Martwy byk (18)

0

Otrzymałem pękatą teczkę zawierającą przebieg mojego leczenia wraz z wnioskami oraz prognozami popartymi wydrukami testów. Cały materiał, jaki mógłby się przydać mojemu lekarzowi w Kanadzie, jeśliby kiedyś w przyszłości zaszła potrzeba. Kiedy kartkowałem te wydruki, nagle aż zadrżałem z zaskoczenia chyba, a może ze strachu. Pomiędzy nimi dostrzegłem kilka wycinków z gazet datowanych po 11 września 2001 roku. Były to artykuły na żywo komentujące wydarzenia tamtego pamiętnego dnia, zaopatrzone w między innymi zdjęciami mojej osoby w kilku niezbyt korzystnych ujęciach, wszystkie ze szpitala. Jedno kiedy śpię, cały pookręcany w bandaże z nogą na wyciągu, dwa inne, z ukrytej ka mery zapewne, jedno – jak stoję podparty kulami na korytarzu szpitalnym, jeszcze inne, kiedy opuszczam szpital: z kulą w jednej, z walizką w drugiej dłoni, wchodzę do windy. Nie skomentowałem i nie dałem po sobie poznać wzburzenia. Wyraziłem podziękowania za opiekę oraz wdzięczność za optymistyczne zakończenie mojego leczenia, które – jak się razem zgodziliśmy – u nich właśnie dobiegło końca.

Na koniec uściskaliśmy się misiaczkami z lekarzami, a wtedy siostra Julia ujęła mnie za rękę i poprowadziła do swojego gabinetu. Posadziła mnie w wyślizganym, starym skórzanym fotelu, sama siadła za biurkiem na sztywnym krześle i spojrzała na mnie jak na wroga.

– Wyjeżdżasz z Nowego Jorku – stwierdziła.
– Ani mi się śni – odparłem przekornie.
– Przepraszam, pomyślałam, że teraz, kiedy już jesteś zdrowy, albo prawie zdrowy – teraz nas opuścisz… bo co cię tutaj może trzymać? Przypuszczałam, że zatęskniłeś za swoim życiem prywatnym w Toronto…
– Bardzo się mylisz Julio… Nie tak dawno rozwiodłem się, a po podziale majątku nie za bardzo chce mi się mieszkać samotnie w dużym apartamencie w kondominium w Mississaudze, prawie ogołoconym z mebli przez pazerną żonę i nie za bardzo przepadającego za mną dorosłego syna. Prawdę mówiąc – wszystko mi jedno, gdzie teraz zamieszkam, a powiem ci szczerze – mieszkanie, jakie mi poleciłaś w Village bardzo mi się spodobało… no i to ekscytujące sąsiedztwo… ech!

Zauważyłem, że chociaż Julia stara się panować nad sobą, przez jej piękną twarz przeleciał jakby cień i się na niej zatrzymał. Mimo że rozchyliła usta w uśmiechu i pokazała w nim komplet swoich małych ząbków, był to uśmiech tylko trochę radosny, trochę sportowy, ale przy tym zaczepny, drwiący, jakby drapieżny.

– Nie sądziłam, że przypadkiem zafascynujesz się Moniką. Gdybym to przewidziała, z pewnością dałabym ci inny, nie mniej interesujący adres. A może chcesz się przenieść bliżej centrum Manhattanu?

– Masz na myśli Dakota Building?

– No właśnie… tylko nie wiem, czy byłoby cię na to stać… ale wiesz co? Może mógłbyś u mnie wynająć pokój… teraz, kiedy mieszkam sama w tak olbrzymim apartamencie… myślałam nawet o wynajęciu komuś jego części. A tutaj ty się trafiasz przypadkiem. Właściwie dałoby się wykroić niewielkie mieszkanie z oddzielnym wejściem. I niedrogo…

– Nie myślałem o przeprowadzce. W ogóle. Ale teraz, skoro miałbym taką szansę… tylko… bardzo brakowałoby mi basenu.
– Ten wasz śmieszny basen wkrótce zamieni się w lodowisko. Przywiozłeś ze sobą łyżwy? Wy, Kanadyjczycy, lubicie sobie pograć w hokeja, nieprawdaż? Żart… W Dakota Building mamy basen na dziesiątym piętrze. I cudowną oranżerię przy nim, z egzotycznymi kwiatami oraz cudownymi kolibrami.

