Z ostatniego weekendu utkwiła mi w pamięci łapka misia. Dlaczego łapka misia? Jeden z uczestników niezwykle ważnej i pięknej uroczystości na placu Piłsudskiego w Warszawie, którego ojciec zginął w Katyniu, opowiadał, jak żegnał się z idącym na wojnę tatą. Chciał dać mu swego ukochanego pluszowego misia, ale ojciec powiedział, że nie zmieści misia do plecaka, więc mały synek urwał łapkę i wręczył ją tacie na szczęście. Tę łapkę znaleziono przy jego zwłokach, mówi syn, dzisiaj ponad dwukrotnie starszy niż jego ojciec tego dnia pożegnania, które okazało się pożegnaniem na zawsze. Łapka towarzyszyła ojcu do ostatniej sekundy (może ratując go od strachu), jak okazało się po ekshumacji ciał ponad 14 tysięcy wspaniałych młodych ludzi, najlepszych z najlepszych, którzy zostali dwukrotnie zamordowani - raz strzałem w tył głowy przez bestialskich oprawców podających się za przyjaciół, a drugi - przez owe bezlitosne lata zakłamania i ciszy, pozbawiające osierocone rodziny prawa do bólu i rozpaczy. Uroczystości w Warszawie, odczytanie nazwisk każdego z zamordowanych bohaterów, połączone z awansowaniem każdego z nich na wyższy stopień, były czymś co na zawsze pozostanie częścią naszej współczesnej historii. Poorane zmarszczkami twarze tych, którzy wtedy byli niczego nieświadomymi dziećmi, uświadamiają ogrom tej horrendalnej zbrodni. Tyle lat trzeba było czekać na prawdziwe uczczenie pamięci zdradzonych, skazanych na zakłamane zapomnienie. Ich własne dzieci zdążyły osiągnąć prawie kres swej podróży, a wiele z nich nie dożyło dnia, który może choć częściowo zdjąłby ciężar z ich serc. To dobrze, że na Placu Piłsudskiego byli też młodzi ludzie, były nawet dzieci. Na pewno zapamiętają te chwile na zawsze i oby nie musiały czekać do schyłku swego życia, by móc głośno powiedzieć, jak dumne są ze swoich ojców.
•••
Kiedy o godzinie 21.00 na witrynie internetowej vancouverskiej stacji radiowej pojawił się długo oczekiwany film z październikowej tragedii na lotnisku w Vancouver, z drżeniem ręki przyciskałam przycisk "play". Wiedziałam, że z tą chwilą uruchamiam rzeczywistość, której już nie ma - zobaczę za chwilę ostatnie minuty życia człowieka, którego zobaczyć można już tylko na tym nagraniu. I to nie będzie film, gdzie aktor grający rolę zabitego bohatera, za chwilę wstanie, otrzepie ubranie i wyjdzie z planu. Wiedziałam, że to co zobaczę, to rzeczywistość.
Spodziewałam się zobaczyć rozwścieczonego, trudnego do opanowania, opętanego agresją człowieka, ciskającego znajdującymi się w zasięgu ręki przedmiotami. Tak przedstawiały sytuację media. Kilkuminutowa część pierwsza filmu była całkowitym zaskoczeniem. Robert Dziekański przypominał mi zagubione i przerażone zwierzątko, błąkające się (a nie miotające się!) po pustym zupełnie sektorze lotniska jak po za dużej klatce. Nie było w nim ani wściekłości, ani agresji. Podnosił kolejno sprzęty, nosił je i przenosił, prawie tak, jakby chciał czymś się zająć. Ciężko oddychał, wyglądał na wyczerpanego. Teraz wiemy dlaczego - 10 godzin spędzone na nieznanym lotnisku przez człowieka, który pierwszy raz w życiu podróżował samolotem, nie znającego języka, nie mającego pojęcia dokąd pójść, co robić i dlaczego nikt na niego nie czeka, bez jedzenia i picia, dzień po rzuceniu palenia, po rozstaniu z krajem, z którego zdecydował się wyemigrować - czy trzeba więcej? W pewnej chwili rzucił o ziemię komputerem, a potem stolikiem w szklaną ścianę. Ale nawet te pozornie agresywne działania, takimi w istocie się nie wydawały. Gdyby Dziekański robił wrażenie niebezpiecznego furiata, podróżni nie czyniliby prób podejścia do niego i nawiązania z nim kontaktu, a tak właśnie czynili. Z drugiej strony szklanych drzwi stali też strażnicy z ochrony lotniska. Na taśmie słychać komentarze - wszyscy myśleli, że dziwnie się zachowujący mężczyzna mówi po rosyjsku. W całej tej sprawie nie było ani odrobiny grozy. Gdyby nie znane doskonale zakończenie, można by przypuszczać, że za chwilę ktoś z obsługi lotniska przyprowadzi czekającą na syna matkę, która natychmiast go uspokoi, a zaraz potem zabierze go do domu, nakarmi i położy spać. Albo może tłumacza z języka rosyjskiego, którego nasz bohater i tak zrozumie, i który wytłumaczy mu, że trzeba się uspokoić, a potem, po wysłuchaniu zdenerwowanego podróżnego, wyjaśni pracownikom lotniska, jakie przejścia ma za sobą nowy imigrant z Polski.
