Dziennik Polonii w Kanadzie    
Strona główna | POLONIUM | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 1 stycznia, 2013
 
  GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej      

W naszej GAZECIE:
Polonium
POLONIUM
News about Poland

Ale piękny jest ten świat
Antykwariat
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
CHUDNIESZ - WYGRYWASZ ZDROWIE
Dobre rady
Europa
Film
Finanse
Fotka dnia
Historia mało znana
IMPREZY
Kabaret pod Bańką
Kanada
Komentarze, opinie
Kultura
List oceaniczny - dodatek kulturalny
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Nauka i technika
Ontario
Polonia
Polonia Przyszłości
Polska
Pomóżmy innym
Powódź 2010
Prawo
Robert Dziekański
Różności
Smoleńsk 2010
Toronto
USA
W krzywym zwierciadle
Wybory federalne 2011
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Świat

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny

Gwiazdy i melodie
Joanna Sokołowska-Gwizdka
Nov 3, 2006
 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


rozmowa z Janem Tyszkiewiczem - kompozytorem i wieloletnim autorem programów muzyczno-rozrywkowych sekcji polskiej Radia Wolna Europa.


Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, październik 2006, nr 46


Jan Tyszkiewicz z zona Majka z domu von Buxhoeveden, podczas wesela najstarszego syna Michala (Gugu) Tyszkiewicza, fot. arch. J.T.


Jan Tyszkiewicz podczas wytezonej pracy w Radio Wolna Europa w okresie stanu wojennego w Polsce (Monachium, 1982 rok), fot. arch. J.T.


Jan Tyszkiewicz (L) wraz ze stryjem Michalem Tyszkiewiczem (P), mezem Hanki Ordonówny, w Londynie w 1950 roku, fot. arch. J.T.



Joanna Sokołowska-Gwizdka: Jestem po lekturze Pana najnowszej książki pt. „Artystokrata bez krawata. Gwiazdy i melodie” oraz wysłuchaniu dołączonej płyty z piosenkami - w większości Pana kompozycjami. Muszę przyznać, że ciągle chodzą mi po głowie te melodie i nie mogę się od nich „uwolnić”. Książka jest zbiorem wywiadów w większości z polskimi gwiazdami piosenki i teatru, które wykonują Pana utwory. Czytając i jednocześnie słuchając nagrań, miałam wrażenie, że przysłuchuję się wartko przebiegającym, dowcipnym i pełnym anegdot rozmowom w kawiarnianej atmosferze. Czy rozmowy te przeprowadzał Pan z myślą o radiu, czy też od razu z myślą o książce?


Jan Tyszkiewicz: Tym razem rozmowy przeprowadzałem z myślą o książce, bo książka i płyta są jednak bardziej trwałe niż program radiowy. Ale pani powiedziała coś bardzo ważnego, że czytała pani moją książkę słuchając jednocześnie piosenek. To było moim marzeniem, bo tylko słuchając i czytając równocześnie, można właściwie odebrać moje prawdziwe zamierzenie.


JSG: Po dwóch poprzednich Pana książkach wspomnieniowej - „Arystokrata bez krawata” i sensacyjnej - „Karecie Asów”, czy pomysł na kolejną książkę jest wynikiem Pana pracy zarówno jako i radiowca, jak i kompozytora?


JT: Absolutnie tak. Jako radiowiec stęskniony byłem przez te lata pracy w Radio Wolna Europa za osobistym kontaktem na antenie z polskimi artystami, bo przecież jak wiadomo, nie wolno było występować im w naszych audycjach. Rozmawiałem wtedy z całym światem artystycznym oprócz Polski. No, a jako kompozytor - jestem wdzięczny tym wszystkim polskim artystycznym osobowościom, że zechciały nagrać moje piosenki.