– O, tak? Nie wiedziałem. A duchy jeszcze się nie wyniosły? – zapytałem nieco sarkastycznie. Bo ponoć teraz, oprócz dyżurnej zjawy snującej się po korytarzach, słyszałem, można spotkać Johna, w każdym razie słychać w niespodziewanych miejscach i czasie jak gdzieś na swoim białym fortepianie gra “Imagine”…

– Tego nie potwierdzam, ale i nie zaprzeczam… wiesz co Filipie? A nie pomyślałeś, że moglibyśmy wypić gdzieś na mieście kawę? Albo nawet zjeść kolację? Ja zapraszam. Nigdy nie umawiam się z pacjentami, ale teraz już nie jesteś moim pacjentem, zgadza się? Teraz moglibyśmy zostać prawdziwymi przyjaciółmi… co ty na to?

Poczułem się jakoś niezręcznie. Przecież to ja powinienem wyskoczyć z taką propozycją, nie czekać, aż piękna kobieta mnie zaprosi. Ale tutaj było coś innego. Ona wyraźnie prowokowała bliższe kontakty, ta propozycja wynajęcia u niej pokoju, kiedy wiedziała jak bardzo cenię sobie mój apartament w Village. Z jednej strony propozycja mnie pociągała, z drugiej zaczynałem być nieufny. Tylko dlaczego? Czy ja się zacząłem bać kobiet? Nigdy się nie bałem, wręcz przeciwnie. Toteż beztrosko zapytałem:

– A czy ty dałabyś mi się zaprosić na kolację? Nie protestuj, zależy mi bardzo na twoim towarzystwie i na okazji do podziękowania za całokształt – opiekę, życzliwość i w ogóle…

Zauważalnie Julia odprężyła się, stała się znowu miła i luzacka:
– Oooo, co za zaszczyt… oczywiście, dam ci się porwać, kiedy i gdzie zechcesz Filipie… Wiesz co? Nie rozumiem za bardzo, dlaczego wydajesz mi się tak bliski. To do mnie nie jest podobne. Chyba jednak staję się na starość sentymentalna. – Powiedziała, patrząc mi zalotnie w oczy.

Wytrzymałem to spojrzenie i uśmiechnąłem się szeroko:
– Raczysz żartować z tą starością. Kokietka z ciebie, nie ma co… Ponieważ ty jesteś tutejsza, podzielmy się obowiązkami: ja cię zapraszam, a ty wybierasz miejsce i czas. Dobra?

– Nie ma sprawy Filipie. W takim razie czekaj na mój telefon. Co byś powiedział na jutrzejszy wieczór? Postaram się coś zarezerwować, choć tak z dnia na dzień nie jest łatwo… ale ma się trochę znajomości na mieście. To do jutra?

– Do jutra – rzekłem z uśmiechem całując jej wymuskaną dłoń, którą sama podsunęła do moich ust i dłużej niż powinna przy nich przytrzymała.

*

Trzeba przyznać, że miejsce na kolację zostało wybrane bardzo starannie. A w ogóle to zachodziłem w głowę, w jaki sposób Julia to załatwiła. Już od dziesięciu minut wysiadywałem w Gallaghers Steakhouse i rozglądałem się, oczarowany przepychem i elegancją tej wystrzałowej knajpy w sercu Nowego Jorku, a im dłużej siedziałem, tym bardziej wszystko wskazywały na to, że powinienem doceniać starania Julii. Szkoda tylko, że jej samej ciągle nie było. Z nudów przejrzałem menu i odkryłem to, czego powinienem się spodziewać. Było tu drogo jak cholera. No pewnie, ekskluzywna restauracja położona w pobliżu oszałamiających świateł Broadwayu i w jakże bliskim sąsiedztwie Times Square miała być tania?

