Druga część reportażu o okolicznościach śmierci Roberta Dziekańskiego i dramacie polskiej rodziny z Kamloops (publikowana w ubiegłym tygodniu w "Gazecie")
Robert z matką w Gliwicach
Od dwóch tygodni sprawa śmierci Roberta Dziekańskiego nie schodzi z łamów kanadyjskich gazet. Wokół tragedii, która rozegrała się nad ranem 14 października na lotnisku w Vancouver wciąż jest wiele kontrowersji. Największą z nich jest różnica w opisie zdarzeń przedstawianych przez Królewską Kanadyjską Policję Konną i naocznych świadków zdarzenia. Dziś wiadomo już, że istnieje materialny dowód mogący potwierdzić prawdziwość zeznań jednej bądź drugiej strony. Dowód, który spowodował, że kolejny Kanadyjczyk złożył pozew przeciwko RCMP.
Śmiercionośne impulsy
"Globe and Mail" z 26 października 2007: 18 przypadków śmierci spowodowanej użyciem paralizatora daje jasną odpowiedź na pytanie, czy te urządzenia są bezpieczne. Jeśli ktoś umiera chwilę po tym, jak został porażony prądem, oczywiste jest, że zabiło go to urządzenie. Jednak niektórzy lekarze i patolodzy twierdzą, że zatrzymanie akcji serca po użyciu paralizatora powinno natąpić niezwłocznie, a nie po upływie kilku minut, czy nawet godzin, jak to miało miejsce w przypadku niektórych ofiar. "Jeśli śmierć następuje później niż w przeciągu dwóch sekund od porażenia, to nie spowodował jej impuls elektryczny" - twierdzi David Evans, koroner z Ontario.
Dwa podobne wypadki w krótkim odstępie czasu wydarzyły się w Quebecu. 18 września policja w Quebec City użyła paralizatora elektrycznego do obezwładnienia Claudio Castagnetty, włoskiego emigranta, który zmarł dwa dni później - zdaniem biegłych, od ran, jakie sam zadał sobie w głowę. Powodem interwencji policyjnej w przypadku 32-latka było jego pojawienie się w osiedlowym sklepie... bez butów. Zdaniem świadków, mężczyzna wyglądał na zdezorientowanego i odmówił opuszczenia sklepu. Z tego powodu został kilkukrotnie porażony paralizatorem. Jego nabliżsi utrzymują, że mężczyzna nigdy nie zażywał żadnych środków odurzających i nie cierpiał na zaburzenia psychiczne. Jednak jego prawnik oświadczył, że Castagnetta miał zaburzenia maniakalno-depresyjne.
Kolejny przypadek śmierci po użyciu paralizatora wydarzył się również w Quebecu. Trzy dni po śmierci Roberta Dziekańskiego policja montrealska zatrzymała kierowcę, który spowodował stłuczkę. Podczas próby wylegitymowania, mężczyzna wyglądał na odurzonego narkotykami lub nietrzeźwego. Zdaniem funkcjonariuszy, 39-letni Quilem Registre zachowywał się agresywnie. Zmarł po użyciu policyjnych paralizatorów. Sekcja zwłok wykazała w jego organizmie obecność kokainy.
Zdaniem przedstawicieli policyjnych oddziałów specjalnych, użycie paralizatora może skutkować zgonem w przypadku osób pijanych, odurzonych narkotykami lub chorych psychicznie. Opinie specjalistów są podzielone, ale z całą pewnością żadna z tych teorii nie dotyczy Roberta.
Sekcja zwłok wykazała, że 40-letni Polak był człowiekiem zdrowym, a w jego organizmie nie znaleziono żadnych substancji chemicznych, alkoholu czy narkotyków. Oczekiwane są wyniki testów toksykologicznych.
- Robert Dziekański przybył do Kanady ze statusem "landed immigrant". By móc go uzyskać, musiał przejść szereg badań i testów, które potwierdziły jego dobry stan zdrowia - mówi Walter Kosteckyj, prawnik Zofii Cisowski, matki Roberta. Sposób działania tych śmiercionośnych urządzeń jest prosty. Prąd o sile 50.000 wolt podnosi ciśnienie krwi i zwiększa ilość skurczy serca. Zdaniem niektórych lekarzy może on być przyczyną zatrzymania akcji serca. Nowoczesne paralizatory, zwane taserami, wyposażone są w dwa druciki, na końcach których umieszczone są elektrody. W momencie "wystrzału" wyrzucane są w kierunku ofiary, tworząc z jej ciałem obwód zamknięty. Na końcach elektrod znajdują się metalowe kolce, które z łatwością przebijają się przez ubranie. Impuls elektryczny dociera do komórek nerwowych, a za ich pośrednictwem do mięśni, powodując ich paraliż. Człowiek traci wtedy kontrolę nad swoim ciałem. Jak wynika z czarnej statystyki - może stracić też życie.
