Martwy byk (17)

0

– Nigdy przedtem nie miałam i nigdy też się nad tym nie zastanawiałam. Ale uważaj – umizgi Julii podniecały mnie, może nie do tego stopnia, żebym chciałam się z nią kochać, nie, to nie to. Ale czułam się dumna i wyróżniona. W końcu Julia, jak zauważyłeś, przecież wiem o tym, że ci się podoba – to niezaprzeczalna piękność. Do niczego nie dochodziło, na to nie pozwalałam, o nie. Ale ocierałyśmy się o siebie i było mi wtedy bardzo przyjemnie. Nawet miałam przebłyski, że byłoby fajnie, gdybyśmy się do siebie przytuliły, marzyłam czasem, żeby ją pocałować w usta. Ale z powodu braku konkretnej propozycji wtedy do niczego takiego nie doszło. Czułam jednak, że między nami iskrzy. A ja lubiłam ten stan permanentnego podniecenia. I… powiem szczerze – nadal lubię.

– No więc wtedy, przy tym nietkniętym śniadaniu, zadzwoniłam do Julii i zwierzyłam się z mojego problemu, znaczy – z podejrzenia, że jestem w depresji. Po co ja to zrobiłam? Nie miałam nikogo bliskiego. Może z nadziei, nieświadomie raczej, że mnie pocieszy, przytuli? Zwierzyłam się jej także z wątpliwości, czy dobrze zrobiłam dzwoniąc do niej.

– Nie mogłaś lepiej zrobić – zaprzeczyła. Wiesz, jak bardzo cię lubię. Przepadam za tobą – wyznała. A zaraz potem: – Za długo jesteś sama – powiedziała matczynym tonem. Piękna kobieta nie zasługuje na samotność. Gdybyś się obudziła w ramionach osoby kochanej i kochającej, to nawet w taką pogodę miałabyś na twarzy uśmiech szczęścia. A tak? Popatrz w lustro. No jak wyglądasz? Z pewnością niezbyt dobrze, ponura jak w żałobie. Weź się w garść. Posłuchaj. Wpadnij do nas, zapraszam. Nie mamy na dziś żadnych planów. Mam na myśli – nie mamy dzisiaj z moim Jasonem żadnych specjalnych planów na wyjście. Zaprosiliśmy do domu kilka ciekawych osób. Czekamy o piątej po południu.

Mieszkałam wtedy w skromnej kawalerce przy Amsterdam Avenue, za to Julia zajmowała olbrzymi apartament w Dakota Building przy 72. Ulicy i Central Park West. Nie miałam daleko nawet piechotą.

– Och, wiem… słyszałem o tym domu. Tam przed śmiercią mieszkał John Lennon z Yoko Ono – wyrwało mi się. Kochałem Lennona i Beatlesów. Śmierć mojego idola na poważnie pogrążyła mnie w żałobie, a potem śledziłem proces Chapmana – zabójcy Lennona i badałem historię domu oraz relacji Johna z Yoko Ono przed i po tragicznym wydarzeniu. – Rzeczywiście, piękny, stary budynek, ale z nieciekawą historią, którą zna każdy nowojorczyk… – pochwaliła się Monika.

– Wiem, chociaż nim nie jestem – przerwałem Monice… słyszałem różne mrożące krew w żyłach historie o tym budynku… podobno tam straszyło i straszy do dziś…

– Właśnie do tego okropnego domu zaprosiła mnie Julia z Jasonem. Posłuchaj:

– Zebrałam się w sobie i poszłam. Ubrałam się specjalnie w sposób przeczący mojemu stanowi psychicznemu, w maleńką czarną bluzkę z dużym dekoltem i czerwoną mini, czarne pończochy i na to wszystko zarzuciłam czerwony płaszcz do samej ziemi.

