Dziecięce marzenie

4

Syrop klonowy, Leonard Cohen, hokej – to symbole Kanady. Jest jeszcze jeden, bardzo ważny – “Ania z Zielonego Wzgórza” – rudowłosa sierota, której życie na Wyspie Księcia Edwarda zostało opisane przez Lucy Maud Montgomery, znaną również jako L. M. Montgomery. Pierwsza powieść została napisana w 1908 roku i od tamtego czasu przeczytały ją miliony ludzi na całym świecie, pokolenie za pokoleniem. Powstały jej adaptacje filmowe, zarówno kinowe, jak i telewizyjne, oraz seriale animowane i aktorskie. Stworzono również musicale i sztuki teatralne. Pierwsze takie przedstawienie muzyczne jest wystawiane w Kanadzie co roku od 1994 roku, a gościło już poza Kanadą w Stanach Zjednoczonych, Europie i Japonii.

Bernadeta Milewski to Polka mieszkająca w USA – na jej życie Ania miała wielki wpływ na wiele sposobów.

Maągorzata P. Bonikowska: Bernadeto, twoje życie jest nierozerwalnie połączone z Anią z Zielonego Wzgórza. Jak powstała ta więź.
Bernardeta Milewski: Wszystko zaczęło się wiele lat temu, dokładnie 37, kiedy mój starszy kuzyn zapytał mnie, czy lubię czytać. Kiedy dowiedział się, że tak, polecił mi tę cudowną książkę, myśląc, że może mi się spodoba. Była to “Ania z Zielonego Wzgórza” autorstwa L. M. Montgomery. Zaczynałam wtedy podstawówkę w Polsce, która należała jeszcze do wschodniego bloku. Właśnie ogłoszono stan wojenny. Wszystko było na kartki. W opowieści L. M. Montgomery znalazłam dla siebie odskocznię, życie bardziej kolorowe, niż to, które miałam w Polsce. Czytanie Ani sprawiło, że zakochałam się w Wyspie Księcia Edwarda – tej odległej kanadyjskiej wysepce, o której nie wiedziałam nic poza tym, co przeczytałam w książce. Miałam nadzieję, że któregoś dnia będę mogła ją odwiedzić, ale niewiele osób wierzyło, że tak się stanie. Kiedy miałam 17 lat, sama w to powątpiewałam. Myślałam, że są to tylko dziecięce marzenia, fajne jako marzenia, ale nigdy nie staną się rzeczywistością. Niedługo miałam skończyć 18 lat i być już dorosła, mieć poważny stosunek do życia, więc powinnam myśleć o tym, żeby pójść na studia, skończyć je, zacząć pracować, założyć rodzinę. To nie czas na spełnianie marzeń z dzieciństwa.

This slideshow requires JavaScript.

W 1999 roku byłam z wizytą w Stanach Zjednoczonych i kiedy mój przyszły mąż powiedział: “Może zobaczmy wodospad Niagara?”, ja odpowiedziałam: “O! To w Kanadzie, pojedźmy tam.” Pamiętam, że rozmawiałam tam z ludźmi i opowiadałam im o mojej miłości do Ani z Zielonego Wzgórza, a oni odpowiadali: “Ojej, ale to jest tak daleko stąd”. Wiedziałam, że to daleko, ale ja byłam w Kanadzie, byłam bliżej Ani. To jest ogólnie zabawna historia, bo nie miałam kanadyjskiej wizy, ale i tak mnie wpuścili. Dwa razy w życiu zdarzyło mi się wjechać do Kanady bez wizy. Myślę, że to po prostu moja miłość do Ani działała cuda.