JSG: Pana rozmowy często zaczynają się od zwykłych, codziennych spraw, a potem, niewiadomo kiedy rozmowa dotyka głębszych pokładów w człowieku, czy też przechodzi do ogólnych przemyśleń na temat rzeczywistości. Czy ma Pan jakiś specjalny klucz, którym otwiera Pan ludzi?


JT: Na pewno te setki rozmów przy mikrofonie dały mi nie mało doświadczenia w otwieraniu ludzi. Ale myślę, że takim głównym kluczem jest podejście do człowieka, którego nauczyłem się jeszcze jako młodziutki chłopak od mojego ojca, a potem od mojego stryja Michała, męża Hanki Ordonówny. Różni ludzie mają swoją wrażliwość i zasługują na to, żeby się przy nich zatrzymać. Nie ważne czy to jest angielska królowa, król Hiszpanii, portier w hotelu, czy kierowca taksówki – życie każdego z nich może być tematem na osobną książkę. Naturalnie są ludzie bardzo ciekawi i fascynujący, mniej ciekawi, a czasem całkiem nieciekawi.


JSG: Czy dla Pana rozmowy z polskimi artystami po 1989 roku, były jednym ze źródeł informacji o współczesnej polskiej rzeczywistości i polskiej kulturze?


JT: Od artystów wiele dowiadywałem się o współczesnej polskiej kulturze i jej mechanizmach. Ale muszę pani zdradzić pewną tajemnicę. O prawdziwej współczesnej rzeczywistości dowiadywałem się od kierowców taksówek. To z nimi nagrywałem pierwsze wywiady, kiedy zacząłem przyjeżdżać do Polski, najczęściej tak od razu na gorąco, gdy odwozili mnie z lotniska do hotelu. W większości byli niezmiernie elokwentni i barwnie opowiadali o codziennym życiu. Bardzo lubiłem także rozmawiać z prostymi ludźmi, ze sprzedawcami w sklepach i w kwiaciarniach. Gdy po 50 latach wolno mi było przyjechać do Polski, wszystkiego byłem złakniony, wszystko mnie interesowało, zupełnie wariowałem, chciałem z każdym człowiekiem, jakiego spotkałem nagrywać wywiad, choć na to nie miałem ani czasu, ani tyle miejsca na antenie. Mnie ludzie szalenie interesują. I wcale nie muszą być gwiazdami.

Zacząłem nawet w myślach pisać książki o ludziach. Chodziłem np. do kawiarni i „czytałem” ludzi. Czasami podchodziłem do kogoś i pytałem się - przepraszam, że panu przeszkadzam, ale czy pan nie jest przypadkiem doktorem medycyny? Zdarzało mi się, że zgadłem i zaczynała się wtedy ciekawa wymiana zdań.


JSG: Patrzy Pan na ludzi tak jak pisarz, wnikliwie, a nie powierzchownie.


JT: Nauczyłem się chyba tego po dwóch latach obozu koncentracyjnego w Dachau, kiedy nie można było zamienić paru słów z drugim człowiekiem, tak od serca, trzeba było uważać, aby za dużo nie powiedzieć i trzeba było umieć czytać ludzi. Mnie się wydaje, że najwięcej nauczyłem się od życia, życie dało mi więcej niż studia. Tłumaczone są teraz na język angielski moje pamiętniki. Będą miały tytuł „University of Life” – „Uniwersytet Życia”. Bo w życiu można skończyć tyle fakultetów, człowiek się uczy od innego człowieka, od dobrego i od złego, od zwierzęcia, od natury od wszystkiego wokół siebie.


JSG: Jak Pan się przygotowywał zarówno podczas pracy w RWE jak i potem do wywiadów z gwiazdami? Czy zbierał Pan jak najwięcej wiadomości o danej osobie, czy też wolał Pan, aby rozmowa powstała spontanicznie?


