Polska armia w Związku Radzieckim, Powstanie Warszawskie

0

Filmowa wędrówka przez życie

Kontynuujemy publikację fascynujących wspomnień znanego polskiego reżysera Tadeusza Jaworskiego (1926-2017). Tadeusz Jaworski (właść. Tadeusz Vogel) mieszkał i zmarł w Kanadzie. Jego wspomnienia opracowała Joanna Sokołowska-Gwizdka.

W Czerniowcach w Rumunii nastąpiło, nie wiem już po raz który w naszym życiu, traumatyczne przeżycie – rozstanie z naszymi rodzicami i siostrami. Mój szwagier Józek i ja zostaliśmy w Czerniowcach, ponieważ doszła do nas wiadomość, że jest tu „punkt przesyłkowy” dla Polaków, którzy chcą wstąpić do polskiej armii w Związku Radzieckim. Józka przyjęto od razu, a mnie odmówiono, gdyż nie miałem jeszcze 18-tu lat. Ale ja się upierałem. Wobec tego po dłuższych dyskusjach dano mi do podpisania dokument, w którym zgodziłem się dobrowolnie wstąpić w szeregi armii. Następnie nieoczekiwanie rozstałem się z moim szwagrem, który w mundurze sowieckim i z czapką z orłem bez korony został przydzielony do jednego z pułków I Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Mnie natomiast jak i moich przyjaciół – obu braci Budzianowskich oraz Śmietańskich, przekazano do „przesyłkowego punktu” w Sumach, miasta w północno wschodniej części Ukrainy, nad rzeką Psioł. Stamtąd w krótkim czasie wysłano nas na przeszkolenie do Centralnej Szkoły Podchorążych i Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu, na południowy wschód od Moskwy, nad rzeką Oką. Po raz pierwszy w życiu, znalazłem się sam w nowym otoczeniu, z dala od kraju i rodziny.

Był to bardzo trudny, zarówno psychicznie jak i fizycznie, okres w moim życiu. Znalazłem się w szkole dla przyszłych oficerów polskiej armii. Była wojna i sam dobrowolnie się zgłosiłem, aby wziąć w niej udział. Nie rozważałem wtedy co chciałbym robić i kim chciałbym być po przejściu tragicznych i traumatycznych wydarzeń, jakie spotkały mnie i moją rodzinę podczas wojny.

W wojsku ubrano nas w drelichowe bluzy nakładane przez głowę, drelichowe spodnie, wąski skórzany pasek, buty i owijacze na nogi. Gdyby nie czapka z orłem bez korony, można byłoby mnie wziąć, za sowieckiego żołnierza. Nasz sierżant „Wołyniak” miał zwyczaj gromkim i chrapliwym głosem nas budzić, krzycząc: pobudka wstać, kurwa wasza mać, ja tu krzyczę pół godziny a wy śpicie skurwysyny! Pobudka była o godzinie 6 rano, po czym bieg tam i z powrotem bez koszul do „Lenina”! Było to określenie związane z nazwą placu, około dwóch kilometrów od koszar, pośrodku którego na ogromnym cementowym piedestale, wśród zieleni trawy i kwiatów, stała również monumentalna sztancowa rzeźba Lenina. Po powrocie do koszar, niezależnie od pogody, biegliśmy do naszej łaźni, a więc długich „koryt” z kranami zimnej wody. Potem była poranna gimnastyka, powrót do sali sypialnej, ubranie się i na komendę sierżanta dwójkami schodziliśmy na parter na śniadanie. W zupie często znajdowaliśmy rozmaite robaki. Pamiętam, że kiedyś jeden z żołnierzy, wyciągnął z zupy ogromnego robala i zwrócił się do naszego sierżanta „Wołyniaka” z tym robakiem w ręku: obywatelu sierżancie, w zupie znalazłem takiego robala. Na co nasz „sympatyczny” sierżant huknął na niego, aż chłopak się zatrząsnął na ławce: robal nie robal, jedz robaka… to proteiny.

Na ogromnym placu między budynkami koszar usypano z piasku „górę” w formie piramidy, wysokości nieco więcej niż 20 metrów. W pełnym rynsztunku, z plecakami z piaskiem oraz karabinami przez dwie lub trzy godziny dziennie „zdobywaliśmy” wielokrotnie tę górę. To był wielki wysiłek. Potem zapadła decyzja, abyśmy przez jakiś czas każdego ranka po biegu do Lenina, porannej „toalecie” i śniadaniu jeździli przez kilka godzin „gazikami” po riazańskiej okolicy, aby przenosić zmagazynowane ciężkie, dębowe podkłady pod kolejowe szyny. Dziwiło nas to, bo w końcu byliśmy żołnierzami, a nie kolejowymi robotnikami.

