Dziennik Polonii w Kanadzie    
Strona główna | POLONIUM | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 1 stycznia, 2013
 
  GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej      

W naszej GAZECIE:
Polonium
POLONIUM
News about Poland

Ale piękny jest ten świat
Antykwariat
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
CHUDNIESZ - WYGRYWASZ ZDROWIE
Dobre rady
Europa
Film
Finanse
Fotka dnia
Historia mało znana
IMPREZY
Kabaret pod Bańką
Kanada
Komentarze, opinie
Kultura
List oceaniczny - dodatek kulturalny
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Nauka i technika
Ontario
Polonia
Polonia Przyszłości
Polska
Pomóżmy innym
Powódź 2010
Prawo
Robert Dziekański
Różności
Smoleńsk 2010
Toronto
USA
W krzywym zwierciadle
Wybory federalne 2011
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Świat

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny

"Miejsce" Krzysztofa Kasprzyka
Joanna Sokołowska-Gwizdka
Jul 12, 2006
 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


rozmowa z torontońskim poetą, dziennikarzem i pedagogiem.

Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, czerwiec 2006, nr 42



Krzysztof Kasprzyk podczas wieczoru autorskiego w konsulacie polskim w Toronto, czerwiec 2006, fot. A. Bartula


Joanna Sokołowska-Gwizdka: Jesteś znany jako autor dwóch piosenek śpiewanych w czasie strajku w 1980 roku i pare lat po nim : „Piosenka dla córki” i „Postulat 22”. Pewnie wtedy nie sądziłeś, że już zawsze będziesz z nimi kojarzony.

Krzysztof Kasprzyk: Tak, rzeczywiście. „Piosenkę”, napisałem głównie ze względów osobistych i nie przypuszczałem, że przylgnie ona do mnie na tyle lat. W zeszłym roku, z okazji 25-lecia Solidarności, młody dziennikarz zatytułował tekst rozmowy z moją córką i ze mną - „Autor piosenki odnaleziony”. Tytuł niedwuznacznie sugeruje, że się gdzieś zagubiłem. Może tylko w tym sensie, że od 22 lat mieszkam w Kanadzie. Ale co mają powiedzieć inni, wciąż tworzący w Polsce, a z racji układów politycznych czy towarzyskich, niemal w niej nie istniejący.

JSG: Czy pamiętasz, kiedy zacząłeś pisać wiersze?

KK: Pierwsze wiersze „popełniłem” mając lat 10, a poważniejsze podejście nastąpiło w ostatnich latach liceum i na studiach. Piszę rzadko i nie podlegam żadnym naciskom, ani wydawców, ani tzw. opinii. Mam swoje własne tempo wyniesione z 21 lat dojrzewania w sopockim lesie. Czas i doświadczenia odkładają się we mnie jak słoje drzewa – zgodnie z rytmem pór roku.

JSG: Właśnie ukazał się Twój kolejny (piąty) tomik pt. „Miejsce”, w którym pojawiły się wiersze z lat 1997-2006, dotykające spraw życia, przemijania i pełne podsumowań. Wiele z nich dedykujesz też konkretnym osobom. Czy tomik ten jest dla Ciebie swoistym albumem z fotografiami wspomnień?

KK: Pisanie jest generalnie wspominaniem, ale podczas przygotowywania zestawu wierszy z ostatniego tomiku na promocję w Polskim Konsulacie w Toronto odkryłem, że zacząłem zaklinać czas. Otóż jest tam powtarzające się często słowo „będę”, z odmianami „będziesz”, „będziemy”.... Może to przeczucie zbliżającego się okresu schyłkowego, czas rozliczania się ze swoim miejscem tutaj, na Ziemi.

Dedykacje są ukłonem wdzięczności w stosunku do mojej rodziny i moich przyjaciół, wrażliwych i porządnych ludzi, którzy coraz mniej pojmują dlaczego tak bardzo zmieniła się i Polska i świat, i to niekoniecznie w dobrym kierunku. Mam czasami podobne zdanie bo na zakończenie wieku XX, w jednym z wierszy napisałem: „zamiast serc topnieją lodowce”.

JSG: Piszesz wiersze i liryczne i filozoficzne. Czym jest dla Ciebie poezja?

KK: Częścią życia, przeżywania. Spojrzeniem na świat. Wyciąganiem z siebie tej iskry Bożej, ktorą pojmuję jako swoisty przywilej, wzbogacenie duchowe. Dar, który otrzymałem po to, aby go chociaż częściowo zwrócić ludziom, m.in. poprzez pisanie.

JSG: Urodziłeś się w 1946 roku Quackenbrück w Niemczech. Czy przeszłość Twoich rodziców miała wpływ na to, że nie wahałeś się poprzeć strajkujących stoczniowców?

