Martwy byk (16)

0

Skąd się wziął do diabła? Nie wiem. Przyszedł z kosmosu chyba, a może narodził się wraz z moim narodzeniem. Nie chcę i nie mogę się wyzwolić z jego brzmienia. Stanowczego, zdecydowanego, a przy tym łagodnego i miłego. Jego władczość i zdecydowanie są zakamuflowane, niejednoznaczne i jakby tendencyjnie niejasne. Ta władczość i przyjemna w tonie nakazowość wyziera stamtąd jakby była tam, w jego głębi (tego głosu) od zawsze. Jest idealny. Marzyłam, śniłam ten głos. Nie szukałam go, ja go nie wymyśliłam, nawet go nie odkryłam, byłam oswojona z jego obecnością w całej mnie od dawna. Nie szukałam, bo należał do mnie, był częścią mnie.

Nie szuka się i nie marzy o czymś, co już do ciebie należy. Jak leciutkie, mgliste, nieskonkretyzowane zadziwienie, ale zarazem obietnica. Że jeszcze nie wiem co to jest, czuję i słyszę w głowie jego słowa o zadziwiająco energetyzującym brzmieniu, nieziemskim takim. To ona, ta barwa działa na mnie stanowczo bardziej niż treści, które za sekundę zapominałam. A barwa, natężenie i intonacja pozostaje i daje mi pewność, że ktoś czy coś, co we mnie tkwi, otacza mnie mgiełką opoki nie do przebicia przez intruza z zewnątrz; opiekuje się mną i wyzwala przekonanie, że mogę mu ufać, że nikomu nie pozwoli mnie skrzywdzić. Nie wiem, czy ja ten głos wymyśliłam, czy ja go znalazłam, czy on znalazł z jakichś powodów mnie, by zamieszkać we mnie i być moim po coś. Wtedy się nad tym nie zastanawiałam. Było mi dobrze z takim lokatorem. Przyjacielem, jak sądziłam. Tak, myślałam, to nie ja jego, to on znalazł mnie i jest mu we mnie dobrze, skoro nie odchodzi. Wszedł we mnie i się zadomowił. Tak myślałam.

Często zastanawiałam się, wiem, że to głupie, ale próbowałam sobie wyobrazić, jak mógłby wyglądać człowiek z takim głosem. Wyobrażałam sobie, że jest starszy ode mnie, wysoki i opalony. Powinien być przystojny i opiekuńczy. Taki mój ideał mężczyzny. Co mi tam, mogłam pofantazjować.

Bardzo młodo wyszłam za mąż. Wybrankiem był kolega z high school. Podkochiwał się we mnie odkąd pamiętam, więc uznałam, że skoro i tak znamy się jak łyse konie, lubimy wzajemnie swoje towarzystwo, powinno nam być dobrze również w związku małżeńskim, bo dlaczego nie? Prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy w co się pcha, bo sam się czasem zastanawiał, dlaczego to uczynił. Ale to była raczej kokieteria.

Zdarzało mu się to rzadko, za to publicznie, na imprezach towarzyskich, ale w sposób niedrażniący, tak jakoś z dumną przekorą i dosyć przyjemną swadą. Mówił wtedy, że kocha mnie dla mojego miłego i tajemniczego uśmiechu, który rzadko opuszcza moje oblicze. Wiedziałam o tym i nie panowałam nad tym, że moja buzia wyraża, jak często się przechwalał, jakaś miłą tajemnicę przeznaczoną wyłącznie dla niego. I dla niego byłam taka uwodzicielska, tylko dla niego, tak myślał. Ta tajemnica, myślał zapewne, kiedy tak po paru drinkach perorował towarzystwu – ta jedyna, do której ja się tylko na razie uśmiechałam, jakbym zaraz, niespodziewanie miała mu ją wyjawić i znowu zasłonić się tym, jak sądził, uwodzicielsko rozmarzonym uśmiechem, jakby ta właśnie pierwsza, jeszcze niewyjawiona, nie miała być ostatnią. Wiedziałam, że kochał mnie właśnie za to, że spodziewał się już zawsze ode mnie wyjawiania tych kolejnych przyjemnych tajemnic – niespodzianek. Tylko takie i z taką kobietą życie zdawało mu się fantastyczne, więc dziękował Bogu za podarunek tak wspaniałej kobiety na jaką, jak czasem przyznawał, nie za bardzo zasługiwał.