W 2000 roku przeprowadziłam się do Stanów, poślubiłam Amerykanina o polskim nazwisku – jest trzecim pokoleniem, ale nie mówi po polsku. Przez to byłam dużo bliżej Kanady. Wiodłam dorosłe życie, aż w końcu, w 2005 roku, zdecydowałam, że chcę odwiedzić Wyspę. Na początku bałam się, że mogę być nieco rozczarowana. Byłam dorosła i doświadczyłam już wielu różnych rzeczy, ale nadal tego chciałam i jestem bardzo zadowolona, że to zrobiłam. Po raz pierwszy pojechaliśmy na Wyspę Księcia Edwarda w 2006 roku. Oczywiście, wtedy myślałam, że to będzie jedyny raz, bo jeśli masz dziecięce marzenie, powinieneś je spełnić, ale czemu miałbyś wracać? Pojechałam więc – i było idealnie. Chodziłam po czerwonych polnych drogach i po plażach z czerwonym piaskiem, i odwiedziłam Zielone Wzgórze (ang. Green Gables). Pamiętam jak się tam rozpłakałam. Pamiętam, że byłam gotowa o szóstej rano. Przyjechaliśmy poprzedniego dnia bardzo późno i zatrzymaliśmy się blisko Zielonego Wzgórza. Pamiętam, że mój mąż jeszcze spał, a ja byłam już o szóstej rano gotowa na zwiedzanie, ale Zielone Wzgórze otwierało się o dziewiątej, więc musiałam czekać jeszcze trzy godziny. W końcu poszliśmy i było po prostu cudownie. Myślę, że jest coś niezwykle ekscytującego w spełnianiu swoich marzeń. Oczywiście, można pojechać na wakacje do wielu różnych miejsc i zazwyczaj jest tam pięknie, w końcu pod tym kątem wybiera się miejsca na wakacje. Jednak kiedy ma się z jakimś miejscem związek zapoczątkowany już w dzieciństwie, jest to doświadczenie na zupełnie innym poziomie. Przez te kilka dni, kiedy tam byliśmy, czułam się jak we śnie. Kiedy wyjechałam, miałam mnóstwo zdjęć. Na plaży w Parku Narodowym Wyspy Księcia Edwarda napisałam czerwonymi kamykami, po polsku, “Wyspa Księcia Edwarda”, a potem zrobiłam zdjęcie.

Myślałam, że już po wszystkim, ale tak nie było. Sześć lat później ktoś poprosił mnie o zdjęcia i kiedy je oglądałam, poczułam tęsknotę za Wyspą. Pamiętałam, jak piękna była i chociaż wiedziałam, że zobaczyłam tam wszystko, co jest do zobaczenia, coś mówiło mi, że muszę wrócić. Pięć dni później byliśmy już w drodze – mój mąż, moja czteroletnia córka – wszyscy postanowiliśmy spróbować jeszcze raz i wszyscy zakochaliśmy się w Wyspie. Pamiętam, jak płakaliśmy na Moście Konfederacji, kiedy wyjeżdżaliśmy. I wtedy zdecydowaliśmy, że wrócimy w przyszłym roku. Wracaliśmy co roku od 2012 aż do 2016, kiedy to – nie wiem, jak to się stało, ale chyba tak ułożyły się gwiazdy – zostaliśmy poinformowani o cudownej posiadłości tuż nad Jeziorem Lśniących Wód, które było opisane w książkach. W końcu kupiliśmy dom i nazwaliśmy go “Niebieski księżyc” i możemy spędzać każde lato ma Wyspie Księcia Edwarda. Kupiliśmy dom na ziemi, która kiedyś należała do dziadków Lucy Maud Montgomery. Jest to dość niezwykłe, ponieważ o tej posiadłości powiedział nam Robert Montgomery – jej krewny, który oczywiście jest mieszkańcem Wyspy. Rdzenni mieszkańcy nie są zbyt ciepło usposobieni wobec ludzi, którzy przybywają z daleka. Mają nawet nazwę dla przyjeżdżających na Wyspę – “come from away”. Oczywiście, nie dotyczy to turystów, ale jeśli mieszkasz na Wyspie, ale się tam nie urodziłeś, to jesteś takim właśnie “pochodzącym z oddali”.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Więc nazywają ich “pochodzącymi z oddali”?
B.M.: Tak. Nie ufają im aż tak, jak ludziom z Wyspy. Kiedy Robert powiedział mi, że ten dom będzie na sprzedaż, byłam bardzo zdziwiona, bo ta ziemia należy do dwóch rodzin – oczywiście, do rodziny Montgomery i do Campbellów, którzy też są spokrewnieni. Siostra matki Lucy Maud Montgomery poślubiła Campbella. Mamy więc tu staw i po jednej stronie jest rodzina Montgomery, po drugiej Campbellowie, a tu jestem ja z moim polskim nazwiskiem – Milewski. Na samym środku. Czuję się jak Rachel Lynde (w polskim tłumaczeniu książki nosząca imię Małgorzata) – przyp.red.), która ma najlepszy widok – mogę patrzeć na Złoty Brzeg (Ingleside) po jednej stronie i na Srebrny Gaj (Silver Bush) gdzie jest Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza – po przeciwnej stronie jeziora.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Nie jesteś jedyną osobą, która się fascynuje Anią, prawda? Chociaż twoja fascynacja jest prawdopodobnie wyjątkowa i bardzo silna…
B.M.: …ale nie unikatowa. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy to odkryłam, ponieważ kiedy czytałam “Anię z Zielonego Wzgórza” w moim małym miasteczku w Polsce, myślałam, że to niemożliwe, żeby gdzieś na świecie była inna osoba tak zafascynowana tą historią. Najwyraźniej byłam w błędzie, bo w Japonii, Włoszech, Niemczech, Anglii również wszyscy ją czytali.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Często o tym myślę. Wyobrażam sobie te małe dziewczynki – bo to w większości dziewczynki, nie tylko, ale głównie – w tak różnych miejscach świata czytające tę samą książkę w różnych językach. A na ile języków została ona już przetłumaczona?
B.M.: W tym momencie na ponad 35.