KK: Moja mama uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, ojciec był w dywizjonie 308 w Anglii. Po Powstaniu mama znalazła się w obozie jenieckim – Oberlangen, który wyzwolili Maczkowcy. Ojciec służył w tym czasie w angielskiej jednostce inwazyjnej (był w pierwszej fali D-Day) i jak dowiedział się o polskich kobietach w obozie, wskoczył w jeepa i tam podjechał. Niestety nigdy nie dowiedziałem się jak wyglądało ich spotkanie, pierwsze spojrzenie, gest... Mama zmarła kiedy miałem 18 lat i gdy dopiero zaczynała narastać między nami mocna przyjaźń, taka jaka powinna zaistnieć pomiędzy rodzicami i wchodzącymi w dojrzałość dziećmi. Byłem zbyt długo za dziecinny, a to nie stawarzało potrzebnego zaufania. Ojca z kolei cechowała skrytość i nie ujawnianie swoich uczuć. Po wielu latach, rok przed jego śmiercią (zmarł w 1995), zdołałem na szczęście pogodzić się z nim.

Ich miłość była tragiczna, co pogłębiały warunki realnego socjalizmu, codzienne napięcia i nieustanna krzątanina wokół spraw podstawowych. Czuli się upokorzeni – walczyli o wolną Polskę, a wylądowali w quasi niepodległym, w znacznej mierze zsowietyzowanym państwie wasalnym. Współczułem im od momentu, gdy zacząłem pojmować jak się muszą w takiej sytuacji czuć, ale tak naprawdę rozumiem ich dopiero teraz, a ich już nie ma. Warto więc przypatrywać się uważniej swoim „starym”, od najmłodszych lat.

Urodziłem się w cichym miasteczku niemieckim, gdzie ojciec mój był vice komendatem z ramienia okupacyjnej armii angielskiej. Po zdemobilizowaniu i poniżeniu w Anglii – nieraz gorzko i wściekle wspominał niedopuszczenie Polaków do Parady Zwycięztwa – w 1947 roku wylądowaliśmy, nomen omen, w Sopocie, w którym znaleźliśmy się po trzech latach już na stałe. Jestem do dziś niesłychanie wdzięczny rodzicom za to, że tam osiedli. Sopot, a dokładniej jego las, na krawędzi którego przez 21 lat mieszkałem, stał się moim głównym skrzydłem duchowym, które niesie mnie przez świat. Drugim skrzydłem były nauki i postępowanie rodziców, ktorzy posiali we mnie pewne ziarna na całe życie. Dlatego nie miałem wahań, gdy poparłem strajk w 1980 roku, wiedziłem, że powinienem tam się znaleźć.

JSG: Byłeś przez szereg lat zaangażowany w kulturalny ruch studencki, w Gdańsku i w Warszawie, a za zorganizowanie międzynarodowego sympozjum „Film i literatura latynoamerykańska” otrzymałeś w 1975 roku nagrodę „Polityki” im. S. Allende. Czy myślałeś wtedy, że osiedlisz się kiedyś na stałe na amerykańskim kontynencie?

KK: O mało się nie osiedliłem w 1973 roku, bo wraz z moją dziewczyną planowaliśmy wyjazd do Stanów, ślub i rozpoczęcie tam życia. Los zdecydował inaczej, kazał mi zaczekać, bardziej dojrzeć. Może dlatego nie jestem dziś tak bardzo sfrustrowany Ameryką i mam właściwy dystans, do niej i do Polski. Również do samego siebie.

JSG: Skończyłeś geografię na Uniwersytecie w Gdańsku oraz podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Jesteś autorem szeregu artykułów pisanych zarówno dla prasy krajowej, jak i emigracyjnej, uczysz też geografii w szkole średniej w Toronto. Który zawód jest Ci bliższy?

KK: Moim podstawowym zawodem jest uczenie, któremu poświęciłem się, w profesjonalny sposób, dopiero w Kanadzie. Najpierw w szkole przy Polskim Konsulacie w Toronto a potem, od lat pięciu, w Katolickim Wydziale Oświaty. Obecnie uczę drugi rok w żeńskiej szkole, tzw. „wdzięczątka” i jestem.... „błogosławiony pomiędzy niewiastami”. Pisanie jest drugim, nieregularnym nurtem mojej pracy.

JSG: Czy masz jakieś artystyczne lub literackie marzenie, które chciałbyś zrealizować?

KK: Tak, promocję mego tomiku w Sopocie. I być może się uda – wstępnie jest przewidziana na 1 września 2006. Następnie znalezienie czasu, chęci i możliwości na opisanie swych podróży po Europie, które w tym roku odbędę po raz piąty.

JSG: Jakie są Twoje wnioski wynikające z tych licznych podróży i obserwacji świata?