Ten głos był głosem mężczyzny, lecz nie był to głos mojego męża. Głos mój, czyli mojego mężczyzny, ten głos noszony przeze mnie we mnie, noszony w sobie z dumą. I to do niego się tak uśmiechałam. Głos tego mojego mężczyzny był tym głosem wypełniającym mnie, to z nim prowadziłam wyimaginowane konwersacje, on to wywoływał na mej twarzy uśmieszek, ten miły grymas. Bo ten głos mężczyzny zadomowiony w moim ciele i umyśle był miły, łagodny i sympatyczny, poza tym był mój, tylko mój własny. I od niego podświadomie oczekiwałam, od tego głosu, a nie od głosu Johna, jakiejś wyjątkowej, niespełnionej obietnicy, którą, wiem o tym z całym przekonaniem, natychmiast bym przyjęła. Mąż mój nie wiedział i nigdy miał się nie dowiedzieć o męskim, uwodzicielskim głosie egzystującym w moim ciele i umyśle.

Chyba Monika zauważyła, że zacząłem się podejrzanie wiercić, więc zapytała:
– Ale chyba ja cię zanudzam, widać nie ciekawi cię, co będzie dalej. A obiecuję, że cię zaskoczę, jak będziesz cierpliwy…

– Nie o to chodzi Moniko…raczej zastanawiam się, w końcu nie znamy się zbyt dobrze – czy mogę wtrącić moją małą uwagę na temat… no dobra – muszę… na temat twojego zdrowia psychicznego… skoro miałaś i masz dalej świadomość, że działo się to wszystko w twojej głowie i to coś tak niezwykłego, że mogłaś, powinnaś nawet podciągnąć te, wybacz – koszmary, pod kreskę paranoi, to czemu przez tyle lat nie poszłaś z tym do specjalisty?

– Mylisz się, kochany Filipie – poszłam, byłam… przeprowadziłem kilka serii testów i powiedzieli mi, że wszystko we mnie, to znaczy – ze mną – w porządku… znaczy – w mojej głowie. Powiedzieli jedynie, że jestem po pierwsze – nadwrażliwa, a po drugie – samotna w związku. Co miało oznaczać, że mój mąż nie pasuje do mnie, ja do niego, czyli że jesteśmy małżeństwem raczej niedopasowanym. I właśnie do tego zmierza dalsza część mojej opowieści. Jeśli cię nudzę, możemy zmienić temat… a może się gdzieś spieszysz? To nie krępuj się, idź…

Gwałtownie zaprzeczyłem zaniepokojony, że mógłbym przez głupotę i niecierpliwość nie dowiedzieć się dalszego ciągu rzeczywiście niezwykłej historii tej kobiety…

– No dobrze, wierzę ci… teraz będzie coraz ciekawiej… – pospieszyła z zapewnieniem Monika – chociaż powiem szczerze – to, co wydawało mi się samej urocze i w miarę ciekawe, normalne – teraz, gdy to opowiadam obcemu bądź co bądź człowiekowi, kiedy słyszę samą siebie – wydaje mi się, że to nie ja mówię i nie o sobie mówię, jakby o jakiejś obcej kobiecie… takie mam odczucie. Ale było tak, naprawdę tak było:

– Głos ten towarzyszył mi w każdej chwili, także w każdym intymnym zbliżeniu z moim mężem. Pomagał mi, instruował, czasem szydził delikatnie, nie złośliwie, jednak rzadko aprobował to, co i jak robię. Obserwował i komentował jakby z lekką nutką zazdrości.

