Dziennik Polonii w Kanadzie    
Strona główna | POLONIUM | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 1 stycznia, 2013
 
  GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej      

W naszej GAZECIE:
Polonium
POLONIUM
News about Poland

Ale piękny jest ten świat
Antykwariat
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
CHUDNIESZ - WYGRYWASZ ZDROWIE
Dobre rady
Europa
Film
Finanse
Fotka dnia
Historia mało znana
IMPREZY
Kabaret pod Bańką
Kanada
Komentarze, opinie
Kultura
List oceaniczny - dodatek kulturalny
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Nauka i technika
Ontario
Polonia
Polonia Przyszłości
Polska
Pomóżmy innym
Powódź 2010
Prawo
Robert Dziekański
Różności
Smoleńsk 2010
Toronto
USA
W krzywym zwierciadle
Wybory federalne 2011
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Świat

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 



Robert Dziekański

CZAS NIE LECZY RAN
Agnieszka Krupak
May 2, 2008
 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Nie widać końca toczących się śledztw związanych ze śmiercią Roberta Dziekańskiego. Tymczasem, jego matce brakuje już sił.

Zofia Cisowski (Z archiwum Reutera)


Jurek Bałtakis jest jedną z najbardziej znanych osób wśród Polonii w Kamloops. Prezes Koła Przyjaciół Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w Kamloops przez ostatnie pół roku całkowicie poświęcił się sprawie Roberta Dziekańskiego. Jest przyjacielem rodziny, który pomaga Zofii przejść przez najcięższe chwile jej życia, oraz współorganizuje spotkania z mediami i oficjelami związanymi z tą tragiczną historią. W sprawę zaangażował się też Grzegorz Laska, który stara się pomagać w rozwiązywaniu problemów, jakie na swojej drodze spotyka wciąż zrozpaczona matka. Tymczasem wiele śledztw zostało przełożonych na późniejszy termin, a inne trwają już bardzo długo. To powoduje dodatkowy stres i zwątpienie, czy tragiczna historia kiedykolwiek ujrzy swój finał.

9 kwietnia Zofia Cisowski, Jurek Bałtakis i Grzegorz Laska spotkali się z konsulem generalnym w Vancouver, Maciejem Krychem. Celem spotkania była wymiana informacji na temat postępów w toczącej się sprawie.

- To spotkanie miało na celu wspólne ustalenie, jak możemy działać dalej, by pomagać pani Zofii Cisowski. Pojawiły się też nowe fakty, które omówiliśmy. Takim faktem była wizyta prokuratorów kanadyjskich w Polsce. Zostali oni przyjęci przez prokuratorów Prokuratury Okręgowej w Gliwicach i przedstawicieli Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zostało im uświadomione, że wszelkie działania mogą podejmować tylko i wyłącznie za pośrednictwem polskiej prokuratury, i takie też działania podejmowali. Została nawiązana pełna współpraca między prokuratorami kanadyjskimi a prokuraturą gliwicką, która prowadzi niezależne śledztwo w sprawie śmierci Roberta. Ze swojej strony mogę potwierdzić, że konsulat polski w Vancouver jest włączony w postępowanie przed urzędem koronera. To postępowanie zostało przesunięte na lipiec. W lipcu odbędzie się pierwsze posiedzenie, a konsulat będzie włączony także w postępowanie przed komisją, która będzie badała przyczynę śmierci naszego rodaka oraz to, kto jest winien tej tragedii. Jednak trudno mi mówić o wynikach tych wszystkich postępowań, bo one wciąż się jeszcze toczą. I niestety, toczą się bardzo długo. Nad tym ubolewam - powiedział Gazecie konsul Maciej Krych.

W pierwszych dniach kwietnia parlamentarna komisja do spraw bezpieczeństwa publicznego w Ottawie oddelegowała część swoich członków do Vancouver, by przeszli tę samą drogę, jaką przeszedł Robert kilka godzin przed swoją śmiercią. Parlamentarzyści zadawali pytania pracownikom lotniska, chcąc dokładnie odtworzyć wydarzenia z tragicznej nocy. Zamysłem komisji było utrzymanie tej inicjatywy w tajemnicy, by nie wywoływać zamieszania na lotnisku, jednak dowiedziały się o niej lokalne media, które wysłały do portu lotniczego swoich rzeczników. Następnego dnia odbyła się w Vancouver otwarta sesja komisji, na którą wstęp miał każdy, kto chciał dodać cokolwiek wiążącego do sprawy, przekazać dokumenty lub wygłosić swoją opinię dotycząca zasadności używania taserów.