Zaraz przystawiło się do mnie dwóch kelnerów, Jack i Mick (przedstawili się, więc ja także wybąkałem swoje imię) i wmówili mi drinka. Manhattan, ma się rozumieć. Rzeczywiście, smakował wybornie. Zapytali, czy mam jakiś kłopot, bo wyglądam na zmartwionego, i ten drink powinien mnie rozluźnić. Nie miałem nic przeciwko temu. Odpowiedziałem, że owszem, czekam na piękną kobietę i na razie wszystko wskazuje na to, że puściła mnie w trąbę. Parsknęli jednocześnie śmiechem, do którego i ja się przyłączyłem. To wszystko powinno zadziałać rozluźniająco, i rzeczywiście zadziałało, lecz zaledwie połowicznie.

Dlaczego? Ano, chyba z powodu pytania, jakie uporczywie świdrowało moją głowę i nie chciało odejść, a zaczęło świdrowanie już przed wyjściem z domu: Dlaczego tak piękna, przypadkiem poznana kobieta zaprasza faceta, ofiarę zamachu terrorystycznego, jeszcze nie całkiem wyleczonego, a więc nie całkowicie sprawnego, mężczyznę w średnim (powiedzmy) wieku, na dodatek Polaka z Kanady?

Przed wyjściem, męczony tymże problemem, ubrałem się staranniej niż zwykle. W garnitur od Hugo Bossa, ten ciemny, koszulę z kołnierzykiem w jakieś niebieskie ciapki, nawet krawat założyłem, ale kiedy się ujrzałem w lustrze, zaraz rzuciłem nim w kąt łazienki. Nie pasował do mnie, ani ja do niego. Na szczęście miałem w walizce srebrny łańcuszek z żołnierskimi blaszkami, zwanym nieśmiertelnikami.

Nie, ja nie byłem na żadnej wojnie, niech Bóg broni. Otrzymałem je kiedyś w prezencie, w czasie, kiedy nie mogłem wyjść z pijackiego ciągu, z litości chyba, bo jakżeby inaczej. Zawiesił mi je na szyi mój przyjaciel Janek, kolega z odwyku. Jak zabawkę choremu dziecku, rozkapryszonemu nałogiem staremu chłopu, podarował mi Janek te blaszki, Janek, zamiennie John, który mógł się pochwalić wyprawami, które kosztowały go, jak sam twierdził, popadnięciem w głęboką depresję, a potem w alkoholizm. Tak, to nie ja, lecz Janek brał udział w dwóch “pokojowych” misjach wojskowych, w Iraku i w Afganistanie. Było widać, że chętnie pozbył się tych pamiątek. A mnie się podobały. Nieźle się te blachy na mojej piersi prezentowały, to trzeba przyznać.

Co z tego? Julia chyba rzeczywiście wystawiła mnie do wiatru. Pół godziny to już – sorry – nie studencki kwadrans. Zamówiłem drugiego drinka, potem trzeciego. Kelnerzy rozpieszczali mnie, wręczając kolejne jak staremu znajomemu, z komentarzem: – Twoje zdrowie Filipie. Taki tam był zwyczaj u tego Gallanghera, jak się dowiedziałem w wykwintnej toalecie. Mówienie klientom po imieniu.

Tymczasem na sali głównej ciągle działo się coś nowego. Jak tylko kilkunastu olbrzymów w strojach sportowych skończyło głośne opijanie zwycięstwa Giantsów nad Jetsami, to zaraz jeszcze liczniejsze grono ubranych w jednakowe garnitury facecików w krawatach, wyglądających jak maklerzy giełdowi, wszczęło wznoszenie coraz głośniejszych toastów za sukcesy finansowe dnia.