Jakby na przekór temu, co mi podszeptywał, skutki były odwrotne. Podniecał mnie i dodawał mocy, inwencji twórczej i przekornej aktywności, wigoru, kiedy słysząc go w sypialni jakby jemu na przekór, oddawałam się Johnowi z większą niż zwykle namiętnością i zmysłowością, pomysłowością. Wtedy głos mężczyzny we mnie jakby przycichał, pomrukiwał, ale nie, nie była to aprobata, o nie. Ale także nie była to dezaprobata. Mruczał, jakby przysiadał na parapecie i zażenowaniem zerkał na nas od czasu do czasu udając, że wygląda przez okno.

Tylko ja o tym wiedziałam i z pewną złośliwą satysfakcją przysłuchiwałam się tak, jakbym mu się przyglądała. Temu wkurzającemu mnie przyjemnie najcudowniejszemu na świecie męskiemu głosowi, o którym ja tylko wiedziałam, że jest częścią mego ja i całej mojej egzystencji. I byłam desperacko zadowolona, że na chwilę zmusiłam go do ucichnięcia, chociaż on tylko pozornie mnie wtedy opuszczał. Był tam, gdzie zawsze, tylko inaczej. Byłam szczęśliwa.

Ponieważ ten głos był we mnie odkąd cokolwiek pamiętałam, zbudowałam w sobie pewność, że należy do mnie już na zawsze. Dobrze się czułam z tym jego pobytem w całej mnie, we mnie w środku. Jak wspomniałam, miałam pewność, że głos ten wzmaga moją zmysłowość i pomysłowość erotyczną. Czułam wtedy, że jesteśmy nie we dwoje, lecz we troje. Ja, mój John i ktoś trzeci – bierny obserwator. Mój kochany, najukochańszy lokator. Tylko mój. Kochałam ten trójkąt, ale wiedziałam, że tylko dlatego, że kochałam tylko i wyłącznie ten mój głos, głos mojego mężczyzny we mnie, o którego istnieniu wiedziałam tylko ja.

Moje małżeństwo było ani udane, ani nieudane. Było nijakie, a właściwie było żadne. Miłości chyba zabrakło albo i nigdy jej nie było. Nie mieliśmy potomstwa, więc cóż nas po dziesięciu latach mogło jeszcze łączyć? Ze wspomnianego trójkąta pozostało miłe wspomnienie. Zaczęłam przemyśliwać jakby tu opuścić Johna. Głos jakby się ucieszył. Podszepnął mi kilka razy, żeby nie zwlekać, że jest to dla mnie najlepszy czas na zatrzymanie monotonni i wskoczenie w jakiś nowy nurt życia. Bardziej atrakcyjny.

Kiedy w końcu wyznałam Johnowi zamiar i nieśmiało zaznaczyłam, jak wielką pomyłką jest dla nas obojga nasz tak zwany związek, zauważyłam na jego obliczu coś w rodzaju ulgi. Przypuszczalnie miał tego świadomość od jakiegoś czasu, a może nawet już kogoś miał. Nie dbałam o to. Rozstanie przebiegło beznamiętnie, podobnie jak całe nasze małżeństwo. Zostałam sam na sam z przepięknym męskim głosem w środku.

Samodzielność wprawdzie pomaga żyć samotnie, szkoda tylko, że nie wypełnia samotności, zaledwie ją uzupełnia. Zaczęłam mimo wszystko odczuwać melancholię. Co tu ukrywać, chciało mi się do mężczyzny. Głos, mój męski wewnętrzny głos, nie mógł mi zastąpić cielesności, woni, dotyku i nawet tej męskiej szorstkości, o jakiej tak często marzyłam, nie mogąc zasnąć przytulona do delikatnego Johna.

Wtedy mój głos doszedł do głosu. Podszepnął mi, żebym się w końcu rozejrzała za samcem. Tak właśnie to sformułował. Chcąc – nie chcąc, zaczęłam szukać, dyskretnie eliminując kolejnych samców pałętających się po moim bliskim i dalszym otoczeniu. I naraz stwierdziłam przerażona, że istnieją tylko z nazwy i z jako takiego wyglądu ich przypominającego. Minął rok jak nie miałam kontaktu z mężczyzną, co tu ukrywać – od roku nie miałam seksu. Bardzo mi się chciało do ludzi. I znowu głos ruszył mi z pomocą. Pocieszył, że z pewnością spotkam kogoś ciekawego, bo zasługuję na prawdziwą miłość.