Drzwi otworzył mi bardzo przystojny dżentelmen o urodzie aktora filmowego i podobnych manierach. Wytwornym gestem zaprosił mnie do środka. Powiedział kilka banalnych słów na powitanie. Kiedy usłyszałam jego głos, dosłownie padłam na dywan. Przyleciała Julia i razem mnie z tego dywanu podnieśli, a potem zaprowadzili na sofę i posadzili. Podali mi wodę i kazali pić. Patrzyli na mnie jak na matoła. Dopiero po chwili zapytali z troską, co się stało. Byłam w takim szoku, że ledwie udało mi się wymyślić kłamstwo. Powiedziałam im, jak to od kilku dni źle śpię i nie dojadam.

Zajęli się mną troskliwie, to trzeba im przyznać. Uparli się, że należy mi się odpoczynek. W drodze do sypialni zauważyłam, że wszystkie pomieszczenia w tym mieszkaniu były monstrualnie rozległe i wysokie, coś na podobieństwo apartamentu bohaterów “Rosemary’s Baby” Polańskiego. Nakarmili pizzą i napoili dobrym winem. Wcisnęli mi w usta jakąś maleńką tabletkę i kazali spać.

Obiecali, że za godzinkę obudzę się jak nowonarodzona. I tak się też stało. Obudziłam się w olbrzymim łożu, rozmiarem o wiele większym niż wszystkie znane mi kingsize, wręcz na jakimś monstrualnym leżysku. Jeszcze miałam zamknięte oczy, kiedy usłyszałam mój głos.

– Zaraz, zaraz – ty śpiochu wcale mnie nie słuchasz! – zawołała Monika i rzeczywiście chyba mnie wybudziła z lekkiego snu, w jaki wprowadził mnie jej dosyć monotonny ton opowieści… Powinieneś mi przerwać… – krzyknęła z udawanym oburzeniem – przecież powinieneś przerwać, zapytać, zainteresować się, dlaczego upadłam zaraz po wejściu do apartamentu Julii?

– No właśnie – dlaczego? – zapytałem, ganiąc się w myślach, że przegapiłem ważny punkt zwrotny historii.

– Teraz się nie liczy… po prostu nie słuchasz mnie… idź już sobie do domu…

– Mówisz poważnie? – Przecież jestem grzeczny… – żartowałem blado, chyba zbyt mało żartobliwie, bo moja ruda sąsiadka zdecydowanym gestem pokazała mi basen i powiedziała:

– Marsz do domu… a właściwie – uśmiechnęła się filuternie: spływaj! – Nie mam już nastroju… dokończę innym razem… obiecuję!

Rozdział XV.
Nie bój się…

Wtedy jeszcze były popularne telefony stacjonarne i automatyczne sekretarki. Na renesansowym stoliczku przy moim łóżku znajdowało się takie urządzenie, pulsujące teraz monotonnie zielonym światłem. Nacisnąłem guziczek i odsłuchałem dwóch wiadomości. Więcej nie było.

Pierwsza nieznajomym głosem proponowała mi kartę kredytową American Express… zignorowałem… była to karta, jak pamiętam, nie przez wszystkie sklepy i instytucje honorowana, przez to łatwa do zdobycia. A po co mi nowa karta kredytowa? Przecież już kilka posiadałem i nawet bardzo rzadko używałem. Nagły błysk w głowie: – Do czego w ogóle potrzebna karta kredytowa człowiekowi posiadającemu w skrytce bankowej ponad milion dolarów?

Po raz pierwszy od dłuższego czasu uświadomiłem sobie, że tak na dobrą sprawę to ja jestem milionerem… Wpadłem w taki popłoch, aż zatrzęsła mi się broda, aż usłyszałem klekotanie zębów… bo od razu przypomniałem sobie moje koszmarne sny z jednym bohaterem w roli głównej. Pobiegłem do barku i nalałem sobie pół szklanki whisky.

