Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 25 kwietnia, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Prawo

Casus Homolka?
Magdalena Tews
Apr 25, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Kanadyjski nie-do-rzecznik


Oryginalnie wymyślony przez Liberałów, Bill C-10 miał być projektem ustawy, mającej zapobiec nakręceniu w Kanadzie filmu o Karli Homolce i Paulu Bernardo.

Projekt, przegłosowany już przez Izbę Gmin i czekający na zaaprobowanie przez Senat, stał się przedmiotem gorących protestów ludzi z branży filmowej i telewizyjnej oraz wszystkich tych, którzy widzą w nim próbę objęcia cenzurą rządu twórczości kanadyjskich artystów.

***

Pod koniec lutego tego roku rząd potwierdził zamiar wprowadzenia poprawek do federalnej ustawy "An Act to Amend the Income Tax Act". Oficjalnie, celem opracowania tej ustawy było zlikwidowanie luk w przepisach podatkowych. Bill C-10 stanowi omnibus, zawierający poprawki do przepisów podatkowych, regulujący te kwestie w przeróżnych dziedzinach przemysłu; dotyczy też fundacji i osób prywatnych.

Przegłosowana już w październiku 2007 roku w Izbie Gmin, ta licząca ponad 500 stron ustawa zostałaby bez przeszkód zaaprobowana przez Senat, gdyby nie nadmierna gadatliwość jednego z polityków, Charlesa McVety, przewodniczącego liczącej ponad 40 tysięcy członków organizacji "Canadian Family Action Coalition".

Występując na forum publicznym w Vancouver, ujawnił że jeden z paragrafów przepisu upoważnia rząd do nie przyznawania kredytów podatkowych filmom i programom telewizyjnym, które nie spełniają usprawiedliwionych interesem publicznym wymogów. Oceny filmów i programów w tym zakresie ma dokonywać minister dziedzictwa narodowego i specjalnie do tego powołana, rządowa komisja.

Informacja obiegła lotem błyskawicy świat kanadyjskich artystów. Jednogłośnie stwierdzono tam, że proponowana ustawa godzi w interesy przemysłu filmowego. Kredyty podatkowe są w chwili obecnej kluczowym źródłem finansowania filmów i programów telewizyjnych produkowanych w Kanadzie. Według ogólnie przyjętej zasady, producenci ubiegają się o przyznanie im tego dofinansowania dopiero po ukończeniu większej części prac nad filmem czy programem, gdy scenariusz jest już gotowy i większość zdjęć skompletowanych. Oczekiwane kredyty podatkowe stanowią podstawę do ubiegania się wcześniej o pożyczki bankowe, dotacje i granty, takie jak ten przyznawany przez Telefilm Canada. Zachwianie wiary w możliwość uzyskania kredytu odstraszy, zdaniem producentów, fundatorów, od inwestowania w powstające dzieło.

W ocenie większości przedstawicieli świata sztuki, przepis nakłada na nasz przemysł filmowy ciasną uprząż cenzury. Stając przed wizją wszechwładnego urzędnika państwowego, oceniającego film pod kątem zgodności z zasadami polityki społecznej, by uzyskać niezbędne środki finansowe, twórcy będą zmuszeni do zgubnej w skutkach dla ich kreatywności, samokontroli. Tę obawę wyraziła też publicznie scenarzystka Rebecca Schechter, przewodnicząca organizacji "Writers Guild of Canada", dodając, że jej zdaniem, wprowadzenie w życie ustawy sparaliżuje cały przemysł filmowy Kanady.

Po zaaprobowaniu ustawy przez Senat, zostaną opublikowane przez ministra Josee Vernera, wytyczne dla stosujących ten przepis urzędników. Filmowcy z niepokojem myślą o tych wytycznych, jak również o sposobie ich wprowadzania w życie przez - nie będących bynajmniej artystami - urzędników.

Niektórzy zastanawiają się, czy w oczekiwanych wytycznych znajdą się w nich elementy zasad, zawartych w regułach rządzących przyznawaniem dotacji rządowych firmom wydawniczym, sformułowanych w przepisach programu Book Publishing Industry Program. Według tych zasad, odmawia się finansowania materiałom, które:
1. zawierają propagandę nienawiści, pornografię dziecięcą czy innego rodzaju zakazane lub sprzeczne z kanadyjskim kodeksem karnym treści;
2. stanowią pornografię lub mają znaczny ładunek seksualności, chyba, że wydawca udowodni, iż przekazane w tej formie treści służą celom edukacyjnym lub do nich zbliżonym;
3. zawierają znaczny i nie uzasadniony niczym ładunek przemocy;
4. są obraźliwe dla konkretnej grupy ludzi;
5. zawierają innego rodzaju niż wymienione, obraźliwe treści.