Julia nie nadchodziła. Przypomniałem sobie o nieużywanym dotąd telefonie komórkowym i wystukałem jej numer. Cisza w odpowiedzi. Tylko głos maszyny, żeby się nagrać. Nie nagrałem się. Odczekałem jeszcze kilkanaście minut okupionych kolejnym Manhattanem.

Nieźle już podochocony alkoholem siedziałem sam przy dwuosobowym stoliku, nagabywany przez kelnerów, którym nie wystarczało, że piłem drinka za drinkiem, o nie. Oni chcieli wmusić we mnie steka z najlepszego mięsa argentyńskiego, jak z zachwytem mówili: prime dry-aged beef, czyli z odtłuszczonej wołowiny.

– Pieczone na firmowym barbecue na hickory coals – nie dawali za wygraną. Tylko u nas podajemy steki pieczone, właściwie – wędzone na drewnie z białego orzecha amerykańskiego. Oni nie dawali za wygraną, ja nie dawałem się uwieść ich namowom. Wcale nie chciało mi się jeść. Odganiałem się od Micka i Jacka jak od natrętnych komarów.

Naraz zadzwonił mój telefon. Julia. Nie tłumacząc się wcale ze swojego karygodnego zachowania zapraszała mnie do domu. Nie mogłem wymusić na niej wyjaśnienia, dlaczego nie przyszła na spotkanie, którego sama była pomysłodawczynią.

– Przyjdź do mnie, to ci powiem – powtarzała zdenerwowana, coraz bardziej niecierpliwie.

– Nie mam zamiaru – odgryzłem się tonem, jedynym na jaki było stać podpitego, lekko obrażonego podstarzałego amanta. Miałem do niej żal.

– Mam do ciebie żal – powiedziałem na głos do wyłączonego telefonu. Sam go wyłączyłem.

*

Szedłem lekko się zataczając błyszczącymi od świateł ulicami miasta, którego życie właśnie się rozpoczynało, bo – jak stwierdziła Julia – była dopiero jedenasta w nocy. Bowiem znowu zadzwonił telefon, kiedy byłem już bardzo blisko domu.

– Weź zaraz taksówkę i przyjedź do mnie. Mieszkam jak wiesz w Dakocie. Apartament 045. Każdy taksówkarz wie, jak dojechać do Dakoty. Musisz przyjechać.

– Jest już chyba za późno na odwiedziny u damy – zabełkotałem, próbując się wykręcić.

– Przestań, przecież jest dopiero jedenasta. Proszę cię, przyjeżdżaj. Boję się…

Tutaj rozmowa się urwała. Próbowałem sam jeszcze wykonać połączenie, jednak bez rezultatu. Gwizdnąłem na żółtą taksówkę i pojechałem, dręczony niepokojem, że stało się coś okropnego, coś, czego w jakiś nieodgadniony sposób mogłem być przyczyną, w najlepszym wypadku – uczestnikiem.

Zanim dojechaliśmy, wytrzeźwiałem na tyle, żeby poczuć grozę wydarzeń. Też się bałem. Nadrabiałem miną, kiedy prowadzony przez czarnoskórego portiera w liberii i sztywnej czapce z błyszczącym daszkiem wsiadałem do obszernej windy, która natychmiast bezszelestnie zawiozła mnie na czwarte piętro.

Tak obszernego korytarza jeszcze nie widziałem, no, chyba że w muzeum. Miękki dywan w szerokie pasy tłumił kroki. Ściany pokrywała tapeta z wzorem w chmury, chyba cumulusy. Niesamowite wrażenie, takie stąpanie pośród chmur.

Julia z posępnym wyrazem twarzy ukazała się w szerokich drzwiach apartamentu 045. Odsunęła się, wpuszczając mnie do środka. Przepuściłem ją przed sobą i szliśmy tak milcząc dziwnym, długim i wysokim korytarzem, mijając kilkoro drewnianych, ciężkich rzeźbionych drzwi. Korytarz kończył się na kwadratowym, wielkim jak arena cyrkowa living roomie, za którym na samym końcu, amfiladowo położona była kuchnia rozmiarów olbrzymiego wagonu kolejowego.

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.