– Zaczyna się – pomyślałem… przecież nie musisz pić… pierwszy byle jaki problem i sięgasz po alkohol, alkoholiku…

Na samo brzmienie słowa alkoholik, nawet niewypowiedziane, zaledwie pomyślane, teraz głuchym pogłosem przetaczające mi się przez głowę, doznałem skurczu żołądka i zwymiotowałem prosto na posadzkę. Wytarłem świństwo zwojem papierowych ręczników, a whisky obrzydliwie śmierdzącą bimbrem, wylałem do zlewu. Długo płukałem szklankę, żeby pozbyć się odoru.

Druga wiadomość była od sekretarki doktora Silbersteina. Zapraszała do szpitala w celu podsumowania konsultacji. Ale wybrałem się tam dopiero nazajutrz.

Póki co analizowałem swoją sytuację, powodowany nagłym spostrzeżeniem, że stabilne w miarę życie po tragicznych, szalonych wydarzeniach ostatnich tygodni – uśpiło mnie i rozleniwiło do tego stopnia, że prawie zapomniałem o ataku terrorystycznym na WTC, o konsekwencjach, jakie mnie dotknęły, w postaci urazów fizycznych i psychicznych. Żeby tylko! Przecież ja muszę w końcu ponazywać te wszystkie fakty po imieniu! Jak wariat wplątałem się w kradzież przedmiotów o wielkiej wartości, nawet jeden z nich sprzedałem, a z zysku korzystam jak ze swoich zaoszczędzonych albo też zarobionych legalnie pieniędzy.

Nikt o tym poza mną nie wiedział, to prawda. Ale co z tego? Czy to zmienia fakt, że zagarnąłem cudzą własność? W miarę powrotu do zdrowia fizycznego, mój stan psychiczny, moje morale człowieka posiadającego jak każdy – sumienie – w końcu jak dotąd porządnego, który nigdy w życiu nic nikomu nie ukradł, ani nie zdefraudował nic a nic, no – najwyżej nadużywał alkoholu i czasami używał kłamstwa jako narzędzia samoobrony – moje sumienie nie dawało mi spokoju, chociaż udawało mi się je uśpić, ale jak widać, nie na długo, a na pewno nie doszczętnie. Co się ze mną stało?

Wewnętrzny głos mówił mi, że powinienem coś z tym wszystkim zrobić.

Widocznie jak każdy człowiek, podobnie jak moja niedawno poznana, a już tak bliska, jakbym ją znał nie wiadomo jak długo, zwierzająca mi się nie wiadomo dlaczego ze swoich spraw intymnych – Monika, posiadałem także wewnętrzny głos. W tym przypadku był to mój własny głos. Powinienem się weń wsłuchać. I zrobiłem to. Z jakim skutkiem?

Przeanalizowałem wszystkie wydarzenia, począwszy od mojego przylotu do Nowego Jorku aż po dzień dzisiejszy. Ostatecznie z rozmowy przeprowadzonej z moim głosem wewnętrznym, gdzie on stawiał zagadnienia, ja się do nich w miarę logicznie odnosiłem, wynikało co następuje:

– Za nieszczęście trzeba uznać moje pojawienie się w tym niewłaściwym miejscu i o tak niewłaściwym czasie.

– Urazy fizyczne były bolesne i nieprzyjemne.

– Uraz psychiczny jeszcze gorszy, bo jak się okazuje – pozostaje na zawsze.

– Dobrą stroną, jeśli w ogóle można jakiejś się doszukiwać, to dobrą stroną było przypadkowe pozbycie się raka oraz przewartościowanie choroby alkoholowej, czyli – cud!