Na gruncie tych wytycznych istnieje wiele niedomówień i niejasności. Co do zakazu, na przykład z punktu 1, nasuwają się poważne wątpliwości w kwestii kompetencji urzędnika państwowego w zakresie oceny danego materiału przez pryzmat kodeksu karnego. Na cóż nam bowiem niezawisłe sądy, jeżeli to, czy dany materiał należy zakwalifikować jako sprzeczny z kodeksem karnym, może autorytatywnie stwierdzić zwykły urzędnik?

Na tym tle dochodzi do wielu konfliktów w urzędach celnych, gdzie celnicy są wszechwładnymi cenzorami przesyłanych do Kanady materiałów. Tak się składa, że niektóre słynne dzieła światowej literatury przepojone są erotyką. Takie książki, już choćby z powodu ich tytułów, stanowią materiał "do odstrzału" dla praworządnych celników. Przedmiotem powszechnej wesołości stało się wstrzymanie na granicy "Kochanka Lady Chatterley".

Jednak konieczność prowadzenia ustawicznych wojen o odzyskanie swojej własności przez kanadyjski oddział "Chapters" niekoniecznie musi być zabawny dla zainteresowanych. Na liście wstrzymanych na granicy książek są także dzieła Normana Mailera, Balzaka, Guy de Maupassanta, Henry’ego Millera itd.

***

Inną próbką niszczycielskiego działania cenzury mogą być decyzje Toronto Film Board. Do 2005 roku komisja ta miała prawo zakazywania publikacji filmów na terenie Ontario. Do historii przeszły, i na zawsze tam pozostaną, niektóre jej niechlubne decyzje.

W 1932 roku zakazano publikowania w Kanadzie filmu "Scarface", który określono jako film gangsterski. Zakaz ten obowiązywał w większości prowincji przez pięć lat. W 1968 roku zakazano grania w Ontario "I Am a Curious Yellow". W 1978 roku, zakaz objął "Pretty Baby". W 1980 roku, komisja zaleciła cięcia w filmie "Blaszany Bębenek". Ze względu na fakt, że reżyser filmu sprzeciwił się jakimkolwiek zmianom, film ten nigdy nie został pokazany w kinach Ontario.

Podobny los spotykał produkcje telewizyjne, uznane przez urzędników komisji za obraźliwe dla odbiorców. Program dokumentalny "Not a Love Story", będący przejmującą opowieścią o losie kobiet, wykorzystywanych przez przemysł pornograficzny, nie doczekał się emisji w Ontario, gdyż uznano go za zbyt... pornograficzny.

***

Ojcowie projektu ustawy argumentują, że nikt nie jest zmuszony do korzystania z funduszy państwowych. Można zrezygnować z ubiegania się o nie i wówczas jedynym ograniczeniem treści tworzonych filmów będą przepisy kodeksu karnego.

Zastanówmy się jednak nad celem dotowania sztuki przez rząd.

Jest nim, oczywiście, popieranie sztuki, która rozsławia Kanadę za granicą. Która świadczy o bogactwie naszego kulturalnego dorobku.

Biorąc jednak pod uwagę dochody, jakie państwo uzyskuje ze sztuki, zdawałoby się, że chodzi o utrzymywaniu przy życiu kury, znoszącej złote jajka: wspieranie przemysłu, który stwarza stanowiska pracy i sprzyja rozwojowi związanych z nim biznesów.

Inwestycja państwa w sztukę jest jednym z najtańszych i najbardziej opłacalnych sposobów inwestowania, twierdzi Ian Morrison, przedstawiciel grupy Friends of Canadian Broadcasting.

Wspieranie sztuki leży więc jak najbardziej w interesie społecznym. Canadian Film or Video Production Tax Credit został wprowadzony w 1995 roku, ze zmianami wprowadzonymi w roku 2003. Przewiduje on możliwość zwrotu części kosztów produkcji. Zawarta w oryginalnym "Income Tax Act" możliwość przyznawania producentom kredytów podatkowych ma służyć promowaniu prężnego przemysłu filmowego i telewizyjnego. Celem ustawy jest więc służenie rozwojowi tego przemysłu, nie zaś promowanie przyzwoitości w kanadyjskiej kulturze. Bill C-10 nie jest bowiem kodeksem karnym, nie jest także kodeksem zasad moralnych świata filmowego. Jest ustawą mającą jedynie na celu uzupełnienie i ulepszenie ustawy podatkowej.

