Dziennik Polonii w Kanadzie    
Strona główna | POLONIUM | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 1 stycznia, 2013
 
  GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej      

W naszej GAZECIE:
Polonium
POLONIUM
News about Poland

Ale piękny jest ten świat
Antykwariat
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
CHUDNIESZ - WYGRYWASZ ZDROWIE
Dobre rady
Europa
Film
Finanse
Fotka dnia
Historia mało znana
IMPREZY
Kabaret pod Bańką
Kanada
Komentarze, opinie
Kultura
List oceaniczny - dodatek kulturalny
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Nauka i technika
Ontario
Polonia
Polonia Przyszłości
Polska
Pomóżmy innym
Powódź 2010
Prawo
Robert Dziekański
Różności
Smoleńsk 2010
Toronto
USA
W krzywym zwierciadle
Wybory federalne 2011
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Świat

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny

Znad East River nad Czarną Hańczę
Dariusz Pawlicki
Feb 3, 2006
 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Widząc siedzibę Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku, zawsze myślę o Andrzeju Strumille. Dzieje się tak dlatego, że w latach 1982-1984, kierował on pracownią graficzną tej organizacji. A myślę o nim, gdyż tak bardzo imponuje mi jako człowiek.

Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, styczeń 2006, nr 37


Domostwo Andrzeja Strumiłły, widok od strony Czarnej Hańczy, fot. Janusz Osmelak


Najprawdopodobniej pierwszy raz usłyszałem o nim w 1985 r., w kilkunastominutowym programie telewizyjnym. Miał już za sobą dwuletni, wspomniany, pobyt w Nowym Jorku i od kilku miesięcy był mieszkańcem wsi Maćkowa Ruda, nad Czarną Hańczą. Doskonale pamiętam, że siedział wtedy na wielkim głazie narzutowym. Za nim widać było okazały modrzew i duży dom o spadzistym dachu, krytym gontem.

W zaprezentowanej rok później audycji radiowej został, między innymi, zapytany, dlaczego zamieszkał w takim odległym zakątku Polski, jakim jest Suwalszczyzna.

- Stąd jest najbliżej do Wilna, gdzie się urodziłem – odpowiedział.


W 1991 r., jak co roku, przebywałem na Suwalszczyźnie, w Pogorzelcu oddalonym o sześć kilometrów od Maćkowej Rudy. I wtedy napisałem do Andrzeja Strumiłły list. Przedstawiłem się w nim, opowiedziałem pokrótce o moich związkach z krainą jezior i kamieni polodowcowych. Na koniec zapytałem, czy mógłbym go odwiedzić. Wkrótce otrzymałem serdeczną odpowiedź, której końcowy fragment brzmiał następująco:

Będzie pan miłym gościem w moich progach.

Postanowiłem zaproszenie wykorzystać póki było, że tak powiem, gorące. I po kilku dniach podążyłem, polnymi i leśnymi drogami, ku Czarnej Hańczy.

Zabudowa łagodnego wzgórza, na którym osiadł Andrzej Strumiłło, przyciąga wzrok. Tworzy bowiem zwartą, ale wtopioną w krajobraz, całość. W pierwszym momencie zwraca uwagę, ze względu na rozmiary, drewniany dom w stylu dworku. A po chwili - zabytkowy spichlerz (pochodzący spod granicy litewskiej, rozebrany na części, przewieziony, a następnie ponownie zmontowany nad Czarną Hańczą) oraz dwie kamienne stajnie i biały budynek mieszczący pokoje gościnne i galerię. Góruje nad nimi kilkanaście okazałych drzew. Wszystkie te elementy otacza, nieco ponad metrowej wysokości, mur wzniesiony z polnych kamieni zebranych na okolicznych polach.

Z tej pierwszej wizyty pamiętam jedynie mocny uścisk dłoni gospodarza na powitanie, poczęstunek w postaci herbaty i konfitur (być może z czarnych porzeczek). I to, że od początku tej mojej wizyty, czułem się bardzo dobrze w jego obecności. Nie pamiętam o czym konkretnie wówczas rozmawialiśmy. Kilku tematów jedynie się domyślam.

Od tamtej pory, miłego gospodarza odwiedzam raz, a niekiedy dwa razy w roku. Kiedyś zetknąłem się tam z Arystofanesem – kotem, którego Strumiłło przygarnął podczas wizyty w teatrze w Białymstoku. Przygotowywał wówczas scenografię do jednej ze sztuk greckiego dramaturga. A nieco później – z Wtorkiem, niewidomym, kudłatym psem, którego Andrzej Strumiłło znalazł w lesie, właśnie we wtorek.


Zgodnie z dokumentami urodził się w roku 1928. Ale tak naprawdę - rok wcześniej. W wyniku starań jego matki, udało się bowiem zmienić metrykę. W ten sposób uniknął wywózki na roboty przymusowe do Niemiec.