- Piękne przemówienie wygłosił wtedy Cameron Ward, prawnik reprezentujący rodzinę innej ofiary policyjnego tasera, Roberta Bagnella. Między innymi, przedstawił listę wszystkich ofiar porażenia paralizatorami w Ameryce Północnej. To ponad 330 osób, a liczba ta stale rośnie. Cameron Ward optował za tym, by zastosować moratorium na używanie paralizatorów do czasu, kiedy nie zostaną zakończone niezależne badania, mające określić poziom ich szkodliwości - mówi Jurek Bałtakis.

Kolejne przesłuchanie przed komisją ds. bezpieczeństwa publicznego odbyło się 15 kwietnia w Ottawie, dokładnie w dniu urodzin Roberta. Zaproszono na nie Zofię Cisowski i reprezentującego ją prawnika, Waltera Kosteckyj. Była to kontynuacja sesji z Vancouver, dotycząca śledztwa w sprawie zasad stosowania taserów. Jurek śledził obrady komisji dzięki transmisji w internecie.

- Zadawano pytania świadkom, pytano się między innymi o to, co sądzą na temat moratorium w sprawie używania paralizatorów. Przemawiała też Zofia, i powiem śmiało, że podbiła serca dziennikarzy. Opowiadała o tym, że są urodziny Roberta, że czekając na samolot do Ottawy złożyła w miejscu jego śmierci kwiaty i kartkę z wierszem urodzinowym. To było bardzo wzruszające, a dziennikarze mieli łzy w oczach - opowiada Jurek.

Jednak wydarzenia ostatnich tygodni powodują, że Jurek zaczyna tracić nadzieję na pomyślne zakończenie sprawy, której celem jest dojście do prawdy, kto jest winien śmierci Roberta.

- Kiedy pod koniec marca Kanadyjska Agencja Służb Granicznych (CBSA) opublikowała raport z wydarzeń na lotnisku, przeraziła mnie ilość zawartych w nim nieprawdziwych informacji. To nie jest rzeczowy raport - mówi.

Zdaniem Jurka, z prawdą mija się opublikowane zeznanie jednej z pracownic stanowiska informacyjnego lotniska. - W raporcie, ta kobieta twierdzi, że Zosia sama nie wiedziała, skąd przylatuje Robert, nie znała ani godziny, ani numeru lotu. Rzekomo powiedziała, że może to samolot z Amsterdamu. A to bzdura, bo kilkukrotnie sama mówiła mi te dane. Znała je na pamięć, a dodatkowo zapisała je na kartce. Zresztą, to ona kupiła bilet dla Roberta. Jak więc mogła pomylić Frankfurt z Amsterdamem? - pyta z niedowierzaniem Jurek.

- To dla mnie bardzo bolesne - potwierdza Zofia. Jak ja mogłabym zapomnieć, skąd leci mój syn? Przecież rok temu, kiedy odwiedzałam go w Polsce przebyłam dokładnie tę samą trasę. A tego dnia samolot z Frankfurtu był opóźniony. Patrzyłam na tę tablicę informacyjną, gdzie widniało słowo „delayed" i numer lotu. Znałam go na pamięć. A poza tym, jak to świadczy o matce, która czeka na syna i nie wie skąd przyleci i jakimi liniami? Nie wiem, czemu ta pani zeznała takie rzeczy - mówi ze smutkiem.

W raporcie widnieje też wzmianka o tym, że tragicznego dnia na lotnisku w Vancouver był z Zofią jej mąż, Władysław Cisowski. - To nieprawda, mój mąż ze względu na podeszły wiek i stan zdrowia nie może odbywać tak dalekich podróży. Nie było go wtedy ze mną.

Jurek twierdzi też, że polska społeczność w Kamloops jest zawiedziona faktem, że śledztwa trwają tak długo, a część spraw jest przesuwana w czasie.