***

Wielu twórców uważa, że projekt ustawy jest ciosem zadanym światowi kanadyjskiego filmu. Kanadyjska aktorka i reżyser filmowy Sarah Polley twierdzi, że odsyłanie twórców kontrowersyjnych filmów do prywatnych źródeł finansowania, jest równoznaczne z wysyłaniem ich poza granice kraju.

Brak uznania ze strony kanadyjskich władz jest odczuwany wśród rodzimych twórców już od lat.

W lipcu 2007 roku w "The Globe and Mail" opublikowano artykuł Margaret Atwood, która z rozgoryczeniem pisała o decyzji rządu konserwatystów o zlikwidowaniu funduszu na promocję kanadyjskiej sztuki za granicą. Jak na ironię, pisarka dowiedziała się o tej decyzji w czasie, gdy uczestniczyła w dorocznej imprezie "Festival America: Literature s et Cultures d"Amerigue du Nord", odbywającej się w Vincennes pod Paryżem. Kanadę reprezentowała spora - w porównaniu z innymi przedstawicielami krajów Ameryki Północnej - grupa pisarzy. Atwood z rozgoryczeniem pisze, że festiwal odwiedziło 23,000 gości, a we francuskiej prasie miliony razy wspominano Kanadę.

W Europie, pisze Atwood, sztuka generuje dwa razy więcej dochodu niż przemysł samochodowy, ekonomia zaś korzysta na niej dużo więcej niż z handlu nieruchomościami, z przemysłu chemiczny czy spożywczego.

Jak na całym świecie, sztuka przynosi także Kanadzie rocznie ogromny dochód, liczony w dziesiątkach miliardów dolarów.

Atwood zastanawia się, jaki może być powód takiego lekceważenia sztuki w naszym kraju.

***

Protestujących filmowców poparła Rada Miejska Toronto z Davidem Millerem na czele. Oznajmił on 5 marca tego roku, że "Bill C-10 jest atakiem na kanadyjski przemysł filmowy, którego centrum stanowi Toronto. Istnienie zaś tego przemysłu jest niezwykle ważny dla naszego miasta. Jeżeli pasmo sukcesów, jakie odnosi ten dział produkcji artystycznej ma być kontynuowane, twórcy muszą być w stanie funkcjonować według jasnych zasad, bez grożących im politycznych interwencji czy też cenzury. To, co proponuje rząd, jest bardzo niepokojące. Zdestabilizuje to jeszcze bardziej i tak już skomplikowany system zdobywania funduszy na nowe produkcje".

W 2006 roku producenci filmów kręconych w Toronto przynieśli temu miastu zysk w wysokości 704 milionów dolarów. Dzięki temu przemysłowi znalazło zatrudnienie ponad 35 tysięcy osób.

Radni Miejscy wzywają w swoim piśmie rząd federalny do zasięgnięcia opinii społeczeństwa, a w szczególności tych osób i instytucji, których Bill C-10 bezpośrednio dotyczy, przed podjęciem ostatecznej decyzji o wprowadzeniu go w życie.

***

Tydzień wcześniej, Toronto Film Board wystosowała oświadczenie podobnej treści, również wyrażając w nim obawę o negatywny wpływ, jaki ustawa będzie miała na kanadyjski świat filmu.

***

Sztuka jest kapryśna. Jest grymaśna, nieuchwytna i nie zawsze do końca określona. Jest też wykładnikiem konkretnej rzeczywistości. Nie prawi morałów (ta , która to czyni, nie jest prawdziwą sztuką) lecz raczej odzwierciedla, dokumentuje znaki naszych czasów. Jest często wyzywająca i kontrowersyjna. Budzi rozmaite reakcje, często frustruje i drażni. Nawet ta najlepsza, nie zawsze znajduje uznanie krytyków, co znamy z historii sławnych dzieł i słynnych twórców.

Często sztuka ostrzega nas przed czymś, zawsze łamie utarte normy - społeczne, kompozycyjne lub kolorystyczne, w zależności od jej rodzaju.

W jaki sposób może być więc właściwie oceniona, a jej istnienie usprawiedliwione, przez urzędników, których jedynym celem jest sprawdzenie, czy dzieło jest zgodne z zasadami polityki społecznej rządu? Gdyby taką oceną objęto na przykład "Lot Nad Kukułczym Gniazdem" Milosa Formana, na pewno nie otrzymałby wsparcia finansowego ze strony rządu.

Dlaczego właśnie społeczna polityka rządu ma być czynnikiem decydującym o tym, co ma trafiać na ekrany kin lub telewizorów?

