Myśl darowana

2

Moje ukochane wiedeńskie Muzeum Pochówków, przedtem w 3 Dzielnicy, w naturalnym anturażu starego miejskiego zakładu pogrzebowego, obecnie – w secesyjnym budynku przy Cmentarzu Centralnym w Simmeringu, 11 Dzielnica. Schoene Leiche, piękny nieboszczyk. Bo pogrzeb ma być zapamiętany – co tam życie, jaki pogrzeb, tak o tobie będą mówić, czyli strojnie, teatralnie, bogato, nawet jakeś biedak, trumnę mają ciągnąć czarne rumaki zdobne w okrycia, kostiumowe przybrania głów, a czarna kareta żałobna w aksamitach, kotary w oknach jak teatralne kurtyny, woźnica w czapie- pierogu, długiej pelerynie, całe teatrum! Ważne, by dochować aktualnie obowiązującego stylu sukien dla pań w orszaku żałobnym, chwostami czy pomponami przy kapeluszach-pierogach dodawać ruchu i życia poruszającym się w orszaku, nawet tylko wynajętym, a potem rzewnie i w pełni życia wyśpiewać przy winie pieśni o “pięknym nieboszczyku”… Śmierć to także część życia i te niezwykłe, bo pełne swoistej radości pochówki wiedeńskie przetrwały już tylko w muzeum… A w samym muzeum można ujrzeć, to co w biznesie modne, jak mało jednak popularną trumnę siedzącą o połysku Steinwaya, albo trumnę wielokrotnego użytku z ruchomym dnem i z wajchą (ruszyłam parę razy, dno się otworzyło i … nic, bo nikt w niej nie leżał) do wypożyczania dla biedaków, którzy wprost z niej wpadali do dołu, przesypywani wapnem, po sześciu jeden na drugim ze szczupłości miejsca na pochówki 250 lat temu. 33-centymetrowe specjalne noże do przebijania serca dla pewności, że nieboszczyk nie powstanie i nie pójdzie sobie z mar albo nie zadzwoni specjalnym dzwonkiem znad swego leża, słyszalnym w domku grabarza, że jednak nie jest jeszcze nieboszczykiem. Wtedy nieszczęśnika wypuszczonego z objęć jakiejś śpiączki, przerażonego towarzystwem innych trupów, które są wytrwalszymi trupami, trzeba szybko było uwolnić, by naprawdę nie zszedł na jakiś zawał albo nie doznał obłędu, bowiem rzadko kto spodziewa się wybudzenia w kostnicy. Usługę przebicia serca można było sobie za mówić u lekarza. Jeśli ktoś został uznany za nieboszczyka, to dla pewności i spokoju własnego i bliskich, na wszelki wypadek lekarze wbijali ostrze w serce (wcześniej zapisywał czy artykułował takie życzenie jak np. lekarz, pisarz, dramaturg Albert Schnitzler). Designerskie urny, diament z prochów, plastyfikacja nieboszczyka, by mógł jak długo zechcemy po śmierci pozostać z nami niemy, wypełniony sztucznymi płynami. Jak żywy, choć nieżywy. Czegóż nie ma w tym muzeum…

Tylko Wiedeń tak się umie przyjaźnić ze śmiercią w tej części Europy, no może Rumuni ze swoim kolorowym cmentarzem też tę śmierć sobie oswoili.

Z muzeum i sklepiku przycmentarnego można wyjść z niebanalnymi pamiątkami. Otóż osłodzić życie można sobie miodzikiem pracowitych pszczół cmentarnych z ogrodu naturalnego na Zentralfriedhof. Można się też poobnosić z sympatią do służb pośmiertnych: wystarczy zakupić koszulki fanów Cmentarza Centralnego, czarne oczywiście, i już. Przemysł pośmiertnych usług proponuje współczesny niezbędny sprzęt: usb – trumienki, czaszeczki, wesołe kościotrupki. Dla milusińskich lego, z którego ułożą np. wóz pogrzebowy współczesny albo historyczny, także tramwaj pogrzebowy, jaki dawniej z centrum przewoził nieboszczyków na ich ostatni przystanek przy Simmeringer Haupstrasse 234, a także sam przystanek tramwajowy przy Zentralfriedhof do poskładania po rodzinnym obiadku. Są też sympatyczne lego-ludki grabarze. Palaczom dbającym o ruch w interesie pochówkowym wdzięczni pracownicy proponują opakowania na papierosy z brzydkimi obrazkami chorób czy bezpłodności z dopingującym hasełkiem “Palenie zapewnia miejsca pracy”. Wydane z logo “Pochówki Wiedeńskie”. Wspominałam o obiadku rodzinnym, ten można sobie uświetnić makaronem w kształcie tematycznym: możemy zakupić specjalne czaszeczki do wyciskania ciasta makaronowego, czyli obiadek np. na Wszystkich Świętych czy Dzień Zaduszny z nudlami-czachami!