– Fajnie mieć taki swój wewnętrzny, męski głos na własność – pomyślałam wtedy. Lecz wtedy także… nawet nie pomyślałam, że właśnie tracę ten głos…

Ale po kolei.

Ten niedzielny poranek nie sowróżył nic dobrego. Wczoraj o zmierzchu zaczął padać deszcz, zmywając doszczętnie resztki śniegu. Spojrzałam w okno. A tu bezczelnie pada śnieg. Wielkie płatki śniegu opadały powoli jakby to był grudzień, a nie był, bo był koniec lutego. Jakby na złość wszystkiemu i wszystkim – śnieg.

Głównie na przekór mnie. Przecież tak kocham słońce. A tu dziesiąta rano i ciemno. W dodatku ja sama rozczochrana w rozgrzebanej pościeli. Musiałam się w nocy nieźle wałkować z tej bezsenności. Postanowiłam coś ze sobą zrobić, i to natychmiast. Pozmywałam naczynia od kilku dni piętrzące się w brudnym zlewozmywaku. Wyjęłam warzywa, jajka, masło, patelnię. Zrobiłam sobie ślicznego omleta. I co z tego? Nie miałam ochoty nawet dotknąć go widelcem.

Siedziałam nad nietkniętym śniadaniem. Naraz uświadomiłam sobie, że przecież to, co ja przeżywam, to zwyczajna depresja. Po chwili zastanowienia zadzwoniłam do Julii. Bardzo się ucieszyła.

– Wybacz mi, Filipie – Monika przerwała i spojrzała na mnie, jakbym spadł z księżyca, widać było – po prostu zapomniała przez jakiś czas o moim istnieniu. Przepraszam. Tak się zagalopowałam w tym moim opowiadaniu… zapomniałam o najważniejszym… ale… zapewne ja cię nudzę? – zapytała, zaglądając w moje oczy, a ja w jej spojrzeniu wyczułem nadzieję, że jednak nie, że interesują mnie choć trochę jej wyznania.

– Skądże znowu – żachnąłem się prawie szczerze – nigdy nie słyszałem podobnie fascynującej historii… opowiadaj, opowiadaj…

– No dobrze. Więc o czym to ja zapomniałam ci powiedzieć? Mam. O tym, że pracowałam wtedy w szpitalu na oddziale chirurgii pourazowej razem z Julią. Nie byłyśmy przyjaciółkami, wtedy jeszcze nie. Ale z pewnością można uznać, że byłyśmy koleżankami.

– Ciekawa ta twoja opowieść. Jestem pod wrażeniem – przerwałem jej świadomie, zadowolony, że chociaż na chwilę odbiegła od nudnego, jak mi się wydawało, tematu głosu, że choć na chwilę udało mi się przerwać to niezwykłe, aczkolwiek nieco zbyt długie dla mnie wynurzenia. – Jak układały się twoje stosunki z Julią?

– Stosunki, powiadasz? – Ciekawe sformułowanie… Muszę ci powiedzieć, że ja byłam wtedy kobietą samotną, po rozwodzie, zaś Julia od kilku lat mężatką. Wtedy jeszcze nie znałam jej męża, wiedziałam tylko od niej, jak bardzo są w sobie zakochani. I tym bardziej zastanawiało mnie, co to jest za miłość, biorąc pod uwagę zauważalne zainteresowanie Julii kobietami, z jednoczesną oschłością do mężczyzn, u nas, w pracy. Powiem prawdę – Julia wyraźnie się do mnie zalecała, można powiedzieć – podrywała mnie.

– A, to ciekawe – zauważyłem. Czy wcześniej miałaś jakieś doświadczenia homoseksualne? – historia zaczęła mnie podniecać…

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.