Arytmetyka śmierci
Robert czekał siedem lat aż jego matka osiągnie roczny dochód w kwocie $30,000. Był to warunek, by mogła sprowadzić syna do Kanady. Latem zeszłego roku rozpoczęła procedurę imigracyjną.
- Przyleciałam w maju do Polski, do syna, powiedziałam mu - synku, składam już dokumenty o twój pobyt - mówi łamiącym się głosem Zofia Cisowski. Wtedy, w maju ostatni raz widziałam go żywego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że to były moje ostatnie szczęśliwe chwile w życiu.
W sobotę, 13 października ok. 3.00 czasu polskiego Robert opuścił Gliwice i pojechał na katowickie lotnisko. Z Katowic miał samolot do Frankfurtu. We Frankfurcie czekał ponad cztery godziny na połączenie do Vancouver.
Samolot, który miał wylądować w Vancouver o 13.40 w sobotę, spóźnił się półtorej godziny. Około 15:00 Robert przeszedł bez problemu przez urząd celny i imigracyjny, wiadomo też, że odebrał swój bagaż i załadował go na wózek. Co działo się potem, jest obecnie przedmiotem śledztwa. Zofia Cisowski w tym czasie znajdowała się tylko 40 metrów od syna, usiłując przekonać pracowników lotniska, żeby wpuścili ją do strefy imigracyjnej, by mogła go odszukać. Oboje byli rozdzieleni przeszkloną ścianą. Kobieta błagała urzędników o interwencję, ale bezskutecznie. W tym czasie Robert, samotny, zagubiony, bez pieniędzy, wody i znajomości angielskiego prosił ludzi o pomoc.
- Niewiarygodne jest to, że matka i syn byli przez pół dnia tak blisko siebie, a nikt z obsługi lotniska nie pomógł jej chociażby w tym, by mogła przekazać jakąkolwiek wiadomość synowi. I że nikt z pracowników "po drugiej stronie szyby" nie był w stanie porozmawiać z nim i przekazać informację matce.
Nie mogę zrozumieć, jak mogło się stać, by nikt, absolutnie nikt nie był w stanie przyjść z pomocą człowiekowi na lotnisku, które przyjmuje 17 milionów pasażerów rocznie. I że mimo supertechnologii, świetnie przygotowanego personelu, ochroniarzy, urzędników imigracyjnych i celników, nikt nie zwrócił uwagi na człowieka, który przez 10 godzin błąkał się po hali przylotów... - kręci z niedowierzaniem głową prawnik matki Roberta, Walter Kosteckyj.
Około 22.00 Zofia dowiedziała się, że Roberta nie ma na lotnisku. Przestraszona wyruszyła z powrotem do Kamloops, dokąd dotarła po niecałych trzech godzinach. W domu zastała wiadomość na automatycznej sekretarce, że syn się odnalazł. Oddzwoniła na lotnisko, prosząc urzędnika, by zaopiekował się synem, który nie zna angielskiego, a ona przyjedzie po niego tak szybko, jak tylko możliwe... Nie wiedziała, że właśnie wtedy serce Roberta otrzymało uderzenie o sile 50.000 wolt i powoli przestawało bić...
- Przeraża mnie myśl, że od wejścia policji do hali odlotów do użycia paralizatorów upłynęły zaledwie 24 sekundy. Tyle czasu potrzebowała policja, by użyć siły w stosunku do człowieka, który nie stanowił żadnego zagrożenia. Te 24 sekundy, oddzielające życie od śmierci... - dodaje Walter Koseckyj. Nie wiadomo, dlaczego pracownicy portu lotniczego nie zastosowali "code 3" - alarmu, na który reagują ratownicy medyczni zatrudnieniu na lotnisku. Dlaczego do Roberta wezwano karetkę z miasta, która przyjechała dopiero po 12 minutach? Przytoczone powyżej liczby obrazują dramat ludzki i przerażają swoją wymownością, stając się swoistą artymetyką śmierci.