Tak, to cudowne muzeum, po którym aż się chce umierać! Dawniej płaciło się przy wyjściu, ci co przeżyli oprowadzanie płacili za wyjście, teraz niestety z góry… Szkoda tego obyczaju.

Powrócę po kilku tygodniach do anonsowanej Hiszpanii. Otóż w podróży przed kilkoma tygodniami mieszkałam w Teuladzie na Costa Blanca tuż obok stadionu piłkarskiego lokalnego oraz cmentarza. Przyznam, że ten ostatni był dużo ciekawszy, niż jakieś mecze. Otóż czteropiętrowe “bloki” z cegły czy tynkowane na biało mają mieszkania na trumny, wsuwane tam w swoje “pokoje”. Cztery piętra! I specjalna platforma, którą się trumnę z delikwentem wprowadza w wybrane, wykupione czy dzierżawione lokum. Potem wejście się muruje, umieszcza stosowną tabliczkę, płytę, co kto chce. Tam akurat po hiszpańsku, niemiecku i angielsku, bo te strefy językowe i kraje opuścili na zawsze lokatorzy cmentarnych budynków. Niektóre rodziny zajmują apartamenty wielopokojowe w poziomie, w pionie. Niektóre zaś są pustostanami i czekają na lokatorów. Na niewielkich “parapetach” przy tabliczkach stały kwiatki, doniczki, jakieś drobiazgi, ale wciąż się zastanawiam, czy te dowody pamięci bliskich na poziomach od drugiego piętra pozostawia się z drabiny, tej platformy czy jak? Panorama z tych “pokoików” przepiękna, góry, niebo, rozległy widok walenckiego regionu, cmentarz położony jest na wzgórzu. Apartamentowce cmentarne dla urn – sześciopiętrowe. Niestety, nie udało mi się dojrzeć nikogo kiedy akurat przybył do pochowanych bliskich, ani też żadnego pochówku… Miałam jednak dowód, że na cmentarzu toczy się własne życie: na środku czyściutkiego podwórka pomiędzy “blokami” leżał sobie szczur. Nieżywy.

Wróciłam z polskiego cmentarza, swojskiego, z liśćmi, roślinami; morze świateł coraz dziwaczniejszych “designerskich” zniczy, w większości strasznie brzydkich, ale przeróżnego kształtu i faktury, także takich z elektrycznym “wiecznym” światełkiem (póki baterii starczy). Przepiękne, różnych kształtów, kolorów chryzantemy, które coraz mniej przypominają “chryzantemy złociste w kryształowym wazonie”, jak śpiewał pan Fogg. Można było je pod wieczór kupić nawet za 2 zł w donicach… Szkoda mi tych umierających bezpańskich pięknych kwiatów.

Nie widziałam grobu bez światełka. Może na maleńkich cmentarzykach, ale byłam także na wiejskim, a tam tak samo jak w mieście bogactwo i tandeta na grobach. Nie widać, kto to był, kiedy zmarł, widać za to wielkie kwiaty, często szmaciane, plastikowe, te znicze-brzydactwa. Mogiły aż się uginają od nadmiaru. Wolę jednak jedną skromną świeczkę, znicz i myśl o tej osobie, wspomnienie. Nieśpieszne. Tylko dla niej.

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

2 Comments

  1. Katarzyna Kotowska on

    To niezwykłe jak różne kultury podchodzą do śmierci. Na przykład Swięto Umarłych w Meksyku… Ale tutaj w środku Europy – Austria. Bardz ciekawe o tym muzeum. Myślę, że człowiek stara się jakoś yę śmierć “obłaskawić” i są na to różne sposoby. Bardzo lubię Pani feletony, bo zawsze się czegoś ciekawego dowiaduję.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.