Kiedy tak przenosiliśmy te dębowe podkłady, kilku naszych kolegów przybiegło do nas z wiadomością, że niedaleko stoi okratowany towarowy pociąg z ludźmi, którzy wypatrując przez szpary, próbują komunikować się po polsku. Rzuciliśmy więc podkłady i ruszyliśmy w stronę stojącego na „pustkowiu” towarowego pociągu, który zatrzymał się daleko poza stacją kolejową. Kiedy dobiegliśmy do niego, lokomotywa dała syreną znak i pociąg wolno ruszył z miejsca. W okratowanych oknach zobaczyliśmy twarze ludzi oraz usłyszeliśmy ich głośne krzyki i rzucane pospiesznie po polsku nazwiska. Ludzie ci wyrzucali kawałki papieru z nazwiskami i z krótką informacją np. „AK Wilno”. Co jakiś czas, na małych platformach pomiędzy wagonami, migali przed naszymi oczami uzbrojeni w karabiny, z bagnetami, żołnierze z niebieskimi otokami. A więc NKWD. Staliśmy w szoku oburzeni, zastanawiając się, dlaczego Akowcy, którzy z poświęceniem i narażeniem życia walczyli z niemieckim okupantem, jadą w okratowanych towarowych wagonach na wschód.

Po dłuższym czasie wojskowej musztry, zdobywania piaskowej góry, ćwiczeń sprawności fizycznej, marszy i porannej gimnastyki, biegu w pełnym oporządzeniu, a także tej mniej wojskowej zaprawy przy myciu podłogi w koszarach, czyszczeniu ekskrementów w ogólnym „sraczu” i pracy przy podkładach kolejowych, kompania nasza udała się ciężarowymi samochodami na wschód od Riazania, na obszary silnie zabagnionej Mieszczorskiej niziny, pełnej jezior i rzek. Dowódcą tej wyprawy był starszyj leitenant Kislakow, w pełnej gali polskiego porucznika i z nieodłączną szamerowaną rogatywką z orłem bez korony oraz nasz nieodłączny humorzasty i rygorystyczny sierżant „Wołyniak”. Po kilku godzinach jazdy znaleźliśmy się na bagnistym obszarze porośniętym gęsto „słoniową trawą”, której wysokość dochodziła do 3 metrów ponad taflą wody, a grubość każdego „kłosa”, była tylko nieco mniejsza od małego palca u rąk. Szybko, z typową wojskową sprawnością, na brzegu bagniska założyliśmy obóz, składający się z szeregu namiotów oraz polowej kuchni.

Nie bardzo wiedzieliśmy w jakim celu nas tam przywieziono i co ma to wspólnego z wojskową musztrą. W wojsku się nie pyta, w wojsku się słucha, zwłaszcza kiedy mieliśmy takiego sierżanta jak nasz „Wołyniak”. Szybko okazało się, że wraz z nami przywieziono kosy i maczety. Myśląc pragmatycznie, wyglądało na to, że tu przyjechaliśmy, żeby kosić tę „słoniową trawę”. Niewielu z nas miało kiedykolwiek do czynienia z koszeniem, byłem więc jednym z niewielu, którzy mieli za sobą jakieś doświadczenie w tej dziedzinie. W czasie niemieckiej okupacji w LiegenschafcieRudniki kosiłem kosą trawę i koniczynę dla koni. Jednak nie było to na bagnach po kolana, czy w wodzie, w której było mrowie wodnych szczurów podgryzających nam nogi. Do tego dochodziły komary, które w milionach, niczym czarna chmura, nas atakowały niemiłosiernie tnąc. Liście „słoniowej trawy” były ostre, trzeba było więc uważać, żeby nie przecięły skóry rąk. Starszyj leitenant, z naganem przy pasie, wyznaczył każdemu z nas skoszenie obszaru 50 metrów na 50 metrów każdego dnia. Niewielu z nas mogło to wykonać, zwłaszcza stojąc po kolana w mokradle. Jeśli nie wykonało się tej normy, wówczas stawało się, trzymając karabin na ramieniu, na godzinę lub dwie. Kiedy ręka „zmiękła” i opuściła nieco karabin, zaczynało się od nowa. S naczała krzyczał starszyj leitenant Kislakow. Była to tak mordercza praca, że jeśli nawet wykonało się limit, człowiek potem padał na pysk, jak kłoda na ziemię. Komu ta ścięta trawa była potrzebna, tego nikt z nas nie wiedział. Dostawaliśmy trzy razy dziennie jedzenie, podobne do tego jakie serwowano nam w koszarach, tylko zamiast talerzy używaliśmy menażki. Na tym odludziu niesamowicie tęskniliśmy za rodziną, za krajem. Często mieliśmy „mokre oczy” od łez. Wydawało nam się, że nigdy już nie wrócimy do kraju.