M.P.B.: No, właśnie. Jak myślisz, Bernadeto, ty jako prawdziwy ekspert od “Ani z Zielonego Wzgórza” – ponieważ, oczywiście, stałaś się ekspertem – co tak fascynuje tylu ludzi na całym świecie? Jest tak wiele książek dla małych dziewczynek i młodych ludzi. Co ta ma w sobie takiego?
B.M.: Naprawdę dużo myślałam o tym fenomenie. Myślę, że Montgomery była geniuszem. Napisała swoje książki w taki sposób, abyśmy wszyscy myśleli, że napisała je tylko dla nas. Dzięki jej sposobowi pisania docierają one do każdego czytelnika z osobna. To, co Ania znaczy dla mnie, nie jest tym samym, co znaczy ona dla małej Japonki lub małej Koreanki, ale wszyscy czerpiemy z jej historii to, co jest nam potrzebne. Bardzo łatwo stać się cichym bohaterem książek Montgomery. Wiesz, że nie jesteś główną postacią, ale może sąsiadem, albo kolegą ze szkoły w Avonlea. Opisy w książce w pewnym sensie odwołują się do naszej potrzeby prostego świata odpowiedzialności, świata codziennych małych przyjemności, któremu strukturę nadają pory roku. Mimo że życie na pewno było wtedy trudniejsze, jednocześnie było chyba mniej skomplikowane i przyroda odgrywała w nim ważną rolę. Wszyscy potrzebujemy pewnego związku z naturą. Poza tym są wszystkie te lekcje, których uczy nas Ania. Uczyła nas, jak być świetnym i lojalnym przyjacielem, jak radzić sobie z odrzuceniem. Nauczyła mnie, jak mieć wielkie marzenia, nawet jeśli jestem siedmiolatką w komunistycznej Polsce, z której tak naprawdę nie można było wyjechać. A ja marzyłam o wyjeździe na Wyspę Księcia Edwarda. Ania nauczyła mnie również, jak odnaleźć piękno w codziennym życiu. Sprawiła, że nasze życie jest bardziej kolorowe, stała się moją przyjaciółką, bratnią duszą. Kimś, kto zawsze był obok mnie. Zauważyłam, że dla wielu osób była jedynym przyjacielem.

M.P.B.: Teraz spędzasz tyle czasu na Wyspie Księcia Edwarda. W jakim stopniu Ania jest częścią jej kultury? Jaki stosunek mają do niej ludzie, którzy tam mieszkają? Czy dobrze się z nią czują? Oczywiście, sprowadza tam turystów, setki tysięcy ludzi, ale jakie są prawdziwe odczucia co do Ani wśród osób, które mieszkają tam na stałe?
B.M.: To jest bardzo ciekawe pytanie. Bardzo zaskakującym dla kogoś, kto odbył dosłownie pielgrzymkę literacką na Wyspę Księcia Edwarda jest to, że wielu rdzennych mieszkańców nigdy nie czytało tych książek. Nawet niektórzy pracownicy Parku Narodowego Wyspy Księcia Edwarda, pracujący na Zielonym Wzgórzu, nie znają tej historii. Również część jej krewnych przyznaje, że nigdy nie czytali książek L.M. Montgomery. Jest to coś, z czym borykała się ona przez całe swoje życie. Nigdy nie czuła się doceniana przez własną rodzinę. Nie mogłaby to być opowieść o chłopcu, który powiedziałby: “Nie chcecie mnie, bo nie jestem dziewczynką”. Maud tak właśnie się czuła przez całe życie. Zawsze rywalizowała ze swoimi kuzynami o uwagę, zawsze uważano ją za znacznie gorszą od wszystkich innych. Dziewczynka musi zrobić prawdopodobnie 100% więcej niż chłopiec, żeby być zauważoną. Takie było jej życie i choć to zaskakujące, na Wyspie nadal tak jest. Cenią ją na całym świecie, ale nie tutaj. Oczywiście, jest wielu ludzi, których coś łączy z Anią, bo turystyka jest bardzo ważna na Wyspie. W którymś momencie życia mieszkańcy pracują w sklepiku z pamiątkami albo w restauracji. Dzięki Ani są tu turyści, więc ci ludzie często są wdzięczni Ani i Maud, że ją opisała. Jednak wielu z nich Ania wcale nie zachwyca. Nie widzą w niej nic aż tak niesamowitego i właśnie to jest dla mnie bardzo zaskakujące.

