Wiolonczela przy kluskach śląskich

0

Wyniki oficjalne polskich wyborów samorządowych już jasne, nie będę o tym pisać, poza tym tylko, że się cieszę, że jednak wiele samorządów nie będzie w rękach aktualnie rządzących. Wyczekiwanie na szacunki wyników wyborczych w niedzielę 21.10. po 21 było pełne napięcia, gorących telefonów, komentarzy, jak kury na grzędzie czekaliśmy w kilka osób, jak zakończy się walka o Warszawę, która dzięki udziałowi w tej kampanii Patryka Jakiego stała się sprawą wagi państwowej. Nagle wszyscy stawali obok warszawiaków, mentalnie, moralnie ich wspierając. Robiliśmy co mogliśmy, by nie dopuścić do wyboru tego polityka na szefa polskiej stolicy. Można nie lubić Warszawy, miasta karier, “słoików”, nie dla każdego ładnego, ale ta kampania nam, przynajmniej w gronie wielu moich znajomych w całej Polsce, uświadomiła, że to co tam się dzieje jest dla każdego Polaka/ mieszkańca Polski ważne, bo tam się jednak wykuwają standardy, chcemy, czy nie chcemy; bo to najważniejsze politycznie miasto i chcemy być z niego dumni, bo to miasto, o które walczyło się na różne sposoby podczas potyczek, walk, wojen. Proszę mi wierzyć, powróciła na te tygodnie oddolna, serdeczna solidarność. W mediach społecznościowych co kto miał, wrzucał, dzielił się, pisał, informował, by naświetlić, że stajemy w obronie swojej Stolicy, jako Syrenki z tarczami. Te momenty były wspaniałe, Warszawa się zjednoczyła i nie poddała mizerii polityczno-moralnej. Rzadko się czuję w tym kraju dumna z moich ziomków, pobratymców, tym razem się poczułam, jakbyśmy wszyscy z krańców Polski wysłali dużo naszych obrońców, czyli dobrej energii i prawdziwej troski o losy tego bardzo doświadczanego w historii miasta.

Slogan reklamowy mówił dawniej “LOT-em bliżej!”, dziś polski LOT jest antypracowniczą fabryką lotów, która pomiata zestresowaną, zmęczoną załogą, każe jej wysłuchiwać motywacyjnych opowiastek w styli Kim Ir Sena czy “dobrego pana”. Większość pracowników musi się samozatrudniać i pracują na umowach zastępczych, które nazywają “śmieciówkami”. Sami pracownicy LOT podkreślają, że wg EU na pokładzie samolotów muszą przebywać osoby zatrudnione, a samozatrudnienie “biznes to biznes” nie daje odpowiednich certyfikatów itd. i nie spełnia tego warunku. Kapitanowie, stewardessy nie chcą latać, bo są zestresowani, niepewni jutra. Stewardessa zemdlała, bo nagle nakazano jej być supervisorem, presja, ciśnienie, zmuszenie do wykonania nagle obowiązków, które przekraczają jej możliwości i odporność skończyły się utratą przytomności; karetka zabrała ją do szpitala. Tak się kończy aktualnie współpraca z zarządem LOT-u dla jej pracowników. Współpracowników? Odpowiedzialność za losy pasażerów, za sprzęt wart miliardy to są argumenty poważnych pilotów z doświadczeniem oraz stewardess. Dostają od zarządu rachunki po 60 tys. zł za niewykonane obowiązki. Mówią o pogardzie, o braku szacunku dla nich, o braku chęci do rozmowy. Dostają propozycje, że dostaną “50%” za wykonanie lotu, ale na to, na takie argumenty się nigdy nie zgodzą, to im uwłacza. Całe rodziny strajkują – mąż i żona, oboje kapitanowie. Brak godności, to funduje im zarząd. A inne firmy lotnicze, że zwalniani są wartościowi piloci, stewardessy, już proponują im zatrudnienie, tak jak i pozostałym, zwalnianym. Bardzo to przykre. Szef LOT-u, jak to powiedział prof. Hausner, nie ma kwalifikacji nawet do tego, by kierować kurnikiem, co dopiero taką firmą, narodowym przewoźnikiem. Przewoźnikiem po prostu.