- Niestety, ale to wygląda tak, jakby wszystkie instytucje, zamieszane w śmierć Roberta chciały ukręcić sprawie przysłowiowy łeb. Śledztwo prowadzone przez biuro koronera znów zostało przesunięte o kilka miesięcy. Rzekomym powodem jest oczekiwanie na raport z wewnętrznego śledztwa RCMP. Ale RCMP twierdzi, że śledztwo jest już zakończone, a jego wyniki zostały przesłane do prokuratora generalnego naszej prowincji.

Odłożono też śledztwo prowadzone przez rząd Kolumbii Brytyjskiej. - Stwierdzono, że publiczne śledztwo musi być podzielone na dwie części - jedną dotyczącą stosowania paralizatorów w Kolumbii Brytyjskiej, a drugą związaną ze śmiercią Roberta. Priorytetem stały się paralizatory, więc sprawa Roberta musi poczekać. A przecież kwestią taserów już zajęła się Parlamentarna komisja d/s bezpieczeństwa publicznego, po to była zorganizowana niedawna konferencja w Ottawie - mówi rozgoryczony Jurek Bałtakis.

- Wszystko odwleka się w czasie, ale w końcu kiedyś przyjdzie ten dzień, kiedy spotkają się na sali sądowej Zosia i jej prawnik, oraz dziesięciu prawników strony przeciwnej. I ja się boję tej konfrontacji, bo skoro raport zawiera tyle przekręconych faktów, to mam obawy co do prawdziwości zeznań świadków. Wiadomo, że każdy teraz umywa ręce od odpowiedzialności za to, co się stało - stwierdza Jurek.


Fakty i mity pewnego raportu

Gdy w listopadzie 2007 roku nagranie video pokazujące śmierć Roberta Dziekańskiego okrążyło świat, minister bezpieczeństwa publicznego, Stockwell Day, pod naciskiem opinii publicznej nakazał Kanadyjskiej Agencji Służb Granicznych (CBSA) wszcząć wewnętrzne śledztwo. Miało ono pokazać ostatnie godziny życia Polaka i wykazać ewentualne zaniedbania ze strony służb publicznych na lotnisku w Vancouver. Raport ze śledztwa CBSA ujrzał światło dzienne pod koniec marca. Dokument ma dwanaście stron i zawiera zeznania wszystkich osób, które 13 i 14 października 2007 roku zetknęły się z Robertem Dziekańskim na lotnisku w Vancouver

Oficerowie CBSA, którzy mieli kontakt z Robertem w dzień jego śmierci, opisali go w raporcie jako pasażera niechlujnego, zdenerwowanego, i będącego pod wpływem alkoholu. Jak wiadomo jednak, sekcja zwłok nie wykazała nawet śladowej obecności alkoholu we krwi zmarłego. Co ciekawe - ci sami oficerowie nie uznali tych rzekomych faktów (nerwy i stan nietrzeźwości) jako niepokojące, ale jako wynik długiej podróży i frustracji wynikającej z niemożności komunikowania się w języku angielskim.

CBSA ujawniła zeznania oficerów, publikując raport ze śledztwa w internecie. Szczegółowy dokument po raz pierwszy ujawnia ocenę zachowania Roberta w oczach tych, którzy jako ostatni mieli z nim kontakt. Są też zawarte w nim suche fakty. Samolot Roberta wylądował w Vancouver w sobotę, 13 października o 15:20 czasu lokalnego.

O 16:05 Robert przeszedł przez kontrolę paszportową, a jako posiadacz wizy imigracyjnej, został skierowany do sekcji kontroli imigracyjnej. Potem, z niewyjaśnionych dotąd przyczyn Robert nie przeszedł tam, gdzie powinien, tylko błąkał się po hali odbioru bagażu.

CBSA ujawniła zapis nagrania video, pokazującego Roberta, snującego się po hali, w której spędził ponad sześć godzin, nie zauważony przez żadne ze służb na lotnisku. I to nie zgadza się z informacjami, przekazanymi mediom przez Alain'a Jolicoeur'a, szefa CBSA, podczas konferencji prasowej, która odbyła się w Vancouver 26 listopada 2007 r. Jak oświadczył wtedy Jolicoeur, na nagraniu z kamer bezpieczeństwa widać Roberta Dziekańskiego opuszczającego wraz z innymi strefę celną. Jednak Robert w sekcji imigracyjnej stawił się dopiero po sześciu godzinach. Obecni na konferencji dziennikarze próbowali dociec, co przedstawia zapis wideo z ponad sześciu godzin przebywania Roberta w strefie zamkniętej. Jolicoeur odpowiedział, że kamery bezpieczeństwa nie obejmują całego obszaru strefy strzeżonej. Dodatkowym utrudnieniem był, zdaniem szefa CBSA, trwający w tej części lotniska remont, więc niektóre z kamer miały ograniczone "pole widzenia". Dlatego wysoki pasażer w jasnej kurtce "zniknął" kamerom na aż tak długi czas. W raportu CBSA wynika, że po półrocznej przerwie odnalazł się na taśmach kamer bezpieczeństwa w niewyjaśniony sposób.