Szokujący dowód
Sensacyjny zwrot w tej tragicznej sprawie nastąpił kilka dni temu. Do jednej z rozgłośni radiowych w Vancouver zgłosił się mężczyzna, który sfilmował całe zajście kamerą cyfrową. Paul Pritchard wracał z Chin i widział Roberta w hali przylotów. Kiedy zorientował się, że jest świadkiem niecodziennych zdarzeń, włączył kamerę. Jakość nagrania okazała się doskonała.
Na filmie wyraźnie widać całą akcję policji i moment śmierci Roberta. Jednak Pritchard nie jest w stanie upublicznić filmu - policja zabrała mu kartę pamięci z całym nagraniem. Funkcjonariusz, który z nim rozmawiał wyjaśnił, że "ze względów technicznych" kopię filmu można zrobić tylko w biurze RCMP. Została spisana umowa między nim a policją mówiącą o terminie zwrotu kamery - miała wrócić do właściciela w ciągu 48 godzin.
Kamera została zwrócona, ale bez karty pamięci. Ktoś włożył do niej nową, czystą. Najpierw policja utrzymywała, że właścicielowi zwrócono kompletny sprzęt, potem odmówiono zwrotu nagrania, zasłaniając się dobrem śledztwa. Pritchard usłyszał, że kartę pamięci z filmem będzie mógł odebrać dopiero za... kilkadziesiąt miesięcy. Mężczyzna wynajął prawnika i pozwał RCMP.
- Nie jestem teraz w stanie odtworzyć w pamięci całego zajścia, bo zwracałem uwagę głównie na to, czy kamera filmuje prawidłowo. Ale wiem jedno - żaden z policjantów nie próbował rozmawiać z tym człowiekiem ani go uspokoić. Doskoczyli do niego i powalili na ziemię. Żaden z nich nawet nie próbował poszukać tłumacza. I na pewno w zachowaniu ofiary nie było żadnej agresji - utrzymuje Kandyjczyk. Kiedy Pritchard obejrzał w lokalnej telewizji reportaż o dramacie na lotnisku, zdał sobie sprawę, jakiej wartości jest jego dowód i że może stać się świadkiem w sprawie kryminalnej. Mężczyzna wynajął prawnika, który już złożył w Sądzie Najwyższym Kolumbii Brytyjskiej wniosek o nakaz natychmiastowego wydania taśmy przez RCMP.
- Widziałem tę płaczącą kobietę, czytałem nieprawdziwe informacje publikowane w prasie. Chcę upublicznić nagranie w mediach, żeby skończyły się spekulacje na temat rzekomej agresji ofiary i ilości oddanych do niego strzałów. Nieprawdą jest, że chcę sprzedać film mediom.
- Na początku nie wiedziałem, o co chodzi w tej całej sprawie, teraz jest dla mnie jasne, że ktoś chce ukryć prawdę. Film ją pokaże - oświadczył Pritchard na antenie radiowej. Wynajęty do tej sprawy prawnik, Paul Pearson uważa, że jego klient ma pełne prawa do swojej własności.
- Ironią losu w tej całej historii jest to, że tego dnia wróciłem z Chin, gdzie pracowałem jako nauczyciel. Mówiłem swoim studentom, jak wspaniałym krajem, wolnym i szanującym prawa człowieka jest Kanada. Zbyt szybko i zbyt boleśnie przekonałem się, jak bardzo przesadzałem z tym kanadyjskim szacunkiem dla człowieka - gorzko reasumuje Pritchard.
Polonia się jednoczy
Sprawa tragicznej śmierci Roberta Dziekańskiego zatacza coraz szersze kręgi. Konsul generalny RP w Vancouver Maciej Krych oświadczył, że w tej sprawie otrzymuje wiele listów z poparciem, zarówno z Kanady, jak i z Polski.
- Za pośrednictwem torontońskich mediów chcę wyrazić wdzięczność dla całej Polonii, nie tylko w Kanadzie, ale w Stanach i z całej Europy. Dostajemy telefony, listy, e-maile, bardzo wielu Polaków jest przejętych tą dramatyczną sytuacją.
Te wyrazy solidarności Polaków z całego świata są niezwykle cenne - mówi konsul generalny Rzeczypospolitej Polskiej w Vancouver, Maciej Krych.