JT: O wiele wolałem wywiady spontaniczne, nie umiałem też przygotować się do wywiadu, bo za bardzo lubiłem improwizację, zarówno w programach, jak i w kompozycjach. Ale nauczyłem się jakoś namawiać ludzi, żeby zmiękli. Zwykle po pierwszych paru sztywnych zdaniach zaczynała się ciekawa rozmowa. Tłumaczyłem moim rozmówcom, że nadajemy do kraju, gdzie ludzie wiedzą o nich, ale łakną ich wypowiedzi. Robili się wtedy ciepli i mówili to, co na prawdę myśleli. Na koniec rozmowy zwykle ich prosiłem, aby powiedzieli parę słów po polsku. Miałem wiele szalenie miłych przeżyć, wynikających ze spotkań ze znanymi artystami.


JSG: Czy może Pan o niektórych opowiedzieć?


JT: Jako młody chłopak byłem potwornie nieśmiały. Ale mój stryj mi powiedział: chłopaku, tak to do niczego nie dojdziesz, musisz nawet bezczelnością jakoś się przebijać. Posłuchałem jego rady. Gdy bywałem potem w Cannes na targach muzycznych MIDEM już się nauczyłem zdobywać ludzi na mikrofon. Rozmawiałem z różnymi gwiazdami, których nawet wielkie osobowości z BBC, czy z innych znanych stacji nie mogły zdobyć. Kiedyś podszedł do mnie niepozorny, młody człowiek w okularach. Zaczął mnie szarpać za rękaw i mówi - Ty rozmawiasz z tymi znanymi i sławnymi, a nie wiesz o tym, że ja też niedługo będę wielką gwiazdą. Mówił to z taką wiarą, że posadziłem go obok siebie i nagrałem rozmowę. Wyszedł z tego bardzo ciekawy wywiad. A jak się nazywasz? – zapytałem na koniec. – Elton John – odpowiedział.

Po paru latach byłem w Londynie, w studiach BBC. Na korytarzu podszedł do mnie Elton John i podziękował mi, że wtedy w Cannes w niego uwierzyłem.


JSG: Zarówno z Pana wypowiedzi, jak i z Pana książki wynika, że ceni Pan młodych twórców.


JT: Bardzo lubię młodzież, a szczególnie od czasu, kiedy napisałem suitę „Song for a Better Tomorrow”. Szalenie cenię młode talenty, nie tylko za ich talent, ale też i za ich entuzjazm. Nikt nie ma takiego entuzjazmu, jak młodzi ludzie. Np. po premierze mojej suity w Kościele Mariackim w Krakowie, podeszła do mnie młoda dziewczyna i powiedziała - Przepraszam, że Panu przeszkadzam, ale ja będę na prawdę znaną śpiewaczką. Nazywała się Iwona Handzlik i jak się potem okazało, miała przepiękny glos. A parę dni temu dostała etat w Operze Wrocławskiej. Ja w nią uwierzyłem dlatego, że ona tak bardzo w siebie wierzyła.


JSG: Czy Pana wiara w młodych łączy się z Pana młodością i marzeniami, że zostanie Pan kompozytorem, jak Cole Porter?


JT: Na pewno tak. Byłem dzieckiem wojny, później zaczynałem naukę, niż inni. Dużo zawdzięczam mojemu stryjowi, który mi wytłumaczył najważniejszą teorię życiową - Jeżeli na prawdę czegoś chcesz, to w większości wypadków ci się to uda. Wtedy, kiedy marzyło mi się zostać kompozytorem, wydawało mi się to nierealne. Teraz, też nie uważam się za żadnego geniusza, po prostu napisałem parę piosenek, ale uwielbiałem swoją pracę, a to jest na prawdę bardzo ważna rzecz.
JSG: Na płycie dołączonej do książki są bardzo różne utwory, w różnym stylu i klimacie, od lirycznych i romantycznych, poprzez żartobliwe, kabaretowe, aż po rap.