Niestety, nic z tego się nie wydarzyło. Wydarzyło się natomiast to, co widać z przerażającą jasnością w drugiej części nagrania. Nagle pojawia się czterech policjantów RCMP. Bez słowa rozmowy ze strażnikami i świadkami-podróżnymi, którzy przez długi czas obserwowali sytuację i mogli udzielić im mnóstwo przydatnych informacji, czterej policjanci wkraczają tam, gdzie przebywa sam zdezorientowany Dziekański. On jakby witał ich przyjście z ulgą - cofa się, podnosi do góry ręce w geście poddania się, staje tyłem do lady - jest spokojny, nie stawia oporu, nie walczy. 25 sekund później słyszymy pierwszy "strzał" - coś czego sam trafiony na pewno nie mógłby się spodziewać, tak samo jak my, widzowie, gdyby nie to, że przecież znamy scenariusz... Trafiony pada na ziemię, wyjąc i skręcając się z bólu. Trzech wielkich policjantów przyszpila go do ziemi, jeden prawie siada mu na szyi, chcą go obezwładnić. W międzyczasie kolejne 50.000 woltów - czy tamto było za mało?! Jeszcze chwila nieludzkich krzyków i nagle brak ruchu i cisza. Stojący z boku czwarty policjant ma w ręku kij, może pałkę policyjną, którą nagle wali chyba w ziemię tuż obok nieruszającego się już człowieka. Dlaczego? Tego momentu nigdzie nikt nie komentował, a właśnie on wywołał we mnie prawdziwe przerażenie...
Tu kończy się film wracającego z Chin młodego człowieka. Wiemy też, że w zapisach policyjnych nagrań radiowych, jak ujawniła CTV British Columbia, jest 12-minutowa przerwa od chwili kiedy Dziekański stracił przytomność do chwili kiedy przyjechała karetka pogotowia. Dlaczego przeszkoleni w technikach reanimacji policjanci nie reanimowali Dziekańskiego? Dlaczego nie wezwano sanitariuszy z lotniska - byliby przy potrzebującym pomocy w ciągu paru minut?
Znaków zapytania jest tyle, że nie wiadomo, gdzie zacząć. Dlaczego policjanci nie zrobili nic, aby spróbować uspokoić Dziekańskiego? Dlaczego nie porozmawiali przedtem ze świadkami, nie wezwali tłumacza? Dziekański mógł poczekać kolejne 15 minut - nie działo się przecież nic, co wymagało nagłej akcji.
Po co paralizator? Dlaczego nie sprej pieprzowy - przecież dokoła nie było żywej duszy poza samym Dziekańskim. Albo dlaczego policjanci nie spróbowali obezwładnić go bez tasera? Przecież wiadomo było, że od tasera zmarło już w Kanadzie 15 osób. Wiadomo, że tak silny ładunek elektryczny może być niebezpieczny przy niektórych schorzeniach. Skąd wiadomo było, czy ten ciężko dyszący, spocony i wyraźnie zdezorientowany człowiek, nie jest chory? Jeśli już nic innego nie można było wymyślić, to kaftan bezpieczeństwa byłby na pewno lepszy od tasera. Dziekański przynajmniej dzisiaj by żył.
Dlaczego nikt nie pomógł matce imigranta dotrzeć do nieznającego języka syna? Dlaczego kazano jej wracać do Kamloops, mówiąc, że syn nie przyleciał?
Nikt nie odwróci tego, co się stało. Taśma powiedziała prawdę, której wyraźnie nie chciała mówić policja. Trzeba ją zobaczyć całą, a nie fragmenty pokazywane przez media. Tylko wtedy ma sens. A sens jest taki, że trudno zrozumieć sens tego co się stało w ziemi obiecanej imigrantów, dokąd przylatują tysiące nieznających języka, zagubionych ludzi, szukając lepszej przyszłości, jak Robert Dziekański, jedyny syn matki, która siedem lat pracowała na to, by móc go sponsorować. Mieli mieć wspólną przyszłość w tym wspaniałym kraju, który zamiast tego zgotował im rozstanie na zawsze.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.