- W zeszły czwartek w siedzibie Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Vancouver odbyła się konferencja prasowa, która była nie tylko szansą na konfrontację przedstawicieli Polonii z dziennikarzami, ale też uczciliśmy na tym spotkaniu pamięć naszego rodaka. W konferencji uczestniczyli też prezes KPK w Vancouver Ludwik Tokarczuk z małżonką Danutą. Swoje stanowisko w tej tragicznej sprawie przedstawił adwokat Zofii Cisowski, Walter Kosteckyj. "Naszym zadaniem było przede wszystkim wyrażenie ubolewania matce ofiary, która była obecna na spotkaniu, przedstawienie stanowiska władz polskich oraz powołanie fundacji w celu zbierania funduszy na pomoc Zofii Cisowski. Ta kobieta nadal jest w stanie szoku, nie może podjąć pracy, jest zupełnie zdruzgotana. Oświadczam, że każdy dolar przekazany na tę fundację będzie służył dobremu celowi. Proszę sobie wyobrazić, że ta kobieta zapożyczyła się, by sprowadzić syna do Kamloops. Robert miał jej pomagać w pracy" - dodaje konsul Maciej Krych. Konsul zapewnił zgromadzonych, że Rzeczpospolita Polska dba o swoich obywateli i będzie skutecznie domagać się pełnego, rzetelnego i jak najszybszego wyjaśnienia wszystkich okoliczności tragedii. Ambasada RP wystosowała notę dyplomatyczną do władz kanadyjskich, a Konsulat Generalny jest w stałym kontakcie z biurem koronera i wydziałem policji, prowadzącym postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Kongres Polonii Kanadyjskiej zaoferował matce ofiary, Zofii Cisowski, pomoc w postaci otwarcia kont charytatywnych, na które zbierane są fundusze na obsługę prawną, pogrzeb syna i wszelkie koszty ponoszone przez kobietę, której stan zdrowia nie pozwala wrócić do pracy.
Państwo Tokarczukowie z vancouverskiego oddziału KPK zadziałali naprawdę błyskawicznie - w krótkim czasie powołana została fundacja pod nazwą Zofia Victim's Trust, na którą można dokonywać wpłat na rzecz matki ofiary. Jednak Polonia torontońska napotykała na problemy związane z przelewami pieniężnymi na konto banku w Kamloops. Nasi rodacy żalili się na utrudnione procedury bankowe. Na tę sytuację błyskawicznie zareagował Kongres Polonii Kanadyjskiej w Toronto. Udostępnił konto swojej Fundacji Charytatywnej. Można na nie wpłacać pieniądze, które zostaną przeznaczone na pomoc dla Zofii Cisowski. Przy wpłacie należy zaznaczyć, że to datek dla tej właśnie osoby.
- Nie odwrócimy tego co się stało. Ale chcemy podjąć działania zmierzające do tego, by policja przestała używać paralizatorów. Trzeba ostatecznie zbadać, w jakich przypadkach ich stosowanie jest niebezpieczne. Paralizatory powinny tak funkcjonować, by nie powodowały zgonów. Musimy sprawić, by nie zaistniała więcej nawet możliwość takiej tragedii jak w Vancouver, gdzie człowiek niedoinformowany, zagubiony popadł w tarapaty, które zakończyły się interwencją policji i w efekcie zgonem.
Do Kanady przyjeżdżają nasi krewni i znajomi, niektórzy z nich nie znają języka angielskiego. Muszą mieć możliwość porozumienia się z pracownikami lotniska czy ochrony - mówi Władysław Lizoń, prezes KPK.
Długie pożegnanie
W środę odbył się pogrzeb Roberta. Skromna uroczystość, w której udział wzięli jedynie matka, dwóch przyjaciół i ksiądz, odbyła się w domu pogrzebowym w Kamloops. To był dramat - mówi Jerzy Bałtakis, przyjaciel rodziny, który pomaga Zofii ogarnąć wszystkie sprawy związane z pogrzebem.
"Zosia nie chciała odejść od trumny, rozpaczała strasznie, ja nie byłem potem w stanie zasnąć w nocy. Jedno jest pocieszające - że ta śmierć prawdopodobnie nie poszła na marne, już zaczyna się mówić o wycofaniu paralizatorów z użytku. Jeśli jeszcze zmieni się prawo i uproszczą procedury imigracyjne, ludzie nie będą traktowani tak jak do tej pory." Jerzy robił zdjęcia na wczorajszej uroczystości.