Była niedziela. Sierżant „Wołyniak” ustawił nas w rzędzie. Padła komenda: kompania baczność… do Roty! Wyprężyliśmy się na baczność, zdjęliśmy czapki z głowy trzymając je przy prawym boku. Rota jest polską pieśnią patriotyczną, przysięgą na wierność ziemi ojczystej, dająca wyraz gotowości społeczeństwa do walki za wolną ojczyznę. Jest w niej też duma z przynależności do królewskiego piastowskiego szczepu, wola walki o wolność narodu do ostatniej kropli krwi, walki o suwerenność i niezawisłość kraju. Zaczęliśmy pierwszą zwrotkę. 

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród!
Nie damy pogrześć mowy.
Polski my naród, polski lud, 
Królewski szczep Piastowy.

Nie damy, by nas gnębił wróg!
Tak nam dopomóż Bóg! 
Tak nam dopomóż Bóg!

Przed kompanią stał starszyj leitenant Kislakow w pełnej gali munduru polskiego porucznika, z rogatywką z orłem bez korony, tak zwaną „kurycą” na głowie. W pozycji „spocznij” wyjął z kieszeni papierosa, zapalił go, puścił z ust dym i z nieukrywaną drwiną, znudzony, patrzył na nas jak na jakieś dziwolągi. W tym momencie przyskoczył do Kislakowa z „ogniem” w oczach nasz sierżant „Wołyniak” i krzyknął mu w twarz: czapka z głowy! Przerwaliśmy śpiewanie roty. Starszyj leitenant Kislakow również z „ogniem” w oczach, wyjął nagan z kabury i uderzywszy sierżanta w głowę jednocześnie rycząc: Ty swołocz…Ty polskij faszyst! Staliśmy nieruchomo, zaskoczeni obrotem sprawy. Zaraz zjawili się dwaj sowieccy żołnierze z opaskami na prawym ramieniu „WK” (Wojennaja Komendatura), a więc sowiecka militarna policja i aresztowali naszego sierżanta „Wołyniaka”. Do końca naszego pobytu w obozie na bagnach Meszczory straciliśmy go z oczu. Podobnie rzecz miała się po powrocie do koszar w Riazaniu. Sierżant „Wołyniak” po prostu zniknął. Co się z nim stało, mogliśmy się tylko domyślać. Dostał się do sowieckiego więzienia bądź do jednego z „gułagów”.

Tydzień po powrocie do Riazania dostałem malarię bagnistą tak zwaną plasmodium vivax. Ten tylko może to zrozumieć, kto nieszczęśliwie na nią zachorował. Konsylium lekarskie szpitala wojskowego uznało, że nie nadaję się do dalszego oficerskiego szkolenia w Riazaniu i zdecydowano wysłać mnie na front. Wraz z moim przyjacielem Staszkiem Śmietanskim, również chorym na malarię, udaliśmy się na front białoruski, którego dowódcą był marszałek Gieorgij Żukow. Przez przypadek wsiedliśmy w pociąg, który jechał w zupełnie innym kierunku, a mianowicie do Tuły, Kurska, Woronicza i Kijowa. Był to pociąg tylko częściowo osobowy, a głównie transportowy, załadowany ciężkimi czołgami w drodze na front użhorodzki. Mieliśmy nadzieję, że być może uda się nam w Kijowie, złapać jakiś transport do SmoleńskaW Kijowie podjęliśmy ze Staszkiem bardzo ryzykowną decyzję, a mianowicie postanowiliśmy zamiast od razu na front, udać się sowieckimi środkami transportu do Lwowa. Stojąc na głównej szosie w kierunku Lwowa, zatrzymaliśmy pełną żołnierzy sowiecką ciężarówkę. Mimo, że byliśmy polskimi żołnierzami, przygarnęli nas. Droga do Lwowa, prowadziła przez Żytomierz, Równe, Dubno i Brody. Pożegnaliśmy naszych współtowarzyszy podróży w samym centrum miasta, przed Operą Lwowską.

