Wcale nie trzeba było długo czekać na kolejną bitwę w nieustającej wojnie pałacowej. Dworzanie dwóch małych wielkich braci przedstawili swój projekt ustawy kompetencyjnej, od przyjęcia której zależy podpis prezydenta pod ratyfikowaniem traktatu europejskiego, ale w opinii świty premiera, projekt jest tak dalece niekonstytucyjny, że o jego przyjęciu nie może być mowy. Ta opinia rozsierdziła obóz prezydencki na dobre, bo nie jest kompatybilna ze słynnym nadmorskim kompromisem zawartym pomiędzy naszymi dwoma władcami.
W pamięci prezydenta kompromis zapisał się zupełnie inaczej niż w pamięci premiera, a że nikogo więcej przy jego zawieraniu nie było, nikt nie może przedstawić obiektywnej prawdy co do jego meritum. Co tam zresztą prawda; ona nigdy nie jest obiektywna, ale nie można ustalić najgłupszych faktów, np.: co do ilości butelek wina spożytych podczas zawierania. Obydwaj zawierający dobrze wiedzieli, że kompromis "kieliszek w kieliszek" trudno będzie zweryfikować, ale za to będzie go można wykorzystać w celach wojennych i to właśnie obserwujemy. Wojna musi trwać, więc każdy powód lub pretekst jest amunicją. Jeśli kandydat na ambasadora na Słowacji Andrzej Krawczyk może być granatem zaczepnym, to cóż dopiero ustawa kompetencyjna!
Innym obszarem działań wojennych jest ustawa o radiofonii i telewizji. Platforma robi co może żeby jakoś odbić media zagarnięte przez brata Jarosława podczas nocy długich dziobów, ale Tusk nie ma takiej siły rażenia, albo nie jest na tyle zdeterminowany, żeby rzucić na wrogie szańce swoich harcowników. Tym bardziej, że prezes TVP Andrzej Urbański grozi przerywaniem programów reklamami gdy mu odbiorą abonament. Nie boi się odebrania fotela i, w imię abonamentu, będzie z przyjemnością łamał prawo. No cóż, gdy się tyle razy łamało prawo bez przyjemności...
Ukrywany starannie audyt wewnętrzny telewizji publicznej raportuje podobno o takiej niegospodarności i nadużyciach, że mógłby dać pretekst do gwałtownych ruchów personalnych. Skoro 15 procent abonamentu przekazuje się mediom komercyjnym (mogę założyć się u najwredniejszego bukmachera, że chodzi tu o media związane ze sławnym ośrodkiem toruńskim) a 500 tys. wydaje się na procesy cywilne o ochronę dóbr osobistych szefowej telewizyjnej jedynki Raczyńskiej i wiceszefowej Agencji Informacji TVP Koteckiej, to nawet biorąc pod uwagę okoliczność łagodzącą, że Kotecka jest narzeczoną Ziobry od wspólnego laptopa, audyt nie zachęca zbytnio do płacenia abonamentu.
Wszystko to wiadomo właśnie z tego ukrytego audytu, który jednak mocno przecieka, nie na tyle jednak, żeby przemoczył pana prezydenta, który broni telewizji publicznej i jej misji do krwi ostatniej. Być może, prezydent częściej ode mnie ogląda programy TVP, bo ja jakoś tej misji nie zauważam i, za każdym razem, widzę na ekranie jakieś gwiazdy na lodzie albo trzy tysiące osiemset któryś odcinek "Mody na sukces". Wartościowe programy, które można zaliczyć do misji, pojawiają się dopiero po północy, a wtedy większość Polaków gwiżdże w głębokim śnie na telewizyjną misję i jej misjonarzy. Dlatego nie rozumiem tego wrzasku o zniesienie abonamentu, przeciwko czemu protestują wszystkie partie polityczne i, co rozumiem, środowiska twórcze i odtwórcze. A Platforma straszy i straszy nie do zniesienia abonamentem do zniesienia, chociaż nie pojawił się w tej sprawie żaden konkret, oprócz zapowiedzi weta ze strony pana prezydenta.
Pan prezydent zapowiada swoje weto przy okazji każdego pomysłu Platformy i może nam się w końcu rozchorować od tej niespełnionej potrzeby wetowania. Chłop się napalił, czeka ze swoim wyciągniętym długopisem, a tu nie ma co wetować, bo Platforma wciąż tylko zapowiada co zrobi, ale nie robi nic! Wesoły Donek jest przecież wesoły, ale nie głupi, a tylko głupiec robiły coś niepopularnego ciesząc się największym (według najnowszego sondażu CBOS) za-ufaniem w społeczeństwie.
Skoro prezydent nie może się na nim wywetować, to robi co może, żeby jakoś pokazać kto tu rządzi. Stąd te problemy z nominacją generałów. Piętnastu nowiusieńkich generałów miało dostać swoje wężyki z okazji majowego święta, a wygląda na to, że je otrzyma tylko trzech, bo resztę zmiótł z listy niezaspokojony długopis pana prezydenta.
Tak jest zawsze kiedy jest kilku rządzących, a my mamy szczęście mieć dwa ośrodki władzy wykonawczej – prezydencki i rządowy. Jeśli nowa konstytucja nie zmieni tego układu, wojny pałacowe będą toczyć się zawsze, bez względu na to, kto zasiada w pałacu, a kto w rządzie – wyjątek: casus bliźniaków, ale to se ne wrati jak mówią Francuzi. Historia uczy nas, do czego doszło w przypadku dzielenia się władzą w starożytnym Rzymie. Triumwirat upadł, gdy Cezar wykończył Pompejusza pod Farsalos i to samo chciałby zrobić brat Lech z Tuskiem i odwrotnie. Tyle tylko, że potem przyszły Idy majowe. Wróć! Marcowe, oczywiście, że marcowe.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.