Dzięki jego uprzejmości i za zgodą Zofii Cisowski udostępnił "Gazecie" tę smutną pamiątkę.
- Lekarz mówił, że dziś będzie lepiej, ale jest coraz gorzej, z każdą godziną - mówi Zofia, nie przestając szlochać. Zawsze byłam przeciwna kremacji, ale gdybym miała odłożone jakiekolwiek pieniądze, stać byłoby mnie na transport zwłok do Polski i tradycyjny pogrzeb... Mój synek nie powinien być spalony. Był taki piękny, chciałam, żeby to ciało jak najdłużej było na ziemi. To była po prostu moja wielka miłość i umarła... Kobieta prosi o przekazanie Polonii torontońskiej "Bóg zapłać" za serce, za pomoc, za modlitwę i zaczyna szlochać. Płaczemy obie, więc żegnam się i życzę jej siły.
W oparach absurdu
Wtorkowa wizja lokalna na lotnisku udowodniła absurdalne zachowanie służb, których zadaniem jest przede wszystkich działanie racjonalne i ochrona dóbr obywatela. Ani urzędnicy imigracyjni, ani służby porządkowe nie wysiliły się, by znaleźć tłumacza znającego jakikolwiek język słowiański, który mógłby ustalić, jakim konkretnie językiem posługiwał się Robert. Dziennikarzom udzielano informacji, że mężczyzna "krzyczał niezrozumiale w obcym języku". Dla kogo obcym? Skoro w Kanadzie mieszkają emigranci ze 187 krajów świata (!), to fakt posługiwania się językiem innym niż angielski i francuski nie powinien budzić zaskoczenia. Na międzynarodowym lotnisku jednego z największych miast, w jednym z największych krajów świata - jednak wzbudził. Skoro Robert rzekomo mówił niezrozumiale, to skąd wniosek Pierra Lemaitre, że krzyczał po hiszpańsku? Biurokracja i zaniechanie służb na lotnisku oraz nadgorliwość policji sumują się na jedno słowo - niekompetencja. I to niestety - tych służb, które rzekomo "chronią i bronią". Tylko kogo?
Z kpiną i trwogą opisuje działanie policji Colas Bregnon na witrynie stowarzyszenia Vox Populi: "...Zachowanie Roberta Dziekańskiego wydawało się, jak stwierdził sierżant Lemaitre niezrozumiałe, dodając inteligentnie, że ofiara wołała głośno po hiszpańsku "policia, policia" co wydało się trzem zawołanym na pomoc "Mounties" na tyle niebezpieczne, że zdecydowali się użyć "elektroszokera". I faktycznie, nikt widzący policję nie ryczy głośno "policja", ze szczęścia nawet. Chyba że ich nie rozpoznaje i wzywa pomocy. Na to jednak trzech "królewskich konnych" nie wpadło. Po zaaplikowaniu 50.000 wolt ofiara upadła na ziemię. Nie straciła jednak przytomności, lecz konwulsyjnie kopiąc nogami, usiłowała wydrzeć się z rąk przytrzymujących ją trzech policjantów, którzy jako trenowani fachowcy, w końcu zdołali założyć jej kajdanki i wezwać pomoc medyczną.
Sierżant Lemaitre stwierdził również, że ofiara zlana była potem, a z jej zachowania można było wywnioskować, że znajdowała się pod wpływem narkotyków lub miała jakiś poważny problem zdrowotny. Na to też "królewscy konni" nie wpadli, że jak ktoś ma problemy ze zdrowiem, to być może elektryczny szok może wydawać się niewskazany..." Brzmi ten cytat jak opis sceny z czarnej komedii klasy B. Niestety, to wydarzyło się naprawdę i pociągnęło za sobą śmierć jednej osoby i rozpacz innej. W imieniu Zofii proszę Państwa o modlitwę za Roberta.
•••
Kolejne fakty w tej sprawie ujawnimy w reportażu, który ukaże się w następnym weekendowym wydaniu "Gazety".
Wpłaty na rzecz Zofii Cisowski przyjmuje Fundacja Charytatywna Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Czeki można wysyłać na adres:
Fundacja Charytatywna KPK
288 Roncesvalles Ave.,
Toronto, ON M6R 2M4
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.