Pamiętałem, że we Lwowie moi rodzice mieli przyjaciół Herminę i Bolesława Szczęsnych, zamieszkałych przy ulicy Zielonej 21. Od śródmieścia okazało się, że nie było to zbyt daleko. W końcu znaleźliśmy się na miejscu. Czułem, że serce mi wali i krew pulsuje. Wszedłem do kamienicy i na parterze znalazłem drzwi do apartamentu z tabliczką B.H. Szczęsny. Nacisnąłem guzik dzwonka. Cisza. Po chwili usłyszałem kroki i drzwi się otworzyły. Zamieniłem się w słup soli! Hosanna! Radość i triumf! Drzwi otworzył mi mój Ojciec. Po chwili zjawiła się Mama i Hermina. Trudno jest opisać spotkanie z rodzicami, których pożegnałem tak dawno w Rumunii, na Suburbia Rosz.

Jednak radość ze spotkania z rodziną nie trwała długo. Wczesnym rankiem do Szczęsnych wpadła z krzykiem rozhisteryzowana stróżowa kamienicy informując Herminę, że sowiecki patrol militarnej policji NKWD szuka dwóch polskich dezerterów. A więc nas!

Słaby po ataku malarii, w pośpiechu pożegnałem się z rodzicami. Złapałem plecak i wyskoczyłem przez okno na ulicę. Całe szczęście, że mieszkanie Szczęsnych było na parterze. Złapaliśmy ze Staszkiem pierwszy lepszy pociąg jadący na północny wschód przez Chełm do Brześcia, w kierunku, gdzie spodziewaliśmy się dołączyć do polskich wojsk białoruskiego frontu. Niestety w Chełmie wpadł do pociągu patrol sowieckiej wojennej milicji i po wylegitymowaniu nas, mimo naszych papierów potwierdzających, że udajemy się z Riazania na białoruski front, aresztowano nas. Zawieziono nas sowieckim jeepem do baraków armii sowieckiej, gdzie sowiecki kapitan po rozmowie z nami, wezwał do pokoju starszego sierżanta i dał rozkaz eto dezertiry…streliat sukin synow.

Starszy sierżant wyprowadził nas z budynku do podziemnego lochu, który był niczym innym jak pustą zemlanką, która służyła do magazynowania kartofli. Ile razy próbowaliśmy wysunąć na zewnątrz „nos”, wartownik puszczał serię z kałasznikowa i kule świstały ponad naszymi głowami. Dezerterzy! Rozstrełka Horoskop był dla nas raczej nie najlepszy. W końcu czwartego dnia, zjawiło się dwóch sowieckich żołnierzy z wojskowej milicji i zabrało nas do budynku wojskowej głównej kwatery. Pomyśleliśmy, że biorą nas przed egzekucyjny pluton. Wprowadzono nas jednak do pokoju, gdzie siedział za biurkiem znany nam już kapitan, po którym nie mogliśmy się spodziewać niczego dobrego. Po chwili do pokoju wszedł sowiecki pułkownik w czapce z niebieskim otokiem. Nogi nam się ugięły. NKWD! Rozstrełka albo Sybir. Kapitan wstał na baczność. Pułkownik spojrzał na nas i oddał nam nasze skierowania na front, po czym rozkazująco powiedział do kapitana: Eto polskije soldaty… odprawit ich w polskoj wojennuju prokuraturu. Odetchnęliśmy z ulgą.

Jako oskarżeni o dezercję stanęliśmy przed polskim sądem wojskowym. Była wojna i dezercja niezależnie od armii była karana plutonem egzekucyjnym. Weszliśmy pod eskortą, tym razem polskiej militarnej policji, do pokoju. Stanęliśmy na baczność i… zaniemówiliśmy. Za biurkiem siedział prokurator wojska polskiego, major Franek Mateja. Franka znaliśmy bardzo dobrze z Zabłotowa, gdzie po prawniczych studiach na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, był adwokackim aspirantem i aktywnym członkiem Armii Krajowej. Kiedy ukraińskie „rezuny” atakowały Zabłotów, my broniliśmy się pod kościołem, zaś Franek był jednym z głównych dowódców AK w mieście.