A propos przewoźników, dziś specjalistka od drogowych zdarzeń, jak co roku, rzec by można, znowu zaliczyła stłuczkę w okolicach swojego pueblo. Chodzi o Beatę Szydło, która przynosi nieszczęście albo nie ma szczęścia do kierowców. Może oni nie mają umiejętności? Jak to dobrze, że tylko rząd musi jeździć z tymi kierowcami wymienionymi z doświadczonych ze starego BOR-u na jakichś, no cóż, pociotków? Amatorów? Z chęcią szczerą? Na szczęście dziś pani Beata nie posadziła kolejnej bogu ducha winnej osoby na ławie oskarżonych za spowodowanie wypadku, kolizji, stłuczki.

LOT-nielot, “biało-czerwona drużyna” na wiecznie rozkraczonych kółkach, ale 12 listopada wolne, bo przecież trzeba będzie odpocząć po zapewne białym, czysto polskim i katolickim marszu Niepodległości 11 listopada. Raz na 100 lat, jak wyjaśniają swój idiotyczny pomysł na dwa tygodnie przed wprowadzeniem dodatkowego dnia wolnego politycy PiS.

Mieszkam w Opolu od czterech niemal lat po latach przerwy, nie wiedziałam, o czym mi dziś rzekł kolega z Niemiec, Andreas, że kolory miasta (żółty i niebieski) pochodzą od Andegawenów, w bliskich związkach z Janem Opolskim przed 600 laty. Opole i Francja? No cóż, partnerstwo z Grasse w Prowansji jest nieobecne zupełnie w życiu miasta, miast pachnieć nam w Opolu słynnym przemysłem perfumeryjnym, wisi smog.

Nie wiedziałam też o blokadzie głodowej Niemiec podczas I wojny światowej, o kontynuowaniu tej blokady przez Polskę po 11 listopada 1918, kiedy Polska zaczęła wracać na mapy. I o tym, że można uznać za “miejsce pamięci” wojenną traumę. Chodzi o 100-lecie “Wielkiej Wojny” i XXIII Seminarium Śląskie w Kamieniu Śląskim, w którym mówiliśmy o Śląsku, Wielkiej Wojnie, pamięci i niepamięci, historii, odzyskaniu niepodległości i wszelakich konsekwencjach Wielkiej Wojny dziś. Naukowcy polscy, niemieccy, węgierscy mówili o tej “nie polskiej wojnie”, o dekompozycji mężczyzny, ofiary bez nogi, nosa, ucha w przytułku bez luster; mężczyznach – ofiarach bez autorytetu; o Europie zapełnionej dysfunkcyjnymi mężczyznami; ale też o tym, że Śląsk wedle badań kojarzy się głównie z … kluskami śląskimi. Fantastyczne dwa dni i pół. Znowu Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej doprowadził do tych arcyciekawych spotkań. Znowu nie widziałam żadnego polityka z regionu, poza marszałkiem i przyszłymi członkami sejmiku opolskiego oraz działaczami z Mniejszości Niemieckiej. Byli też uczniowie opolskiego liceum, długo wytrzymali w skupieniu, 3 godziny do obiadu pierwszego dnia, potem było krócej. Podglądałam notatki: trauma, kariatyda, neurotyczny; Zygmunt Freud, korelacja…

Młodzi, urodziwi ludzie się uczą, sprawdzają, słuchają. Wystrojeni w garniturki i białe bluzki z godnością wychodzą na przerwę kawową, potem się chichrają, ale znów w powadze wracają i dalej słuchają. Oby dali sobie poszerzyć horyzonty i nie ograniczali ich niczym, jak wielu polityków, publicznych postaci, dla których Śląsk to kluski, Warszawa – miasto “słoików”, a Polska – orzeł biały. Oby zachowali ciekawość. Bez niej świat może być wrogi. A ja się cieszę, bo niedługo spotkam się córeczką mojej zmarłej niedawno przyjaciółki, Zosią, terapeutką uzależnień, która odzyskała miłość do wiolonczeli. Po kilku latach niegrania zakupiła tanio “nie graną” wiolonczelę z wystawy, potrzeba jej tylko lekkiej pomocy lutnika i znów z Zofią zabrzmią. Czekam na nie oraz psa, Kawę.

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.