KK: Zmierzamy na świecie w tym kierunku, w jakim od wielu lat zmierza Kanada – wielokulturowość ze sporą swobodą własnego ja i swoich korzeni i z poszanowaniem tworzącego się dobra wspólnego. Możemy tego nie lubić, nie zgadzać się z wieloma zasadami lub przejawami, ale nie da się tego ani przeskoczyć ani ominąć. Będzie to jeszcze trwało bardzo długo i prawdopodobnie wielu ludzi będzie zepchniętych na margines, dopóty, dopóki bogacze i samodzierżawcy nie otrzeźwieją i nie pojmą, że nie ma innej drogi jak powszechna współpraca i umiar. Pokłady nienawiści i agresji w człowieku są przerażające. A także jakiejś bezmyślności i samodestrukcji. Wystarczy się rozejrzeć wokół i zauważyć jak niszczymy świat innych istot żywych, mimo religijnego zapału, rozległych systemów edukacji, i wręcz obsesji na punkcie praw i prawa. Tworzymy coraz więcej rozwiązań, które niestety często niczego nie rozwiązują. Gorzej, stwarzają nowe problemy, tworzą biurokratyczne narośle i zabijają ducha i sens ludzkiej pracy.

JSG: Wyjechałeś z kraju w 1981 roku. Od 1985 roku mieszkasz i pracujesz w Toronto. Jak z perspektywy lat patrzysz na decyzję opuszczenia kraju? Czy zapuściłeś korzenie w Kanadzie? Czy czujesz, że tu jest Twoje „Miejsce”?

KK: Decyzja niewracania była podjęta z powodu zaangażowania się przeciwko niejakiej WRON-ie, a potem pobiegły lata, człowiek się zestarzał, przyzwyczaił i nabył nowego spojrzenia na życie. Czasem, gdy patrzę na to co się w Polsce wyprawia (jestem od pięciu lat co roku w Polsce, a poprzez Internet, kontakty mailowe i telefoniczne niemal na bieżąco z tym co się w kraju dzieje) cieszę się, iż osiadłem w Kanadzie. Świat jest moim miejscem. Proces nieunikniony, tylko nie w stylu bogatych, zglobalizowanych wujków, dla których najważniejszymi rzeczami w życiu są profit i władza, co niestety udziela się wielu innym ludziom, także w naszym środowisku. To są najwięksi narkomani współczesności i najbardziej niebezpieczni, bo w szalonym tempie niszczą innych, zabierając im tożsamość. Moją tożsamością jest polski język, kultura, historia, które staram się dodawać do tworzącej się tożsamości kanadyjskiej.



Krzysztof Kasprzyk – urodzony 10 września 1946 w Quackenbrück w Niemczech. W 1971 ukończył studia geograficzne (Uniwersytet Gdański), a w 1973 podyplomowe dziennikarstwo (Uniwersytet Warszawski). Pracował w studenckim ruchu kulturalnym (1967 – 1978), w klubach „Żak” w Gdańsku i „Riviera - Remont” w Warszawie, organizując imprezy, spotkania i sympozja ogólnopolskie i międzynarodowe, głównie z dziedziny filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Za organizację międzynarodowego sympozjum „Film i literatura latynoamerykańska” otrzymał w 1973 roku nagrodę Polityki im. S. Allende.

W sierpniu 1980 brał udział w strajku w Stoczni Gdańskiej i napisał dwie znane piosenki strajkowe: Postulat 22 i Piosenka dla córki. W lipcu 1981 wyjechał do Berlina Zachodniego, gdzie zastał go stan wojenny. Współorganizował Grupę Roboczą Solidarność, którą przez dwa lata prowadził i założył miesięcznik Przekazy (1982 – 1984). W marcu 1984 otrzymał stypendium na Uniwersytecie St. Francis Xavier w Antigonish (Nowa Szkocja), gdzie przez rok studiował historię Kanady i literatury kanadyjskiej.

We wrześniu 1985 roku osiedlił się w Toronto, gdzie pracuje aktualnie jako nauczyciel w liceum kanadyjskim i sobotniej szkole przy polskim Konsulacie w Toronto.

Opublikował szereg artykułów w prasie krajowej i emigracyjnej oraz wydał cztery tomiki poetyckie: Centrum peryferii (Wyd. Morskie, Gdańsk, 1981), Stan zagrożenia (Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie, Toronto, 1986), Panopticum (Mordellus Press, Berlin, 1997) i Zbiór (Omnibus Printer, Toronto, 1999).


Joanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.com

© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adreslisty@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny
"Macbeth" w mieście awangardy
Teatr w kościele. Schola Teatru Wiejskiego Węgajty.
Portugalia
Otwarte usta
Moje olśnienia Zbigniewem Herbertem
Trzysta lat mistyfikacji
Co nam zostało z dawnej spuścizny Jagiellonów?
Kuźnice, kuźnie, kowale
RODY POLSKIE. Tarnowscy z Dzikowa.
Powojenne losy rodu Tarnowskich