Franek poprosił, abyśmy zrelacjonowali przebieg wydarzeń. Orzeczenie komisji brzmiało: „za nie zamierzoną dezercję, oskarżeni zostają przekazani do służby wojskowej w karnym batalionie”.

Ruszyliśmy w stronę Puław na pozycje po wschodniej stronie. Rola żołnierza w karnym batalionie nie jest łatwa, a precyzując – koszmarna. Niemcy wycofali się na lewy brzeg rzeki, pozostawiając za sobą trupy żołnierzy.

Byliśmy częścią posuwającej się w stronę Wisły sowieckiej armii 1-ego Frontu Białoruskiego. Sowieckie kwatermistrzostwo załatwiło zakwaterowanie w prywatnych polskich domach i chatach. Musieliśmy być już blisko brzegu Wisły. Zdzich i ja oraz jeden sowiecki żołnierz zostaliśmy zakwaterowani w chałupie chłopskiej rodziny. Byli to niezwykle mili i serdeczni ludzie. W obszernej kuchni przy piecu był tak zwany zapiecek, na którym można było spać. Gospodarze ugościli nas kolacją. Pamiętam, że podano nam całe kartofle polane skwarkami i do tego twarde jak kamień ogórki oraz świeżo upieczony chleb. Zapachniało nam polską wsią. Umęczeni całym dniem, udaliśmy się na spoczynek. Zdzich i ja dostaliśmy jedno szerokie drewniane lóżko oraz ogromne poduszki z pierza i taką samą pierzynę. Sowiecki żołnierz, młody, ok. 20-letni chłopak dostał miejsce na zapiecku. Zgasiliśmy lampę naftową i zapadliśmy w głęboki sen. Rano, wraz ze wschodem słońca, zerwaliśmy się, aby dołączyć do reszty żołnierzy, na skraju wsi, gdzie mieściło się postojowe kwatermistrzostwo. Stół naszych gospodarzy był już zastawiony talerzami i w kilka minut później zajadaliśmy się wędlinami, razowym chlebem z masłem i popijaliśmy świeżo zaparzoną herbatę. Z zapiecka wygramolił się sowiecki żołnierz. Okazało się, że poprzedniego wieczora, po ciemku wsunął się na zapiecek, a tam spala już 82-letnia babcia gospodyni. Co było w nocy na zapiecku, tego nie zdążyliśmy się dowiedzieć. Wiemy tylko, że późnym rankiem w sowieckim kwatermistrzostwie zjawiła się babcia z zapiecka, z prośbą, aby tego młodego sowieckiego żołnierza zakwaterować w jej domu na następne noce. Tymczasem padł rozkaz wyruszenia pieszo w stronę Warszawy. Pamiętam, że droga przebiegała przez pola. Po drodze mijaliśmy leżące w rowach zwłoki niemieckich żołnierzy w zielonych mundurach. Wyglądało na to, że zbliżamy się do frontu, który musiał być blisko. Jednak z powodów nam bliżej nieznanych, front sowiecko-niemiecki zatrzymał się na linii Wisły na prawie pół roku. Lewobrzeżna Warszawa pozostała po stronie niemieckiej, a prawobrzeżna po naszej.