JT: Mój najmłodszy syn miał 17 lat, musiałem więc napisać rap, żeby sobie nie myślał, że tylko on umie rapować, a tata jest gorszy. Poza tym ja szalenie lubię kontrasty i inspiracje wypływające z tych kontrastów.


JSG: Mam wrażenie, że bliski jest też Panu żart muzyczny i zaskakiwanie słuchacza. Czy to prawda?


JT: Tak, to wynika właśnie z tego, że jestem zwolennikiem kontrastów i niespodzianek. A żart, czy to w muzyce, w sztuce, czy w codziennym życiu cenię sobie ponad wszystko. Poczucie humoru uważam za jedną z najważniejszych ludzkich cech.


JSG: Ciekawostką jest umieszczenie na płycie popularnej piosenki góralskiej „Za górami, za lasami....” śpiewanej przez włoski zespół Lauro Minzoniego. Jak udało się Panu nauczyć Włochów, nie rozumiejących języka polskiego, śpiewać gwarą góralską?


JT: Włosi są szalenie muzykalni i bardzo zdolni. Bardzo lubiłem pracować z Włochami. Co do zespołu Lauro Minzoniego, uczyłem ich śpiewać fonetycznie, a oni bardzo dobrze wymawiali te wszystkie „Pije Kuba do Jakuba”. W momencie kiedy zaczynaliśmy nagrywać, bardzo często szeptałem im do ucha „za górami za lasami”, żeby dodać im odwagi. A jak zobaczyli jaką furorę zrobili w Polsce, to sami prosili, żeby więcej nagrywać z nimi takich piosenek.


JSG: Napisał Pan w książce wspomnieniowej, że słuchanie jazzu w Polsce w okresie komunizmu było wyrazem potrzeby wolności. Czy dlatego rozmawiał Pan na antenie Radia Wolna Europa z wieloma wykonawcami jazzowymi i zapoznawał Pan polskich słuchaczy z jazzem?


JT: Wtedy krążyła taka teoria, że jazz dla młodych ludzi, żyjących w kraju pod reżimem komunistycznym, był oznaką swego rodzaju opozycji. Jednak gdy rozmawiałem z jazzmanami, to dlatego, że bardzo ceniłem ich muzyczne osiągnięcia, a także dlatego, że nasi słuchacze często w listach prosili o ich nagrania. Zresztą w Polsce i było i jest bardzo wielu dobrych muzyków jazzowych i jazzowych fanatyków.


JSG: Rozmawiał Pan m.in. z wieloma słynnymi wykonawcami jazzowymi (Ella Fitzgerald, Louis Armstrong, Count Basie, Duke Ellington, Stan Kenton, Oscar Peterson, Herbie Hancock, John Mc Laughlin). Który z tych wykonawców zrobił na Panu największe wrażenie?


JT: Największe wrażenie zrobił na mnie najmniej znany w świecie jazzu, John Mc Laughlin. Wysyłał na przerwę swoich muzyków z zespołu i sam grał na wszystkich instrumentach, a jak nie umiał na jakimś grać, to imitował go głosem. Tak samo uwielbiałem Stana Kentona za jego sekcję puzonów. Louisa Armstronga, też szalenie lubiłem. Wystąpił kiedyś na festiwalu w San Remo i śpiewał po włosku, choć nikt nie mógł zrozumieć, ani uwierzyć, że był to język włoski. Ale za to był taki milutki. Wielu Amerykanów uważało go za ambasadora Ameryki, nie tylko w dziedzinie muzyki, ale w ogóle.


JSG: A inne osobowości świata muzycznego? Czy któreś ze spotkań szczególnie Pan zapamiętał?