Szczegóły raportu ujawniają kolejne fakty z ostatnich godzin życia Roberta. Niestety, zawierają też informacje, które, zdaniem Zofii, nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. W raporcie widnieje zeznanie oficera CBSA, T. Zadraveca. Zeznał on, że około godziny 19:00 odebrał telefon od ojczyma Roberta, który powiedział, że Zofia czeka już od pięciu godzin na lotnisku. Potem stwierdził, że szukał w strefie zamkniętej osoby odpowiadającej rysopisowi Roberta, ale nikogo takiego nie zauważył. Mąż Zofii miał oświadczyć wtedy, że rodzina prawdopodobnie pojechała już do Kamloops. Zadravec uzyskał potwierdzenie, że Dziekański znał numer na telefon komórkowy Zofii i się rozłączył.

- To nieprawda. Byłam na lotnisku z mężczyzną, ale to nie był mój mąż, tylko wynajęty przeze mnie kierowca, który przywiózł mnie z Kamloops do Vancouver. Umyślnie zatrudniłam Kanadyjczyka, żeby w razie problemów mógł swobodnie porozumieć się po angielsku. I ten pan nigdzie nie dzwonił, tylko pytał się oficerów, czy nie widzieli gdzieś mojego syna. Mój syn znał mój numer telefonu, ale domowy - poprawia Zofia.

- Kolejny błąd w raporcie. Zofia wtedy nie miała żadnego telefonu komórkowego. Wiem, bo sam go jej kupiłem, już po śmierci Roberta - mówi Jurek Bałtakis.

Około 22:35 Robert próbował opuścić strefę celną. "Mężczyzna nieprzerwanie usiłował porozumieć się po polsku, i wydawał się być sfrustrowany faktem, że nie rozumiem, co do mnie mówi - zeznał w raporcie oficer Służb Granicznych K. Bharya, który rozmawiał z Robertem, kiedy ten próbował opuścić halę przylotów. - "Mężczyzna wspomniał coś o Kamloops i matce, ale były to jedyne słowa, jakie zrozumiałem."

Zgodnie z zeznaniem innego oficera, Bharya odprowadził Roberta do strefy imigracyjnej.

Alex Currie, kierownik zmiany Służb Granicznych w dniu, kiedy Robert przyleciał do Vancouver, napisała, że Polak wyglądał na podpitego, co jej zdaniem, nie jest niczym niezwykłym po długim locie.

"Ale nie wyglądał na osobę z problemami zdrowotnymi, i współpracował ze mną" - zeznała w śledztwie.

Currie oświadczyła, że Robert dostał wodę do picia pięć lub sześć razy, oraz że mimo tego, że był wyraźnie zmęczony, nie okazywał żadnych oznak irytacji czy agresji.

Swoje oświadczenie zakończyła podziękowaniem oficerom, którzy w kontaktach z Robertem okazali profesjonalizm, grzeczność i sztukę doskonałej obsługi klienta.

Oficerem, który przesłuchiwał Roberta podczas odprawy celnej była pracownica CBSA, Juliette van Agteren.
"Ten pasażer był w sposób widoczny poirytowany, wykazywał zniecierpliwienie, związane z długą podróżą, oraz frustrację z powodu nieznajomości angielskiego" - napisała w raporcie, dodając, że "w żadnym momencie jego zachowanie nie wskazywało na zagrażające komukolwiek".