Po przeciwnej stronie Wisły trwało powstanie warszawskie, a my staliśmy bezczynnie na międzyszyńskim wale, w okolicy mostu Poniatowskiego. Tymczasem, jak się później okazało, nasze oddziały wojsk pontonowych, przygotowywały się do desantu na zachodni brzeg Wisły. Pod osłoną nocy rozpoczęła się akcja desantowa. Kiedy o świcie Niemcy zobaczyli nasz oddział przeprawiający się pontonami przez rzekę, otworzyli morderczy ogień z artyleryjskich dział i ciężkich karabinów maszynowych, aż ziemia drżała. Straty w ludziach i sprzęcie były kolosalne. Powstaniowa Warszawa była w ogniu. Huk armatni i wybuchające bomby z niemieckich samolotów, stwarzały wrażenie piekła na ziemi. Ten nieudany desant nie przeszkodził kolejnym próbom. Ziemia i wody Wisły spłynęły krwią żołnierzy biorących udział w tych desantowych operacjach. Wielu z nas przeżyło traumę nie do opisania, w tak zwanym desancie czerniakowskim, którego celem było zdobycie przyczółków na lewym brzegu Wisły. Z wschodniego brzegu Wisły rozpoczął się potężny przygotowawczy ogień artyleryjski. Artyleria polska i radziecka ostrzeliwała niemieckie stanowiska znajdujące się wzdłuż rzeki. Od strony Pragi rozpoczęły forsowanie Wisły przy pomocy pontonów oddziały 1-ego batalionu. Próba sforsowania rzeki skończyła się niepowodzeniem. Stąd też niemiecki ogień zaporowy był bezlitosny. Wielu żołnierzy poległo, inni zaczęli się wycofywać. Wówczas sowieckie ciężkie karabiny maszynowe, tzw. pulomioty, wykańczały tych, którzy byli w odwrocie. Nikt o tym nie śmiał mówić. Była to tragedia, która do dziś jest utrzymywana w mrokach. Na całą operację patrzyliśmy z niepokojem i zdumieniem. Myśleliśmy, że operacja zdobycia lewobrzeżnego przyczółka, otrzyma pełne wsparcie ze strony Rosjan, nie mieściło nam się więc w głowach, że można było tak cynicznie postąpić. 

Po zdobyciu Warszawy, na sowieckich czołgach znalazłem się na froncie ukraińskim w Łodzi.

Moje ataki malarii z nieznanych mi powodów zdarzały się coraz częściej. Mimo, że wciąż trwała wojna i front przesuwał się na linii Gdańsk-Poznań-Kołobrzeg w stronę Berlina, ja będąc chorym, zostałem w Łodzi. Nie pomagała chinina ani akrychina. Moja siostra Alicja Helena dowiedziała się o lekarzu homeopacie, doktorze Gestenbergerze mieszkającym w Łodzi przy ulicy Radwańskiej. Był on Volksdeutschem, który nie uciekł wraz z Niemcami, tylko pozostał w Polsce. Mimo, że był z pochodzenia Niemcem w czasie okupacji odmówił wszelkich przywilejów przysługujących Volksdeutschom, odznaczył się też dużą szlachetnością jako człowiek. Dlatego też nie musiał uciekać z Łodzi. Cieszył się ogromnym szacunkiem i uznaniem ludzi jako lekarz, zachował swój gabinet i kontynuował pracę.

W mundurze polskiego żołnierza udałem się wraz z moją siostrą do doktora Gestenbergera. Zalecił mi wziąć wąskolistną agawę, pokroić kawałek liścia na drobne paski, wrzucić je do szklanki pełnej spirytusu (95% alkoholu). Po 24 godzinach przecedziłem alkohol, który zabarwił się na brązowo i wyciągnął z agawy całą ciecz. Jednym „haustem” wypiłem na czczo szklankę tego roztworu. Przez dobrą chwilę nie mogłem złapać tchu, z trudem oddychałem, a w ustach i w gardle miałem ogień. Padłem na łóżko i spałem przez kilka godzin. W międzyczasie moja siostra Alicja Helena zrobiła tę samą mieszankę agawy z alkoholem na następny dzień. Powtarzałem ten sam zabieg przez tydzień. Było to na początku 1945 roku. Od tego czasu nie miałem ani jednego ataku malarii. Byłem wyleczony.

Materiał udostępniony “Gazecie” przez CultureAvenue cultureave.com.
Dziękujemy!

Poleć:

O Autorze:

Joanna Sokołowska-Gwizdka

Pisarka, dziennikarka, członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, były pracownik Katedry Literatury Staropolskiej Uniwersytetu Łódzkiego. Jej artykuły, recenzje i wywiady publikowane były w wielu pismach w Polsce: „Rzeczpospolita”, „Pani”, „Dziennik Łódzki”, „Odgłosy”, „Jazz Forum” i za granicą: „Gazeta” (Toronto), „Nowy Dziennik” (Nowy Jork), „Polonia Kalifornijska” (San Diego), „Teraz” (Filadelfia), „Polonez” (Kair, Egipt), „Kurier Zachodni” (Perth, Zachodnia Australia), „Tygodnik Polski” (Sydney, Australia), „Pro Polonicum” (Fryburg, Szwajcaria). Autorka książki o Helenie Modrzejewskiej „Co otrzymałam od Boga i ludzi”. Obecnie mieszka w Austin w Teksasie. . Materiał udostępniony “Gazecie” przez CultureAvenuecultureave.com. Dziękujemy!  

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.