Z powrotem w Kanadzie (76)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat. Wiele się działo. Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Do Kanady – 37

Kolejny, 37 już odcinek mojej drogi do Kanady, Dojechaliśmy z żoną Gosią i synem Marcinem do Ludwigsburga w Niemczech Zachodnich ( wtedy to się nazywało RFN). Jest rok 1987, sierpień. Po perypetiach w drodze przez Szwajcarię, Włochy i jeszcze raz Szwajcarię dotarliśmy do miejsca gdzie mamy szansę uzyskać jakąś pomoc w naszym poszukiwaniu azylu. Dzieki informacji uzyskanej od młodego rodaka spotkanego przy Domu Pielgrzyma Polskiego w Rzymie, dotarliśmy tutaj do Ludwigsburga i spotkaliśmy polskiego księdza, który zgodził się nam pomóc.

Jedziemy razem do ausländeramt, czyli niemieckiego biura. Tam po niedługim oczekiwaniu wchodzimy do pokoju z biurkiem, za którym siedzi urzędnik. Ksiądz mówi do niego po niemiecku, my nie rozumiemy ani słowa. Pokazujemy paszporty. Urzędnik koniecznie chce się dowiedzieć jak wjechaliśmy do Niemiec i dlaczego przejechaliśmy przez „zieloną granicę”. Nic nie rozumiem z tego pytania.

Mówię, że granicę przejechaliśmy w Konstancji, zwyczajnie i normalnie i dlaczego to miała by być „zielona granica”. Przecież tam była normalna granica. O co mu chodzi?. Wreszcie po jakimś czasie udaje się wyjaśnić ten problem. Otóż my wcale nie powinniśmy być do Niemiec wpuszczeni, bo nie mamy wizy. Okazuje się, iż tak byłem pewny że zostaniemy we Włoszech, że w ambasadzie RFN-u w Warszawie załatwiłem przed wyjazdem tylko tranzytowe wizy przez Niemcy i tylko w jedną stronę. Teraz zrozumiałem wreszcie, dlaczego nie chciano nas wpuścić z powrotem do Niemiec, gdy zawrócono nas z granicy austriackiej. W 1987 roku Austria wprowadziła na krótko wizy dla Polaków i akurat nas to objęło. Jadąc do Włoch kilka dni wcześniej przez Szwajcarię chciałem sobie skrócić drogę i postanowiłem objechać jezioro Bodeńskie krótkim, kilkunastokilometrowym odcinkiem przez Austrię. Nie udało się, zawrócono nas na przejściu i wróciliśmy szukać innej drogi, dużo dalszej.

This slideshow requires JavaScript.

Na granicy z Niemcami mieliśmy skomplikowaną dyskusję. Celnik coś tłumaczył po niemiecku, ja nic nie rozumiałem i nie wiedziałem o czym on mówi i w końcu celnik machną ręką i nas wpuścił z powrotem. Teraz wiem że chodziło o brak wizy. Gdyby nie to że na przejściu granicznym w Konstancji nikt nas nie zatrzymał do kontroli to nie wiadomo jak by to się wszystko skończyło. Nasz ksiądz wyjaśnił chyba to wreszcie urzędnikowi i dostaliśmy skierowanie do obozu przejściowego dla uchodźców w Karlsruhe. Od tamtej pory minęło trzydzieści jeden lat i zatarły mi się szczegóły. Wiem że pojechaliśmy tam własnym samochodem, ale jak załatwiłem sprawę pobytu tam to już nie pamiętam. Wiem że byliśmy niezwykle szczęśliwi że możemy wreszcie wyciągnąć się na łóżkach i dobre wyspać. Dostaliśmy kartki na jedzenie w stołówce i chyba sto dwadzieścia marek na drobne wydatki.

Pamiętam taką scenkę z biura gdzie urzędniczka wydawała te kartki żywnościowe. Stał tam przy okienku Polak i próbował wytłumaczyć urzędniczce po polsku że chce kartki na jedzenie. Gdy po kilkukrotnym powtarzaniu coraz głośniej słowa „kartki” i „kartki na jedzenie” nasz rodak zaczął pokazywać palcem na swoje otwarte usta i powtarzać, cały czas po polsku; „Kartki! Kartki na jedzenie!… Nie wiedziałem czy się śmiać, bo przecież też nie znałem języka. Nie pamiętam jednak jak mnie się udało te kartki otrzymać.

Obóz był bardzo zatłoczony i za kilka dni mieliśmy być skierowani na stałe kwatery do innego miasta. Z tych kilku dni pobytu w obozie dla uchodźców w Karlsruhe, pamiętam dobrze swoje pierwsze spotkanie z Arabami. Nigdy przedtem nie miałem z nimi styczności a w tym obozie stanowili oni ogromną większość. Nie miałem żadnych absolutnie uprzedzeń. Moje wiadomości o bliskim wschodzie sprowadzały się do tego, że wielu Polaków jeździło tam na różne budowy i zarabiało niezłe jak na ówczesne polskie warunki pieniądze.

Idę więc sobie przez ten obóz na który składały się różnej wielkości budynki. Przechodząc obok jednego z nich, parterowego baraku, usłyszałem grający w środku telewizor. Język był mi nieznany, ale z okrzyków wnioskowałem, że odbywa się jakiś mecz. Tym bardziej, że co chwilę podnosiły się okrzyki wiwatów, zupełnie jakby ktoś strzelał bramki. Drzwi były otwarte, więc wszedłem i stanąłem wśród tłumu podnieconych czymś Arabów. Zacząłem przyglądać się ekranowi telewizora. Pokazywano jakiś film, na którym człowiek w białym burnusie i turbanie pędził na koniu wymachując szablą. Co jakiś czas ścinał tą szablą czyjąś głowę i wtedy rozlegały się te wiwaty na sali, o których myślałem wcześniej, że dopingują strzelanie goli. No cóż, co kultura to obyczaje. Wyszedłem.

Po kilku dniach skierowano nas do stałego miejsca pobytu. Dostaliśmy adres i skierowanie i ruszyliśmy w niedaleką, około 100 km drogę autostradą, przez Stuttgart do Ulm. Tam, na ulicy Blaubeurer Strasse, właściwie już na przedmieściach znajdowały się trzy długie drewniane baraki. Dostaliśmy wyznaczony pokój w baraku trzecim, w którym były zakwaterowane rodziny. Takie przynajmniej było założenie. Wejście było po środku baraku, w środku długi korytarz, po obu jego stronach pokoje, łazienki i ubikacje damskie i męskie, niewielka kuchnia…

Cdn.

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.