– Dlaczego zabrałem zegarek i walizkę? Nie wiem. Zapewne to jakiś atawistyczny odruch, bo na pewno nie normalny czyli dla mnie naturalny. – Czy dobrze zrobiłem, lokując walizkę w skrytce bankowej, a zegarek – sprzedając? Myślę, że to było optymalne rozwiązanie, ale zarazem myślę także, że to było odsunięcie sprawy na potem, pozbycie się doraźne kłopotu i odwleczenie problemu w czasie. – Dlaczego wokół mnie kręcą się dwie piękne kobiety? Tutaj wersji co najmniej kilka. Może jestem tak interesującym facetem, że im się podobam? Nie, to niemożliwe, chociaż? – facet zawsze się łudzi, że to jest możliwe. Stanowię dla nich wyjątkowy egzemplarz, jak biały kruk – mało komu udało się wyjść z takiej Lennokatastrofy z życiem, na dodatek po krótkim okresie rekonwalescencji osiągnąć stan zdrowia jeszcze lepszy od tego sprzed wypadku – ewenement, który może zainteresować, ba! – podniecić kobietę – uznałem od biedy.

Teoria spiskowa też musiała być opcją: dlaczego tak się przyglądały tamtemu Rolexowi, i to każda z nich z osobna, tak bardzo, jak mi się wydawało, aż zmusiły mnie do pozbycia się go?

– Może go już gdzieś przedtem widziały, przecież w końcu nie był produktem seryjnym, tylko na zamówienie, znaczny, przez to inny od wszystkich… Może miały jakiś cel, żeby mnie podejść, obłaskawić, a potem jakoś (nie wiem jak i po co) – wykorzystać?

– Co ja mam teraz zrobić? a) ze sobą? b) z walizką? Czy powinienem jak najszybciej wrócić do Kanady, pozbyć się tej nowojorskiej traumy, zrzucić z siebie wspomnienia wypadku i zdarzeń po nim się rozgrywających, rozpocząć życie stosunkowo młodego emeryta, ze wszystkimi przyjemnościami mu się należącymi?

A może wrócić do Polski? Urządzić się na nowo w moim małym miasteczku, spotykać ze starymi znajomymi, poznać jakąś niebrzydką i niegłupią i niestarą kobietę, zakochać się, zamieszkać razem? Zwiedzać świat? Czy najpierw podjąć zdeponowaną kasę i przeszmuglować ją do Kanady? I dopiero potem… Tylko jak? Jakiś plan musiałby powstać, w miarę precyzyjny, gwarantujący powodzenie akcji…

Niestety, na to ostatnie pytanie nie miałem odpowiedzi, mimo że głos mój wewnętrzny kpił ze mnie, szydził z mojego niezdecydowania tak długo, aż przestał się do mnie odzywać. Uznałem, że i tak coś niecoś udało nam się ustalić…

*

Musiałem przywdziać ciepłą kurtkę z powodu nagłego ochłodzenia. Był początek listopada. Zaczynało się siedem miesięcy zimna w Nowym Jorku. Nie wiedziałem jeszcze, nawet nie planowałem tak długiego pobytu w mieście, które nieomal mnie zabiło. Nic właściwie nie miałem tutaj więcej do roboty. Czy mnie tutaj coś trzymało?

– Po dłuższym zastanowieniu uznałem, że owszem, trzyma mnie tutaj parę niezakończonych i niewyjaśnionych spraw. A w końcu – czy mi tutaj było źle? Czy mi tu cokolwiek zagrażało? Nie, muszę przyznać, że czułem się bezpieczny. Tak mi się w każdym razie wtedy wydawało.

Taksówka zawiozła mnie do szpitala, gdzie oczekiwali doktorzy Frazier i Silberstain w towarzystwie siostry Julii Bykowski. Wszyscy przyjęli mnie nad wyraz ciepło, jak starego znajomego a nawet jeszcze bardziej – jak przyjaciela.

Piliśmy kawę, zajadaliśmy małe chińskie rogaliki (bardzo słodkie) i gawędziliśmy. Obrazek spotkania był tak śliczny, że nie czuliśmy żadnego skrępowania ani napięcia, w każdym razie niczym owo spotkanie nie przypominało konsultacji medycznej.

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.