Z powrotem w Kanadzie (79)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat. Wiele się działo. Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Do Kanady – 40

Ci, co czytają moją opowieść o czasach 1980 – 1987 mają przegląd tamtego czasu. Jest to moja historia. Historia prawdziwa, taka, jaką pamiętam a nie taka, jaką mi ktoś opowiedział. To już czterdziesty odcinek. Jest teraz jesień 1987 roku. Znajduję się już z żoną Gosią i czternastoletnim synem Marcinem w obozie dla uchodźców w Niemczech Zachodnich w mieście Ulm.

Ten obóz to trzy drewniane baraki na ulicy 120 Blaubeurer Strasse, obok torów kolejowych. Próbowałem je niedawno odnaleźć na Google, ale, mimo że mam dokładny adres 114 – 120 Blaubeurer Str, 7900 Ulm nie mogłem tych baraków odnaleźć. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się i powiększeniu zdjęć satelitarnych można zobaczyć fundamenty pozostałe po tych barakach. Parking obok jest jak był i tylko dobudowano jedną ulicę i jedną autostradę pod torami. No cóż, minęło przecież 31 lat.

Obozowe życie. To było jak długie wakacje. Jak pisałem wcześniej obóz to były trzy drewniane, długie parterowe baraki. Okna były tak nisko, że można było po prostu przekroczyć parapet by znaleźć się na zewnątrz. Tzn., ja mogłem ze swoim 186 cm wzrostu. Trzeci, ostatni w rzędzie barak był przeznaczony dla rodzin z dziećmi, małżeństw bez dzieci i kobiet, drugi był dla „singli” a w trzecim znajdowały się biura, pralnia i jeszcze kilka pokoi dla pojedynczych osób. Założenie było, że jest to miejsce przejściowe i po kilku miesiącach powinno się być przeniesionym do socjalnych mieszkań. Zwłaszcza rodziny. Pech spowodował, że właśnie w tym czasie zatrzymano ten transfer do mieszkań i cały prawie roczny czas spędziliśmy w tym obozowym baraku w pojedynczym pokoju.

Nie narzekam. Było wesoło i z czasem z przygodami. Większość pojedynczych mężczyzn stanowili uchodźcy z krajów arabskich. Młodzi mężczyźni, wyrwani z rygorystycznego systemu życia w krajach muzułmańskich nagle poczuli się wolni od wszelkich hamulców.. Pisałem w jednym z poprzednim odcinków o moim pierwszym spotkaniu z większą grupą Arabów w obozie przejściowym w Karlsruhe, gdy wszedłem do świetlicy zaintrygowany głośnymi okrzykami i wiwatami dobiegającymi ze środka. Myślałem, że to idzie jakiś mecz. Okazało się, że to młodzi Arabowie oglądali jakąś bajkę arabską, w której rycerz w turbanie na białym koniu pędził przez pustynię i co kogoś napotkał to ścinał mu szablą głowę. Każde takie ścięcie powodowało ten wybuch entuzjazmu i wiwatów. Czy mnie to uprzedziło do nich? Nie. Wtedy jeszcze nie.

This slideshow requires JavaScript.

Pralnia w obozie była wspólna dla wszystkich. Trzy pralki i trzy suszarki powodowały, że ciągle były kolejki do prania, ot drobna niewygoda raz w tygodniu. Pewnego razu wyszedłem wieczorem z baraku i szedłem ścieżką przy torach, gdy spotkałem dwie młode dziewczyny i mężczyznę, jak się okazała jednego z obozowych Arabów. Było ciemno i widziałem tylko sylwetki. Gdy podszedłem bliżej dziewczyny skupiły się koło mnie i błagały o pomoc. Były to dwie Polki. Okazało się, że Arab grozi im bronią, pistoletem, który dopiero teraz zauważyłem w jego dłoni. Arab był wyraźnie totalnie pijany lub pod wpływem jakiś narkotyków. Chwiał się na nogach, palec miał na spuście. Takie rzeczy widzi się bardzo wyraźnie w kryzysowej sytuacji, przynajmniej ja je widzę. Z jakiegoś powodu byłem przekonany, że ten pistolet to straszak, chociaż wyglądał jak prawdziwy. Nie namyślając się chwyciłem za tę broń, odsuwając jego rękę w kierunku torów kolejowych i wyginając mu dłoń ostro w górę. Pistolet znalazł się w mojej dłoni. Obok stał duży żelazny pojemnik na śmiec z otwartą klapą. Wrzuciłem go tam, zatrzaskując klapę kazałem jednej z dziewczyn dzwonić po policję. Do pojemnika wrzuciłem Araba nie pistolet. Był drobny, nieduży i szczupły, nie mógł ważyć dużo, chociaż nie miało to wielkiego znaczenia, bo był kompletnie odurzony, a adrenalina czyni cuda.

This slideshow requires JavaScript.

Teraz przyjrzałem się broni. Była to beretta, 9 mm. Prawdziwa. Nabój w komorze, co stwierdziłem po wyjęciu magazynka (był pełny) i odsunięciu zamka. Bezpiecznik niezałączony, broń była gotowa do strzału…Przyjechała policja. Jak zwykle aż przesadnie uprzejmi. Oddałem im broń i magazynek, wyciągnęli Araba z kontenera na śmieci i zabrali go ze sobą. Rano był już z powrotem w obozie. Mam tylko nadzieję, że nie oddali mu broni. Zupełnie jak u naszego Trudeau, tyle, że ten jeszcze by mu pewnie wyrównał stres, jaki przeszedł w śmieciach, paroma milionami dolarów.

Całe to zdarzenie miało jednak bardzo pozytywny efekt na resztę naszego pobytu w tym obozie. Już nigdy nie musiałem czekać na pralkę czy suszarkę, gdy szedłem prać (tak, tak, to ja a nie Gosia robiłem pranie by uwolnić ją od stresu czekania i rozbierającego wzroku „singli”). Ktoś z arabskiego towarzystwa musiał widzieć całe zdarzenie i stałem się wśród nich legendą. Mogłem już nawet schować do walizki gaz obezwładniający i przestać trzymać kij od palanta przy drzwiach pokoju.

Po tym wydarzeniu często próbowaliśmy tłumaczyć nielicznym pojedynczym Polkom, że chodzenie na randki z Arabami to nie to samo, co z Europejczykami. Ze w ich mentalności i według ich zwyczajów kobieta staje się wtedy jakby ich własnością ni nie może sobie ot po prostu zerwać znajomości i związać się z kimś innym. Rzadko to docierało do ich świadomości i w jednym przypadku, gdyby nie szczęśliwy traf mogłoby to się skończyć śmiercią nas wszystkich z trzeciego baraku.…

Cdn.

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.