JT: Bardzo duże wrażenie zrobił na mnie Artur Rubinstein. Dostałem jego ukryty numer telefonu do Genewy. Nie odpowiadał na telefony, a miał wówczas 95 lat. Było to podczas stanu wojennego w Polsce, godzinami prowadziłem więc audycje na żywo, ale czasami puszczałem dość długie utwory muzyczne i wtedy mogłem dzwonić do ludzi. Podczas jednej z takich przerw zadzwoniłem do Rubinsteina. Na szczęście sam podniósł słuchawkę. - Maestro, przy telefonie Jan Tyszkiewicz – mówię - a on na to - to pana matka, z domu Tarnowska - a za chwilę, nie wiedząc skąd dzwonię - niech pan przyjedzie na herbatę. Po tym telefonie szybko zadzwoniłem do mojego szefa Zygmunta Michałowskiego. - Co ty tu jeszcze robisz? – powiedział - wsiadaj do następnego samolotu, to bardzo ważna sprawa. I tak zdążyłem na herbatę do Genewy. Rozmowa była tak ciekawa, że zapamiętałem ją na długo.

Zupełnie inny, ale też zaliczany do tych najciekawszych wywiadów miałem z Georgem Harrisonem, już po rozpadzie zespołu The Beatles. Gdy przyjechał do Cannes, zapowiedział, że nie udziela wywiadów. A ja podszedłem do niego na korytarzu i mówię - George, przepraszam bardzo, ale ja tu specjalnie przyjechałem, bo obiecałem moim słuchaczom, że dziś w Panoramie z Tobą będę rozmawiał. - No dobrze, to przyjdź do mojego pokoju – odpowiedział i podał mi numer pokoju. Mieliśmy długą i szalenie ciekawą rozmowę o wszystkim, o muzyce, filozofii, o życiu. Okazał się bardzo inteligentnym człowiekiem.


JSG: Kiedy powstała w Panu potrzeba, aby po tylu latach pracy w radio, chwycić za pióro?


JT: Gdy w 1992 roku przeszedłem na emeryturę, to ani jednego dnia nie przestałem pracować. Na szczęście mogłem już wtedy przyjeżdżać do Polski. Mój ówczesny szef Piotr Mroczyk wysyłał mnie więc na wywiady jako tzw. wolnego strzelca. Nagrałem bardzo dużo rozmów, o czym już wcześniej wspominałem. A potem zacząłem marzyć o pisaniu. Napisałem pamiętniki, bo leżał mi na sercu, a poza tym wszyscy mi wmawiali, że w swoim życiu miałem tyle samo negatywnych historii, co i pozytywnych, (jak zwykle dużo kontrastów) i warto to wszystko utrwalić.


JSG: Ma Pan niezwykle bogate życie, dobrze więc, że powstała książka wspomnieniowa. Kontakt z ciekawymi wykonawcami Pana piosenek doprowadził do powstania książki „Gwiazdy i melodie”. Proszę mi powiedzieć jak wobec tego powstała „Kareta Asów” - powieść sensacyjna, opisująca działania czwórki przyjaciół, przeciwstawiających się światowemu terrorowi i narkotykowym gangom. To przecież zupełnie inny styl pisarski.


JT: Jestem fanatycznym przeciwnikiem narkotyków, bo widziałem młode talenty, młodych artystów, którzy ginęli z powodu narkotyków, umierali jako młodzi ludzie, kończyli się, stawali się inwalidami. Dlatego przyszło mi do głowy napisanie takiej książki. Na jakiś czas zamieszkałem w małym domku u mojego przyjaciela w Miami na Florydzie i tam spokojnie pisałem. Książkę miałem już prawie skończoną, kiedy w Polsce ogłoszono stan wojenny. W tej sytuacji mój szef wezwał mnie do pracy. Skończyłem więc ją później w Monachium.


JSG: Proszę podzielić się swoimi planami artystyczno - pisarskimi. Czy ma Pan w planie kolejną książkę?