Z raportu wynika, że w czasie, gdy Robert był przesłuchiwany, Zadravec powiedział van Agteren o rozmowie telefonicznej, jaką odbył z ojczymem Roberta, oraz że Zofia prawdopodobnie jest już w drodze do Kamloops. Urzędniczka zostawiła wiadomość dla Zofii, dzwoniąc na numer telefonu domowego, jaki uzyskała. Po tym, zaczęła szukać Zofii w strefie dla oczekujących, ale jej nie zauważyła. Tego wieczoru dyżur na lotnisku pełnił Adam Chapin, oficer Służb Granicznych, który znał język polski, jednak bardzo słabo. Juliette van Agteren poprosiła go o pomoc podczas rozmowy z Robertem przy odprawie. "- Pasażer był ubrany niedbale, miał potargane włosy, koszula wystawała mu ze spodni" - napisał Chapin w raporcie. Tym samym wyjaśniło się, kto pomógł Robertowi wypełnić deklaracje celne, skoro w tym czasie na lotnisku nie było żadnego polskiego tłumacza. To był Adam Chapin.

I to on wiele godzin potem zauważył Roberta przebywającego w strefie strzeżonej już po odprawie imigracyjnej i odprowadził go do wyjścia. "Po wyjściu z Immigration pasażer potykał się, ale wziął wózek, i przeszedł dalszą część drogi bez problemu" - zeznał.

Kiedy Chapin odprowadził Roberta, była za kwadrans pierwsza w nocy. "Życzyłem pasażerowi dobrej nocy, a on mi odpowiedział tym samym i podziękował, po polsku" - widnieje w raporcie Chapina. Jak twierdzi oficer, w zachowaniu Roberta nie widać było przejawów wrogości ani agresji.

W raporcie figuruje notatka, że w kilka minut po opuszczeniu strefy imigracyjnej, Robert zaczął zachowywać się nerwowo. Chodził w tę i z powrotem od strefy strzeżonej do hali przylotów, zrzucając z biurek urzędników stojące na nich przedmioty. Krótko po tym przybyli na miejsce policjanci użyli w stosunku do niego paralizatora elektrycznego. O godzinie 02:10 Chapin napisał, że zadzwoniła do niego Zofia Cisowski, pytając czy nie wie, co się dzieje z jej synem. "Powiedziałem jej, że właśnie skończyłem pracę, i mogę poszukać go, schodząc z dyżuru. Obiecałem też, że jeśli go znajdę, zaprowadzę do go stanowisk odpraw imigracyjnych, skąd będzie mógł do niej zadzwonić. Podała mi swoje nazwisko i numer telefonu."

Zapis nagrania na lotnisku


Chapin twierdzi, że wychodząc z hali przylotów rozglądał się za Robertem, ale nigdzie go nie widział. Wtedy wyszedł na zewnątrz, i zobaczył funkcjonariusza RCMP. Zapytał go, czy wie coś o polskim pasażerze. -"Powiedziałem mu, że mam mu do przekazania wiadomość. Wtedy policjant poprosił mnie, abyśmy weszli do środka. W tym momencie, zobaczyłem Dziekańskiego leżącego na podłodze, otoczonego ratownikami z karetki pogotowia. Pół minuty później, lekarz stwierdził zgon."

- Wiadomo też, co Robert krzyczał, kiedy zobaczył czterech policjantów z taserami. Krzyknął: „Co robicie? Zwariowaliście?!". Prawdopodobnie myślał, że mierzą do niego z ostrej broni. Umarł w bólu i przerażeniu - mówi Jurek Bałtakis.


Biedniejsi o polskie serce

15 kwietnia rano Zofia przyleciała z Kamloops do Vancouver. Do startu samolotu do Ottawy miała kilka godzin. Postanowiła uczcić urodziny Roberta w miejscu, które kojarzy się z najgorszą tragedią w życiu - na lotnisku.

- Poszłam tam, gdzie zginął Robert. Ale nie poznawałam tego miejsca, ponieważ na lotnisku trwa remont, wszędzie są zmiany. W końcu zapytałam takiego młodego ochroniarza, czy w tym miejscu była kiedyś szklana ściana. Potwierdził, a potem zaczął mi się przyglądać, stojąca z nim kobieta w mundurze też. Moment później podeszli do mnie i zaoferowali pomoc. Poznali mnie. Powiedzieli mi, gdzie mogę kupić kwiaty - opowiada Zofia.

Żeby dojść do kwiaciarni, musiała zjechać tymi samymi schodami, które prowadzą do stanowiska informacji. Tego, do którego w noc śmierci Roberta chodziła po pomoc.

