Wiemy, że bardzo często tak krępowano Ashley", twierdzi Kim Pate, która, na dodatek do sprawowanej funkcji przewodniczącej Fry Societes, jest także specjalistką od prawa penitencjarnego.
Po śmierci Ashley wyszło na jaw, że była ona bardzo często przerzucana z jednej instytucji do drugiej. W jakimś momencie zadecydowano, że wymierzona jej kara najlepiej spełni swoje zadanie, gdy dziecko zostanie umieszczone w zakładzie karnym dla dorosłych kobiet. Znalazła się więc ostatecznie w Grand Valley. Wcześniej przebywała między innymi w więzieniu w Saskatchewan, gdzie, jak twierdziła, była seksualnie molestowana przez jednego ze strażników.
Pate, która zajęła się, niestety zbyt późno, sprawą warunków Ashley twierdzi, że zastraszona dziewczyna, broniąc się agresją przed twardymi warunkami więziennymi, prowokowała kary, które z kolei rodziły jeszcze gwałtowniejszą jej agresję.
"Dziewczyna powinna zostać zbadana przez psychiatrów", twierdzi Kim Fry.
***
O tym, że Grand Valley słynie ze złego traktowania więźniarek, wiadomo nie od dziś. Z opublikowanego ostatnio corocznego raportu federalnego urzędnika do spraw dochodzeń prowadzonych w więziennictwie wynika, że z siedmiu zakładów karnych dla kobiet, w tym z Grand Valley skarżono się najczęściej. W latach 2006 - 2007 złożono tam 134 skarg.
Grand Valley jest jednym z siedmiu zakładów karnych dla kobiet, które zastąpiły niesławne Prison for Women w Kingston, znane powszechnie jako P4W. Zostało ono zamknięte po opublikowaniu wyjątkowo krytycznego raportu na temat warunków w tym zakładzie, sporządzonego w 1966 roku przez sędzię Louise Arbour.
Pozornie, warunki w Grand Valley są bardzo dobre. Zakład składa się z szeregu małych domków, w których mieszkanki mogą swobodnie się ze sobą komunikować. Zbuntowana Ashley, wyładowująca swoją frustrację na personelu więziennym, była jednak trzymana w warunkach przypominających niesławne P4W, jak twierdzą znawcy przedmiotu.
Jej mieszkania w ciągu dwóch ostatnich lat jej krótkiego życia to cele z betonowym łożem, kuloodporne szyby, kraty w oknach i - często - kajdanki na rękach i nogach. Kim Pate twierdzi, że jeszcze przed śmiercią Ashley, sprawa postępowania wobec więźniarek w Grand Valley była jedną z najpilniejszych do rozpoznania.
***
Niemniej jednak, w przypadku Ashley, chodziło o coś więcej - o sposób traktowania przez władze więzienne młodych ludzi z problemami psychiatrycznymi - tymi występującymi od dawna, jak i tymi, które powstały w wyniku niewłaściwego sposobu podejścia władz do wymogów ich społecznej resocjalizacji.
Ujawnione po śmierci Ashley fakty wywołały oburzenie opinii publicznej. Wkrótce doszło do tego, że jednocześnie poprowadzono cztery niezależne od siebie dochodzenia.
Wszczęły je:
- federalne biuro zajmujące się prowadzeniem dochodzeń w obrębie więziennictwa,
- policja z okręgu Kitchener-Waterloo,
- Correctional Service Canada
- rzecznik praw młodzieży z Nowego Brunszwiku.
W styczniu tego roku zwolniono z pracy bezpośrednich strażników Ashley i ich przełożonego. Czworo innych było zawieszonych w obowiązkach pracowniczych przez 60 dni, bez zapłaty za ten okres. Naczelnik więzienia i jego zastępca zostali przesunięci do innej placówki.
Spowodowało to wielkie oburzenie ze strony innych pracowników Grand Valley. W październiku 2007 doszło do wieców protestacyjnych pod więzieniem. Koledzy ukaranych twierdzili, że taki wypadek mógł zdarzyć się każdemu z nich, że z łatwością mogli być na ich miejscu. Ukaranych poparły związki zawodowe.
"Jesteśmy w 150 procentach po ich stronie, twierdził przewodniczący. "Mamy zamiar zrobić wszystko, by im pomóc. Twierdzimy, że ludzie ci zrobili wszystko, by uratować życie tej osoby".
***
W poniedziałek, 9 czerwca, Bernard Richard, ombudsman Nowego Brunszwiku opublikował wyniki swojego dochodzenia w sprawie tragedii Ashley, dodając do sprawozdania 25 zaleceń pod adresem rządu i rozmaitych instytucji.
Richard stwierdził, że był zaszokowany niektórymi faktami, zebranymi w czasie prowadzonego dochodzenia.
W aktach Ashley z różnych zakładów karnych znajduje się ponad 800 informacji o incydentach. W wyniku ich zaistnienia, władze więzienne przedstawiły dziewczynie ponad 500 zarzutów łamania regulaminu. Dziecko miało na koncie zarejestrowanych 168 samouszkodzeń.
"Byłem zaskoczony liczbą przedstawionych jej zarzutów karnych", twierdzi Richard. "Od momentu, gdy była niespełna 15-latką, do czasu jej śmierci w wieku lat 19-tu, przedstawiono jej 70 zarzutów o naruszenie prawa karnego. Z tego ponad połowa była rezultatem zdarzeń mających miejsce w więzieniu".
Richarda zaszokował ponadto fakt, że wobec dziewczyny dwukrotnie, w ciągu jednego miesiąca, użyto tasera. Oczywiście, jednym z jego zaleceń był zakaz używania taserów w stosunku do młodocianych więźniów.
Już we wtorek, 10 czerwca, rząd Nowego Brunszwiku zapewnił, że już nigdy tasery nie zostaną użyte w stosunku do młodocianych więźniów, trzymanych w zakładach karnych dla dorosłych.
Minister podkreślił jednak, że zakaz ten nie obowiązuje, gdy w grę wchodzi "uspokojenie" dorosłego więźnia.
W podsumowaniu swojego sprawozdania Richard podkreślił konieczność bezwzględnego wypełnienia jego zaleceń, w innym bowiem wypadku "wymierzana im kara, jeszcze bardziej pogorszy sytuację młodych ludzi, co miało miejsce w przypadku Ashley".
***
Istniejący i dostępny system wymierzania sprawiedliwości całkowicie zawiódł Ashley Smith.
W miejsce leczenia, które powinno się jej w pierwszym rzędzie zapewnić, trzymano ją w odosobnieniu, które jest wyjątkowo fatalne w skutkach dla osób z tendencjami samobójczymi. Przez większość czasu, jaki spędziła pod opieką państwa, była zmuszana do życia w warunkach, które wręcz ułatwiają podjęcie decyzji o odebraniu sobie życia. W sposób bardzo przypominający metody stosowane w średniowieczu, izolację potraktowano jako metodę na uleczenie dolegliwości jej duszy.
Zawiodły też Ashley instytucje powołane do czuwania nad warunkami w więziennictwie. Odwiedzająca ją tuż przed samobójczą śmiercią działaczka jednej z nich, "widząc, nie widziała".
Myślę, że w jakiś sposób zawiedli ją też rodzice, którzy nie potrafili w porę zareagować, lub też zaniedbali sprawdzenia warunków, w jakich żyje Ashley.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.