JT: Kolejna książka, byłaby połączona albo z filmem, albo z programem telewizyjnym. Chciałbym opowiedzieć o niesamowitych ludziach, których spotkałem. Nie jest ich tak dużo. Jedną z tych osób jest Amerykanin - jezuita, który jako bardzo młody ksiądz, udzielił pierwszej komunii mojemu najstarszemu synowi. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie, kiedy podczas cichej Mszy Św. w kaplicy Radia Wolna Europa i Radia Svoboda powiedział - A teraz odmówimy najważniejszą modlitwę jaka istnieje - Ojcze nasz. I proszę, aby każdy odmawiał ją w swoim języku. Było w tym coś wzruszającego.
Ten jezuita Brian Mc Dermott, jest dzisiaj szefem całego zakonu jezuitów w Ameryce.

Drugą osobą jest pani psycholog od przestępców z Warszawy. Bardzo ciekawa osoba, chodziła do cel w więzieniach i „rozbrajała” różnych bandytów i inne osoby będące w konflikcie z prawem. Nagrałem z nią bardzo długi wywiad.

A trzecią osobą jest Szwajcar, który potrafi bardzo szybko swoich pacjentów powstrzymać od palenia, picia i brania narkotyków.

To są tak kontrastujące osobowości. Mam nadzieję, że projekt się uda.


JSG: Pytał się Pan tylu osób o ich stosunek do życia, życiowe wartości i przemyślenia. Jaka jest Pana hierarchia wartości, jakie są Pana życiowe przemyślenia?


JT: Myślę, że najważniejsza dla mnie jest rodzina, to ona daje mi siłę do życia. Bardzo kocham swoją żonę. Za młodych lat, zanim ją poznałem, byłem trochę takim zawadyjaką i wtedy nie przypuszczałem, jak ważny jest przyjaciel w życiu, jak ważna jest rodzina. Żona nie raz, w trudnych chwilach bardzo mi pomogła. Zarówno ona, jak i moi synowie są dla mnie najważniejsi.

Nie boję się starości, bo uważam, że gdy się ciągle robi to, co się lubi, to utrzymuje człowieka w zdrowiu, w chęci do życia i w optymizmie.

Zawsze podkreślam, że bardzo ważne jest poczucie humoru. Dzięki niemu przeszedłem wiele bardzo trudnych chwil. Nie mówię o obozie koncentracyjnym, ale np. po operacji byłem w comie. A potem napisałem „Song for a Better Tomorrow”.

Każdy krok w życiu czegoś człowieka uczy. Każdy człowiek jest taką małą lekcją, jeden ciekawszą, drugi mniej ciekawą. Trzeba z otwartymi oczami iść przez życie. Życie - to jest bardzo ciekawa rzecz.