Zaraz po zakończeniu II wojny światowej rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi, u Władysława Strzemińskiego. Następnie kontynuował je na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Na tej drugiej uczelni, po jej ukończeniu, był krótko asystentem. A po kilkunastu latach, równie krótko, profesorem kontraktowym.

Andrzej Strumiłło nie lubi jednak pracy na etacie (nie podpisanie przez niego kolejnego kontraktu z ONZ, też tego dowodzi). Na życie zarabiał, przede wszystkim, jako ilustrator książek, scenograf (m. in. współpracował z Teatrem Telewizji, Studenckim Teatrem Satyryków), rysownik i malarz (jego prace znajdują się w licznych zbiorach na całym świecie), autor i współautor albumów (np. „Nepal”, „Suwalski Park Krajobrazowy”, „Słońce”), fotografik (m. in. utrwalił Nowy Jork na ok. 35.000 zdjęć). Ten mieszkaniec wsi nad Czarną Hańczą jest także rzeźbiarzem, ekologiem, hodowcą koni (ma ich dwadzieścia kilka), autorem dwóch zbiorów wierszy („Jak” i „Moje”), od przeszło dwudziestu lat prowadzi dziennik. A w latach 50., 60. i 70. odbył podróże po Chinach (to był początek), Indiach, Nepalu, Mongolii, Japonii, Wietnamie, Syrii, Turcji, Włoszech (Sardynia), ZSRR i USA. Z tych wypraw, obok tysięcy rysunków swego autorstwa, przywoził także setki dzieł sztuki. Część tych eksponatów weszła w skład zbiorów Muzeum Azji i Pacyfiku, którego jest zresztą współzałożycielem.

Te podróże, szczególnie na Daleki Wschód, miały ogromny wpływ na kształtowanie się jego poglądów na świat i funkcjonowanie w nim człowieka. Przykładem tego może być poniższa jego wypowiedź:

Bliska mi jest buddyjska koncepcja, że cząstka nieskończoności żyje w każdej odrobinie materii, co zobowiązuje nas do szacunku wobec każdego istnienia i broni
przed antropocentrycznym egoizmem.

Z Chin pochodzi lubiana przez Andrzeja Strumiłłę maksyma mówiąca o relacji między artystą a tym, co go otacza:

„Zanim opuścisz pędzel, określ miejsce nieba i ziemi”.

Myśl tę dopowiedział kiedyś następującymi słowami:

Nie tylko o linię horyzontu tu chodzi.Chodzi o chwilę medytacji przed aktem twórczym, która ukaże nam sens tworzenia.

Andrzej Strumiłło jest doskonałym przykładem człowieka aktywnego, twórczego, starającego się, w miarę oczywiście możliwości, kształtować swoje życie. A także człowiekiem pragnącym zachować, jak najwięcej niezależności. Stąd to wykonywanie wolnych zawodów, nie należenie do partii politycznych, czy koterii. Ale staraniom o utrzymanie owej niezależności, towarzyszą działania na rzecz miejsc, w których, w różnych okresach, mieszkał. Przejawem tego są, przykładowo, plenery rzeźbiarskie, które od kilkunastu lat współorganizuje w Maćkowej Rudzie, a także jego członkostwo w Radzie Naukowej Wigierskiego Parku Narodowego.

Andrzej Strumiłło nie jest optymistą (powiedział mi kiedyś: jestem świadomy kruchości ludzkiego życia). Uważa jednak, że skoro zostaliśmy już powołani do życia, to powinniśmy przeżyć je w sposób godny. I dobrze byłoby, abyśmy pozostawili po sobie ślad. A jeśli się uda - nawet dwa ślady.


Tekst ukazał się w "Kurierze Plus" (Nowy Jork) 30 października 2004 r.

--------

"Podróże, które mam za sobą przez góry, pustynie, stepy, tajgi, dżungle, morza, oceany, przez cywilizację i czas, nauczyły mnie tolerancji, względności i zbliżyły do pogodzenia się z losem. Sztuka wydała mi się aktem egzystowania tak naturalnym, jak wszystko inne, co mieści się między narodzinami a śmiercią".

Andrzej Strumiłło



Joanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.com

© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adreslisty@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 

List oceaniczny - dodatek kulturalny
"Macbeth" w mieście awangardy
Teatr w kościele. Schola Teatru Wiejskiego Węgajty.
Portugalia
Otwarte usta
Moje olśnienia Zbigniewem Herbertem
Trzysta lat mistyfikacji
Co nam zostało z dawnej spuścizny Jagiellonów?
Kuźnice, kuźnie, kowale
RODY POLSKIE. Tarnowscy z Dzikowa.
Powojenne losy rodu Tarnowskich