Przy okazji omawiania kwestii zagrożenia cenzurą sztuki filmowej i telewizyjnej, wspomina się znane kanadyjskie filmy, które nie spełniłyby prawdopodobnie kryteriów stawianych przez autorów ustawy Bill C-10. Kontrowersyjne "The Boys of St. Vincent" i "The Valour and the Horror" nie uzyskałyby funduszy z puli kredytów podatkowych. Także dzieło Davida Cronnenberga "Eastern Promises" nie mieściłoby się w kategorii dzieł poprawnych politycznie. Sarah Polley utrzymuje, że jej film "Away From Her" też nie otrzymałby dofinansowania.

***

Prawdą jest, że dobre filmy bardzo często zawierają mocne sceny erotyczne lub przepełnione są przemocą. Jednak te wykorzystywane przez twórców efekty mają głębsze przesłanie i służą zawsze, w takim przypadku, przekazaniu czegoś więcej niż to, co się widzi na ekranie. Nikt nie ma wątpliwości, że "Odrażający, brudni, źli" Ettore Scoli, czy "Szepty i krzyki" Ingmara Bergmana, zyskały popularność dzięki drastycznym scenom.

Wyreżyserowany przez Kanadyjkę Mary Harron film "American Psycho", oprócz dużej dozy przemocy, zawierał głębokie prawdy psychologiczne.

Martin Gero, twórca wchodzącego na ekrany filmu "Young People F--ng", zaprezentowanego w ramach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto we wrześniu ubiegłego roku też twierdzi, że jego film też nie uzyskałby aprobaty cenzorów. Jak twierdzi jego autor, film mówi, o tym, że "dokonana przez jego pokolenie próba całkowitego odseparowania seksu od miłości niezupełnie się powiodła - obie rzeczy są nierozerwalnie związane".

***

Historia ustawy Bill C-10, wymyślonej jako antidotum na groźbę nakręcenia filmu o parze morderców seksualnych, stanowi dowód na to, że cel przyświecający najlepszym nawet intencjom może zostać zaprzepaszczony z powodu złej realizacji.

Ukradkowość całego manewru powoduje, że zainteresowani zaczynają się zastanawiać, o co właściwie w tym wszystkim chodzi. Czy o Homolkę, czy raczej o wzięcie pod kontrolę kanadyjskiej produkcji filmowo-telewizyjnej, w celu wyeliminowania z niej treści sprzecznych z zasadami polityki społecznej Kanady.

Jeżeli politykom przyświeca ten drugi cel, to - niestety - ich nagłe zamiłowanie do nobliwości na ekranach może spowodować, że z Kanady powyjeżdżają najlepsi artyści w poszukiwaniu bardziej przyjaznych sztuce warunków, natomiast my będziemy zdani na oglądanie sztuki poprawnej, lecz przeciętnej, bez nagłych wzlotów i upadków, lecz także bez charakteru i głębszej treści. A przecież, jak podkreślają niektórzy, te prawdziwe filmy pornograficzne i tak nie potrzebują finansowego wsparcia ze strony rządu. Zresztą, nawet, gdyby producenci ubiegali się o takowe, pod żadnym pozorem i tak nie powinni ich przecież otrzymać.

***

Historia ta uświadamia nam także to, że po raz kolejny, Karla Homolka wtargnęła w nasze życie społeczne, czyniąc w nim wielki zamęt.

Dziennikarka Heather Mallick twierdzi, że bardzo chętnie obejrzałaby film o Homolce, gdyby posiadał on tak wysokie walory artystyczne i psychologiczną głębię, jak na przykład, nakręcony przez telewizję BBC w 2006 roku, filmu "Longford".

Jak zwykle, nie potrafię w pełni podzielić jej stanowiska. Uważam, że Karla Homolka, ze względu na wiele szkód, jakie wyrządziła naszemu społeczeństwu, manipulując nim wedle swego uznania, jest na naszym terenie persona non grata i nie należy dawać jej satysfakcji dalszego nękania nas w żadnej formie, a tym bardziej - pozwalać na ponowne doznawanie przez nią schadenfreude.

Jej historię widzę opowiedzianą w filmie w jednym tylko kontekście - krytyki prawno-społecznego systemu, który zezwala na zawieranie "paktów z diabłem", podobnych do tego, jaki z nią zawarto wiele lat temu.

Wątpię tylko, czy film taki byłby poprawny politycznie.

© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Prawo
Kontrowersyjne "bezpieczne igły"
O zniesieniu wiz nigdy nie za wiele
Komu powierzamy nasz los?
Prawne znaczenie słowa "Przepraszam"
Bezpieczeństwo publiczne ważniejsze
Wizy do Kanady zniesione, a problemów wcale nie mniej
Bez prawa do litości
Ciszej nad tą tragedią!
Na wolność... tylko w trumnie
Casus Homolka?