13 października 2006




Jan Tyszkiewicz jest dziennikarzem i kompozytorem. Mieszka w Austrii. Urodził się i spędził dzieciństwo w majątku Tarnawatka koło Tomaszowa Lubelskiego. Jako młody chłopak był więźniem obozu koncentracyjnego Dachau (od początku 1944 roku do końca wojny). W tym samym czasie, jego Matka i dwie siostry, więzione były w kz. Ravensbrück. Jego Ojciec zginął w więzieniu KGB w Kijowie w roku 1940. Po wojnie opiekował się nim najmłodszy brat Ojca - Michał Tyszkiewicz - mąż Hanki Ordonówny. Po krótkim pobycie we Włoszech przy II-gim Korpusie gen. Andersa, Jan Tyszkiewicz przeniesiony został do Gimnazjum Wojskowego w Szkocji, gdzie w 1949 roku zdał maturę. Od 1950 roku do 1955 roku studiował muzykę w londyńskim Konserwatorium "Royal College of Music". W roku 1955 rozpoczął pracę w studiach R.W.E. w Lizbonie, jako spiker i asystent w dziale realizacji. W 1961 Jan Nowak-Jeziorański powierzył mu założenie działu muzyczno-rozrywkowego w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa w Monachium. Redakcję tę prowadził przez wiele lat. Jego specjalnością były programy słowno-muzyczne, relacje z festiwali i koncertów oraz rozmowy przy mikrofonie. Był pomysłodawcą i przez wiele lat prowadził programy: „Godzinna bez kwadransa”, „Randez-vous o 6-tej 10” i „Świat muzyki, filmu i teatru”, „Klub przebojów” i inne. W swoich audycjach gościł wiele znanych osobistości. Przez wiele lat znany był pod radiowym pseudonimem „Arystokrata bez krawata”. W 1989 roku po upadku komunizmu, mógł znowu wrócić do Polski. Tam dalej nagrywał swoje programy i miał możność gościć przy mikrofonie wielu znanych i ciekawych Rodaków, których nareszcie poznał osobiście. Przez cały ten czas komponował muzykę i piosenki dla Radia, TV i na płyty. Napisał suitę pieśni dla dzieci w wielu językach pt. "Song for a Better Tomorrow" - "Modlitwa Dziecka o Lepsze Jutro". W roku 1993 spotkał go (jak podkreśla) wielki zaszczyt. Suita wykonana została w czasie uroczystego Nabożeństwa w Intencji Młodych Pokoleń, w Kościele Mariackim w Krakowie. Wykonawcy: Chóry i Orkiestra Krakowskiej Młodej Filharmonii. W maju 1995 roku pieśń "Song for a Better Tomorrow" wykonana została w Londynie w czasie wielkich uroczystości dla uczczenia 50. rocznicy zakończenia II wojny światowej (VE-Day). Śpiewał chór złożony z 500 dzieci wielu narodowości. Jan Tyszkiewicz przedstawiony został z tej okazji Królowej Elżbiecie II i całej Brytyjskiej Rodzinie Królewskiej. Koncert ten transmitowany był przez Radio i Telewizję na cały świat i nadał wiele rozgłosu imprezie "O Lepsze Jutro". Ale żaden z tych koncertów nigdy nie zastąpi autorowi wykonania „Modlitwy o Lepsze Jutro” przez wspaniały tomaszowski zespół „Roztocze” w kościółku parafialnym w jego rodzinnej Tarnawatce w sierpniu 2001 roku. W maju 2000 roku nakładem wydawnictwa Bertelsmann Media ukazała się jego autobiografia pod tytułem „Arystokrata bez krawata”. Również w maju 2000 roku Program 2 Telewizji Polskiej urządził dla J.T. benefis w krakowskim Teatrze STU z udziałem m.in. Krystyny Jandy, Beaty Rybotyckiej, Małgorzaty Potockiej, Zbigniewa Wodeckiego, Krzysztofa Daukszewicza, Jacka Wójcickiego i Andrzeja Rosiewicza. Honorowymi gośćmi zza granicy byli: Renata Bogdańska-Anders, Rula Leńska i Jan Nowak-Jeziorański. W maju 2001 roku na Targach Książki w Warszawie odbyła się prezentacja powieści Jana Tyszkiewicza tłumaczonej z języka angielskiego pod tytułem „Kareta asów”. Ostatnio ukazało się nowe wydanie książki wraz z płytą pod wspólnym tytułem „Gwiazdy i melodie - ArTystokrata bez krawata”. Wykonawcami piosenek Jana Tyszkiewicza są znane gwiazdy estrady, teatru i filmu, równocześnie bohaterowie jego książki.

Jan Tyszkiewicz jest żonaty. Jego żona, Majka, jest autorką książek dla dzieci. Mają trzech synów: Michał i Jurek - obaj pracują w telewizji, a Władzio studiuje na Uniwersytecie w Innsbrucku. Jan Tyszkiewicz zna dobrze pięć języków obcych: angielski, niemiecki, włoski, portugalski i francuski.

