Polacy kochają narzekać - to taki polski odpowiednik anglosaskiego paplania o pogodzie, najbardziej bezpiecznego i wygodnego dla wszystkich tematu rozmów z gatunku "small talk". Polskie narzekanie pozwala poczuć wspólnotę z bliźnim, wywalić z siebie frustrację z powodu takiego czy innego niepowodzenia i tak ogólnie poczuć się lepiej.
Za komuny narzekanie stało się wręcz narodowym rytuałem. Jasne było, że wszyscy narzekają na to samo - na system, władze i sytuację spowodowaną przez kombinację owych dwóch pierwszych elementów. Nie było żadnych wątpliwości, że wszyscy narzekają z tego samego powodu. Ci, którym władza się podobała, po prostu nie odzywali się albo nie uczestniczyli w tym powszechnym narzekaniu, a przy drzwiach zamkniętych, pewnie narzekali sobie wśród swoich na wrogów ustroju.
Teraz, kiedy Polska jest wolna i pluralistyczna, już się nie da tak ponarzekać z przygodnie spotkanym rodakiem. Nie wiadomo wszak, jakiej jest orientacji politycznej. Jeżeli więc zaczniemy narzekać na obecny rząd, może się to skończyć awanturą, gdy trafimy na zwolennika PO, a jeżeli narzekanie skierujemy na to, co pozostawił nam rząd poprzedni, skoczyć na nas może jakiś fan PIS-u. Narzekanie stało się więc znacznie bardziej skomplikowane i nie zawsze może prowadzić do tworzenia wspólnoty z bliźnim.
Dawno w Polsce nie byłam, więc nie wiem, na co się teraz narzeka. Ponieważ poparcie dla obecnego rządu jest znacznie wyższe niż dla poprzedniego, gdy był u władzy, ta zadowolona część elektoratu pewnie narzeka na drożyznę, korki w Warszawie, może na pogodę. Nieprzyjaciele rządzącej ekipy mają lepiej - mogą sobie narzekać jak za starych PRL-owskich czasów - na rząd i jego posunięcia.
U nas za oceanem jest jeszcze lepiej - my, Polacy, możemy narzekać sobie i na Starą Ojczyznę, i na Nową, no i jeszcze na południowego sąsiada.
Narzekając na Starą Ojczyznę, możemy wybierać między narzekaniem na to, co było, a narzekaniem na to, co jest. Zza Oceanu znakomicie zbawia się i naprawia Polskę - tę dawną i tę obecną. Argumenty są takie, że niby z daleka lepiej widać, a dodatkowe zaatlantyckie doświadczenia dają taką szerokość i ostrość spojrzenia, że nikt stamtąd nie ma pojęcia lepiej niż my stąd, jak powinno być. Tak musiał myśleć pewien milioner z Mississaugi, kiedy obmyślił sobie, że dobrze byłoby zbawiać Polskę z Pałacu Prezydenckiego.
W narzekaniu na Nową Ojczyznę nasi Rodacy mieszkający w Kanadzie wyspecjalizowali się wprost wspaniale. Ponieważ czy u władzy są liberałowie czy torysi, nie robi to różnicy takiej, jak w Polsce rządy dwóch w sumie prawicowych partii. Polacy zawsze narzekają na rząd, ale głównie na służbę zdrowia, edukację, podatki, no i oczywiście na tych, którzy wszystkiemu są winni i którzy za wszystkim stoją (już Państwo wiedzą, o kim myślę, prawda?).
A ja sobie ostatnio pomyślałam, czytając sporo o innych miejscach na świecie, jak szczęśliwi jesteśmy żyjąc tu, gdzie żyjemy.
Kiedy jesteśmy chorzy, nie musimy umierać ze strachu, że może trzeba będzie jakichś specjalistycznych badań czy, nie daj Boże, operacji. Swobodnie wchodzimy do szpitala, poddajemy się zabiegom, badaniom, nie martwiąc się, z czego za nie zapłacimy. Zaraz za miedzą, za południową granicą, takiego komfortu nie ma więcej osób niż wynosi cała ludność Kanady. W naszej Kochanej Starej Ojczyźnie niby służba zdrowia jest bezpłatna, ale wiadomo, że wszystko tam ma swoją cenę. Ostatnio czytane opisy warunków w szpitalach warszawskich przypomniały mi tylko moje własne doświadczenia z jednego z nich, gdzie trzeba było przynosić własne sztućce, jedna jedyna ubikacja na korytarzu nie zamykała się od środka, papieru toaletowego nigdy w niej nie było (bo kradli), a szarobure ściany i odrapane żelazne, niegdyś białe łóżka, straszyły w każdej sali. Pokój lekarzy i pielęgniarek był niedostępnym dla zwykłych śmiertelników bastionem, z którego wyrwać którąś z sióstr było trudno, bo zajęte były piciem kawy i rozmowami.
Powinniśmy cieszyć się, że ktoś martwi się o dzieci wdychające dym z papierosów w samochodach, czy o to, by nie zatruwać środowiska pestycydami tylko dlatego, żeby ogródkowej trawy nie psuły nam chwasty. Poważne spory budziła kwestia wywieszania prania na sznurkach koło domu, bo niektórzy uważają, że to nieładne. Eko-troska zwyciężyła z estetyką. Jeżeli takie sprawy zajmują szpalty pierwszych stron gazet, to znaczy, że żyjemy w kraju szczęśliwym.
Na pewno w krajach, które już zalewa "ciche tsunami" głodu, nikt nie postuluje, by w szkołach nie dopuszczać transtłuszczy. Ileż dzieci w tamtych krajach dałoby za frytki, czy niezdrowe czipsy, naszpikowane transtłuszczami. Głód zagraża 20 milionom najbiedniejszych dzieci w najbiedniejszych zakątkach globu. Tu zamartwiamy się otyłością dzieci, a tam brak byle czego, co mogłoby wypełnić ich wzdęte głodem brzuchy.
Dobrze umieć cieszyć się, że żyjemy w miejscu, gdzie ogromne zaniepokojenie wywołuje fakt, iż około 60 osób rocznie to ofiary morderstw. Wskaźnik w przeliczeniu na 100.000 mieszkańców jest dziesięciokrotnie wyższy na przykład w Dallas w Teksasie, dwudziestotokrotnie w Detroit czy Baltimore, 40-krotnie w Afryce Południowej, a 60-krotnie w Kolumbii.
Więc kiedy obudzi się w nas ta nasza bardzo polska potrzeba ponarzekania, warto przypomnieć sobie właśnie o tych i o wielu innych powodach, dla których powinniśmy się cieszyć, że przyszło nam żyć w miejscu na świecie, gdzie jest pokój, dostatek i wolność. Dobrze o tym pamiętać.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.