Miałem sześć lat i jeszcze nie bardzo rozumiałem, co to znaczy, że nie ma wojny. Od czterech miesięcy nie było dookoła Niemców, byli za to polscy żołnierze. Mieli inne orzełki na czapkach, od tego, który widniał na zdjęciu mojego ojca, takie brązowe, rozczapierzone. Ale mówili po polsku. No, może nie wszyscy. Na przykład ci oficerowie, którzy przez kilka tygodni kwaterowali w naszym mieszkaniu, nosili takie same mundury, ale mówili do nas jakoś inaczej, czasem trudno ich było zrozumieć. Pamiętam, jak pytałem, po co jakieś obce panie przychodzą do nich czasem na noc. Tłumaczono mi, że chcą sobie porozmawiać i żeby nie przeszkadzać im. Myśmy byli stłoczeni w innym pokoju. Byli nawet dla nas mili, mieli duże przydziały żywności i dzięki nim, łatwiej było i nam. Któregoś dnia powiedzieli, że muszą wracać na front. Pamiętam, że byli smutni, żegnając się z nami.
A ja, pomimo swoich sześciu lat, pasjonowałem się doniesieniami z frontu, które, zgłębiwszy wcześnie sztukę czytania, czerpałem z gazety "Życie Warszawy". Radia jeszcze nie mieliśmy. Ja bawiłem się już wtedy w redaktora i wydawałem własne rysunkowe gazetki, w których ukazywałem, przerysowane z prawdziwych gazet dla dorosłych, flagi państw sojuszniczych wokół Berlina. Doniosłem nawet o śmierci prezydenta Roosevelta, dodając, że "wszyscy go opłakali".
Robiło się coraz cieplej i przyszedł słoneczny, ciepły maj. Nasza ulica we Włochach była spokojna. Słońce odbijało się od jasnego tynku domu, w którym mieszkaliśmy i aż chciało się być na zewnątrz. Po ulicy przechadzał się żołnierz, widocznie miał za zadanie strzec czegoś. Z otwartego okna domu na rogu Piastowskiej (dziś Tomnickiej) rozlegały się dźwięki akordeonu. Żołnierz sam zagadnął mnie: "Wiesz, synku, dlaczego tak radośnie grają na harmonii? Bo dziś jest koniec wojny!"
Jakkolwiek "koniec wojny" był dla mnie czymś abstrakcyjnym, słowa te podziałały, bowiem sugerowały coś wyjątkowo ważnego. Pobiegłem natychmiast do domu wołając o tym wydarzeniu już od progu.
Trzeba było upływu kilku lat, żeby do mnie dotarła w pełni świadomość tego, że ten koniec wojny nie dla każdego był aż tak radosny i że "znowu wolna Polska" wcale nie była naprawdę wolna. Ale była to jednak Polska, ciężko doświadczona, dźwigająca się z ruin i zgliszczy. Większość ludzi chciała tylko spokoju i jakiejś normalności: możliwości kształcenia się, pracy i uwolnienia się od strachu przed łapanką uliczną.
Jak wielu moich Czytelników wie, lata dojrzewania przeżyłem już po wojnie w Południowej Afryce, gdzie moją ulubioną formą spędzania czasu było odwiedzanie muzeum wojskowego. Godzinami też chłonąłem opisy i zdjęcia w pożyczanych od sąsiadki kolejnych tomach ilustrowanych albumów historii II wojny światowej. Chłonąłem tę wiedzę, bowiem wojna była jeszcze przez wiele lat żywa w pamięci, a nawet w mentalności wszystkich dookoła. Była wyznacznikiem czasu, dzielącym życie na "przed" i "po". Nawet wśród melodii nadawanych przez radio, przeważały w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych angielskie piosenki wojskowe i piosenki kobiet tęskniących za swoimi bohaterami gdzieś na wojnie. Kiedy dotarłem do szkoły średniej, nauczyciele raz w tygodniu przychodzili do pracy w swoich wojskowych mundurach, tak niedawno noszonych pod El Alamein, czy w samolotach lecących nad powstańczą Warszawą. Świat po prostu jeszcze się nie otrząsnął, jeszcze żył pamięcią niedawnego pożaru. A wiele tajemnic pozostawało jeszcze do ujawnienia w latach późniejszych.
Kiedy w 1959 roku powróciłem do Polski, szybko zauważyłem poważne różnice między oficjalną wykładnią historii II wojny światowej, a tym, co zgłębiłem podczas pierwszej emigracji. Intrygowało mnie, dlaczego w świecie zachodnim rocznicę końca wojny w Europie obchodzono 8 maja, natomiast w PRL i innych państwach kontrolowanych przez Związek Sowiecki - 9 maja. Jak okazało się, wynikało to z megalomanii sowieckiej, prowadzącej do fałszowania historii gdzie się da i jak się da.
Akt poddania się wojsk niemieckich, podległych, po samobójstwie Hitlera admirałowi Doenitzowi, miał miejsce we francuskim mieście Reims, 7 maja 1945 r. Następnego dnia, czyli 8 maja, poddały się bezwarunkowo Aliantom zachodnim wojska gen. A. Jodla w Berlinie, tym samym kończąc ostatecznie wojnę w Europie. Ale zaproszona do współuczestniczenia delegacja sowiecka dotarła do kwatery dowódcy wojsk alianckich, gen. D. Eisenhowera dopiero późnym wieczorem. W Moskwie było dwie godziny później, a więc już 9 maja. Sowieci, już po zakończeniu podpisywania aktu kapitulacji, po północy, wystawili wielką ucztę, gdzie lało się morze wódki. Zaproszeni alianccy generałowie dziwili się, dlaczego marszałek G. Żukow powtarzał, jak to dzień 9 maja przejdzie do historii. Byli przekonani, że kapitulacja miała miejsce wczoraj. Wrócili do swoich kwater pamiętając prawdziwą datę. Część Europy, opanowana przez Sowietów, miała nauczyć się i przyswoić datę późniejszą o jeden dzień, by stwarzać wrażenie, że to Rosjanie odebrali ostateczną kapitulację wojsk niemieckich. W dzisiejszej, wolnej Polsce rocznicę zwycięstwa w Europie świętuje się 8 maja, uznając prawdziwą datę kapitulacji Niemiec.
O źródle politycznego konfliktu dat i o innych faktach historycznych dowiedziałem się znacznie później. O tym, jak w rok po zakończeniu wojny w Londynie odbyła się wielka parada zwycięstwa, w której uczestniczyły wszystkie kraje biorące udział w wojnie, choćby symbolicznie, z wyjątkiem… Polski, najwierniejszego, zdradzonego sojusznika i czwartej siły militarnej koalicji antyhitlerowskiej. Zachodni alianci nie chcieli narażać się Stalinowi.
Koniec II wojny światowej nie przyniósł Polsce tego samego, co wolnej części świata. Na blisko pół wieku byliśmy poddani cenzurze, obłudzie i szarości życia, ale to jednak była Polska, to był nasz dom, gdzie potrafiliśmy się nawet śmiać, bawić i kochać. A ja na całe życie zapamiętałem tę melodię graną na harmonii w oknie i wiadomość, że właśnie skończyła się wojna. Dokładnie sześćdziesiąt trzy lata temu.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.