Jan Tyszkiewicz przeżył wiele jak na jedno życie (opisał swoje losy w autobiografii „Arystokrata bez krawata”) i często, jak sam o sobie mówi, prześlizgiwał się szczęśliwie przez sytuacje patowe, czasem nawet zagrażające życiu. Z każdej sytuacji wychodził obronną ręką, co zawdzięcza, w co wierzy, swemu wychowaniu: poszanowaniu tradycji i drugiego człowieka. Hrabia, kuzyn skoligacony ze śmietanką arystokratyczną Europy, zawsze pozostawał skromny i "swojski". Jego otwarcie na innych oraz pasja radiowca sprawiały, że nie odmawiały mu radiowych rozmów gwiazdy światowego formatu, a „Arystokrata bez krawata” stał się firmowym, rozpoznawalnym znakiem.


W programach Jana Tyszkiewicza "GODZINA BEZ KWADRANSA", "RENDEZ-VOUS o 6-tej 10" i "ŚWIAT MUZYKI, FILMU I TEATRU" gościli między innymi:

Artur Rubinstein; Herbert von Karajan; John Huston; Buster Keaton; Peter Ustinov; Kirk Douglas; Pat Boone; Ingrid Bergman; Ava Gardner; Sofia Loren; Petula Clark; The Beatles; Rolling Stones; Cliff Richard; Elton John; Stevie Wonder; Dionne Warwick; Joan Baez; The Beach Boys; Juliette Greco; Maurice Chevalier; Gilbert Bécaud; Adamo; Domenico Modugno; Adriano Cellentano; Milva; Toni Renis; Bobby Vinton; Bobby Solo; Gigliola Cinquetti; Ella Fitzgerald; Louis Armstrong; Modern Jazz Quartett; Count Basie; Duke Ellington; Stan Kenton; Oscar Peterson; Herbie Hancock; John Mc Laughlin; Marian Hemar; Ref-ren; Wiktor Budzyński; Wojtek Fibak; Zbigniew Brzeziński; Edward Raczyński; Renata Bogdańska-Andersowa.

Po roku 1989:

Krystyna Janda; Maja Komorowska; Beata Tyszkiewicz; Agnieszka Osiecka; Ewa Bem; Beata Rybotycka; Wanda Warska; Andrzej Wajda; Krzysztof Zanussi; Wojciech Młynarski; Witold Lutosławski; Krzysztof Penderecki; Christian Zimermann; Jan Pietrzak; Andrzej Rosiewicz; Krzysztof Daukszewicz; Krzysztof Gradowski; Piotr Skrzynecki; Grzegorz Turnau; Stanisław Sojka; Czesław Niemen; Andrzej Kurylewicz; Wanda Rutkiewicz; Tadeusz Mazowiecki; Bogdan Tomaszewski i wiele innych, może mniej znanych, ale równie ciekawych osobowości.





Jan Tyszkiewicz, ArTystokrata bez krawata. Gwiazdy i melodie, wyd. Nowy Świat, Warszawa 2006. Do książki dołączona jest płyta z 26-cioma piosenkami.

Książkę „Gwiazdy i melodie” można kupić przez polskie księgarnie wysyłkowe, m.in.
www.ksiegarnia.wysylkowa.pl
www.merlin.com.pl
www.prus24.pl
www.gandalf.com.pl
www.twojaksiazka.com.pl
www.lideria.pl




Książkę „Arystokrata bez krawata” ("Świat Książki" Warszawa 2000) można kupić poprzez polską księgarnię wysyłkową Polonia Bookstore Inc. z Chicago www.polonia.com/polishbooks


Joanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.com

© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adreslisty@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny
"Macbeth" w mieście awangardy
Teatr w kościele. Schola Teatru Wiejskiego Węgajty.
Portugalia
Otwarte usta
Moje olśnienia Zbigniewem Herbertem
Trzysta lat mistyfikacji
Co nam zostało z dawnej spuścizny Jagiellonów?
Kuźnice, kuźnie, kowale
RODY POLSKIE. Tarnowscy z Dzikowa.
Powojenne losy rodu Tarnowskich