M.P.B.: Spełniłaś swoje marzenie, ale zrobiłaś też dużo więcej. Jesteś przewodnikiem, ludzie odwiedzają twoją posiadłość, stałaś się w pewnym sensie ambasadorką “Ani z Zielonego Wzgórza”. Co robisz, aby ją promować?
B.M.: Kiedy przyjechałam na Wyspę Księcia Edwarda w 2013 roku, tuż przed wyjazdem dotarło do mnie, że będzie to już moja trzecia podróż. Widziałam już większość ważnych miejsc, pomyślałam, więc jak mogę sprawić, żeby była wyjątkowa? Wymyśliłam, że zacznę pisać o tym bloga. W planach miałam tylko kilka postów, dzięki którym ludzie będą mogli zobaczyć te miejsca przez Google i może zainspiruje ich to do odwiedzenia Wyspy. W 2013 roku, tuż przed podróżą, zaczęłam pisać, głównie dla idei, jako blog dla przyjaciół, którzy potem będą mogli mnie poprosić o więcej zdjęć. Nie wiem, co się później stało. Mój blog skończyL 5 lat 20 sierpnia i zaczął w pewnym sensie żyć własnym życiem. Dzięki niemu kolejne wyprawy były bardziej interesujące. Przedtem wchodząc do miejsca, w którym urodziła się L.M. Montgomery albo do Srebrnego Gaju, gdzie jest Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza, byłam tylko turystką. Przez blog stałam się odważniejsza i mówiłam: “Piszę bloga o moich podróżach na Wyspę Księcia Edwarda. Czy jest coś ciekawego, co chciałbyś mi powiedzieć o tym miejscu, co mogłabym przekazać dalej?”. Tworzyło to naprawdę interesujące dla mnie sytuacje i czuję, że blog dał mi bardzo dużo. Byłam traktowana inaczej i mogłam doświadczyć rzeczy, których inaczej bym nie doświadczyła.

M.P.B.: Stało się to więc w pewnym sensie twoją misją. Jesteś ekspertem. Czy sądzisz, że na świecie są inni ludzie tacy, jak ty?
B.M.: Tak, całe mnóstwo. Na Wyspie są ludzie, którzy przybyli tu z Japonii albo z Korei, którzy teraz pomagają osobom ze swojego kraju też tu przyjechać i zobaczyć Wyspę, którzy mają tutaj swoje małe firmy. Jest coś w Ani, co budzi w nas wszystkich wielką pasję. Naprawdę znalazłam tu świat Ani. Jest pełen bratnich dusz i teraz wszyscy myślimy o sobie nawzajem w ten sposób. Dawno temu w Polsce też kiedy mówiło się komuś: “Och, kocham “Anię z Zielonego Wzgórza”, od razu łączyła ludzi jakaś więź. To jest ta cudowna rzecz, którą nadal daje nam Ania. Moje dni tutaj są niesamowite. Czasem budzę się i myślę: “O, będzie padać, będę miała nudny dzień” , a dwie godziny później słyszę pukanie do drzwi i widzę panią z polskiego konsulatu w Toronto. Jest akurat na Wyspie z jakimś polskim pisarzem, który widział mojego bloga i chciał mnie odwiedzić. Nigdy nie wiem, jak będzie wyglądał mój dzień. Kiedy moja siostra przyjeżdża do mnie z Polski, zawsze mówię jej: “Kiedy mnie odwiedzasz albo coś do mnie wysyłasz, pamiętaj o polskich słodyczach, bo muszę być w gotowości”.

M.P.B.: Czy teraz już mieszkańcy ci ufają? Nadal jesteś “pochodzącym z oddali”, czy już nie?
B.M.: Myślę, że zawsze będę kimś pochodzącym z oddali. Nie sądzę, by byli w stanie postrzegać mnie jako rdzennego mieszkańca wyspy, ale ja stworzyłam dla siebie nowe określenie – rdzenny mieszkaniec sercem. Myślę, że doceniają wszystko, co robię. Doceniają blogowanie, zainteresowanie, coraz większą liczbę Polaków przyjeżdzających, żeby zobaczyć Wyspę. Ja z pewnością czuję się częścią tutejszej społeczności. Mogę liczyć na swoich sąsiadów. Uważam, że to coś niesamowitego.