- Jak zobaczyłam te schody, to nogi się pode mną ugięły, i bałam się, że nie dojdę. Ale doszłam, i wtedy z daleka zobaczyłam tę samą kobietę, która w październiku kilka razy powiedziała mi, że mój syn w ogóle nie przyleciał do Vancouver. To właśnie ona złożyła zeznanie o tym, że pytałam się o samolot z Amsterdamu. Poznała mnie z daleka - i uciekła.

Zofia mówi, że kiedy urzędniczka ją zobaczyła, szybko weszła do pomieszczenia służbowego za stanowiskiem informacji. Za biurkiem została druga kobieta, jej koleżanka.

- Podeszłam do niej i powiedziałam, kim jestem, i że dziś są urodziny Roberta. Dlatego kupiłam kwiaty. I poprosiłam, żeby przekazała swojej koleżance, że przyczyniła się do śmierci mojego dziecka. Poprosiłam też o zrozumienie, bo musiałam jej to przekazać. Powiedziałam to i odeszłam. I jak już wracałam tymi schodami na górę, to się rozkleiłam, i zaczęłam strasznie płakać.

Zofia mówi, że wciąż nie jest w stanie dojść do siebie po stracie syna. Jest pod stałą opieką psychiatry, a jej stan zdrowia nie pozwala wrócić do pracy. Niestety, okresowy zasiłek rządowy, który dostała tylko na piętnaście tygodni, właśnie się skończył. Będzie ubiegać się o rentę, która, jeśli zostanie przyznana, będzie bardzo niska. Zofia pracowała w Kanadzie tylko osiem lat. Stres, strach o postępy w prowadzonych śledztwach i wspomnienia makabrycznego zapisu video z chwili śmierci Roberta powodują u niej wyniszczającą, chroniczną bezsenność.

- Wiedziałam, że nie wytrzymam Bożego Narodzenia, na które czekałam osiem lat, więc, dzięki anonimowemu sponsorowi, który kupił mi bilet lotniczy, spędziłam te święta z rodziną w Pieszycach. Wielkanoc była straszna, zostałam z mężem w Kamloops, i nie mogłam opanować płaczu, kiedy barwiłam jajka do święconki. W cebuli, tak jak zawsze robiliśmy to z Robertem. Ale te jego urodziny, pierwsze urodziny bez niego - to było straszne. Bo ja go rodziłam, i już go nie mam - płacze Zofia, i dodaje - Czas nie leczy ran.

Zofia szuka sponsora, który ufundowałby bilety lotnicze do Polski - dla niej i dla jej męża, osiemdziesięcioczteroletniego emeryta. Na przełom maja i czerwca zaplanowany jest w Pieszycach pogrzeb Roberta. W rodzinnym grobie spocznie urna z prochami. Niestety, ceny biletów i brak możliwości zarobkowania nie pozwalają jej na tak kosztowny zakup. To rodzi kolejny stres i strach przed przyszłością. Jedyną jej nadzieją jest miłość rodziny z Pieszyc, troska przyjaciół z Kamloops i kartki, które wciąż dostaje od poruszonych jej dramatem ludzi.

- Od jednej polskiej rodziny dostałam tak piękny wiersz, że nie mogę opanować płaczu, kiedy go czytam. Będzie wyryty na płycie nagrobnej. Niech pani posłucha, przeczytam. Spróbuję nie płakać...

Odchodzą od nas najbliżsi
Odchodzą od nas najdrożsi
Wypala się płomyk życia
Iskierka po iskierce
O jeden godny uśmiech
Znów jesteśmy ubożsi
Jesteśmy znów biedniejsi
O jedno polskie serce

Agnieszka Krupak

Zofia Cisowski


© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adreslisty@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 

Robert Dziekański
Śledztwo w Gliwicach umorzone
Proces w sprawie Dziekańskiego znowu opóźniony
Proces policjantów dopiero w sierpniu
Początek procesu policjantów w sprawie Dziekańskiego
Co dalej w sprawie Dziekańskiego
Kolejna odsłona sprawy Dziekańskiego
Zmiany w użyciu taserów
"Nowe" zasady użycia taserów
Minister Radosław Sikorski spotkał się z matką Dziekańskiego
Adwokat odznaczony w Polsce