M.P.B.: I jest jeszcze Nadia. Nadia jest twoją córką, która miała cztery lata, kiedy po raz pierwszy przyjechaliście na Wyspę. Została pisarką. Ile ma teraz lat?
B.M.: W tym momencie ma 10 lat.

M.P.B.: Czy ona też jest zafascynowana “Anią z Zielonego Wzgórza”?
B.M.: Pozwól mi zacząć od tego, że miała się nazywać Anne, ale nie chciałam polskiego imienia “Anna”, bo nie podoba mi się sposób, w jaki wymawia się je po angielsku. Poszłam na kompromis i zdecydowałam, że będzie się nazywać Nadia. Tak więc Ania, oczywiście, była w tym wszystkim obecna. Nadia poznała powieść, kiedy odwiedzaliśmy Wyspę po raz pierwszy. Miała wtedy cztery lata. W domu zawsze przywiązywaliśmy dużą wagę do czytania, ale dosyć niesamowite było to, że kiedy miała siedem lat, zaczęła pisać. Pracowała nad dwiema książkami. Pewnego razu, tuż przed swoimi dziewiątymi urodzinami, podczas kąpieli nagle wstała i oznajmiła: “Mam pomysł na nową opowieść”. Tym razem naprawdę ją skończyła. Jest to powieść, nazywa się “Dziennik Rachel” i naprawdę została opublikowała.

This slideshow requires JavaScript.

Jesteśmy bardzo dumni z Nadii. Interesują ją książki L.M. Montgomery, ale nie powiedziałabym, że Ania jest jej ulubioną postacią. Jej ulubienica to Jana ze Wzgórza Latarni (ang. Jane of the Lantern Hill). Nadia mówi, że ma wiele wspólnego z Pat ze Srebrnego Gaju, bo Pat nie lubiła zmian tak samo jak ona. No, nie wiem, ona jest starą duszą. Myślę, że coś rozumie, co sprawia, że nie chce dorastać. Chce być młoda i każde urodziny są dla niej problemem, bo staje się starsza. Inspiruje ją pisarstwo Montgomery. Montgomery nigdy nie myślała, że napisze bestseller, ale spędziła mnóstwo czasu ucząc się pisania i doskonaląc swoje umiejętności. W tym kontekście myślę, że kiedy Nadia zaczęła pisać opowiadania, chciała też czytać opowiadania L.M. Montgomery, aby wiedzieć, jak się buduje opowieść. Czasem ma możliwość zagrania Ani w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza. Mamy szczęście, że Penn Campbell, która prowadzi muzeum, zaproponowała to zadanie Nadii. To coś, czego lata temu nawet nie umiałabym sobie wyobrazić – że kiedyś w przyszłości moja córka będzie grała Anię Shirley na Wyspie Księcia Edwarda…

Małgorzata P. Bonikowska

Tłumaczenie wywiadu M.P.Bonikowskiej z jęz. angielskiego Zuzia Godzińska

Ta historia i wywiad po angielsku były prezentowane w naszym POLcaście w odcinku 56. Warto posłuchać.

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

4 Comments

  1. Katarzyna Dębowska on

    Piękny wywiad! Ja może nie kochałam tak Ani jak Pani Bernadeta, ale czytałam wielokrotnie i potrafię zrozumieć fascynację. To co jesr szczególne w tej historii to taka determinacja aby marzenie przekuć w realność. BRAWO! I ten kontrast mędzy czasami w prl-owskiej Polsce i domem na Wyspie. Piękna historia.

  2. Bernadetto, cieszę się, że dzięki temu wywiadowi poznałam Ciebie, która “zna Józefa” cytując kapitana Jima.
    Dodatkowo masz na imię Bernadetta, które ja miałam otrzymać na chrzcie, a skończyło się na Beacie.
    Ja również jestem zafascynowana książkami Montgomery, jak również Wyspą Księcia Edwarda, którą odwiedziłam dwa razy i nawet był okres, kiedy już już miałam tam kupić dom. Podobnie jak Ty jestem wyspą oczarowana i myślę, że jeszcze nie raz tam pojadę. Może tam się spotkamy? Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na moją stronę pisarki http://www.beatagolembiowska.studiobim.ca

    • Dziekuje za sympatyczny komentarz i trzymam kciuki za nasze spotkanie na Wyspie 🙂 Dziekuje za link do strony – zaraz na nia zajrze!

      Pozdrawiam goraco z Connecticut!

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.