Dycha. Jak z bicza strzelił…

2

Ponad 10 lat temu, gdzieś tak wiosną 2008 roku, zadzwonił do mnie Sławek Popowski. Znaliśmy się już jakiś czas ze spotkań Ruchu Demokratycznego takiej politycznej lewicowo-liberalnej efemerydki politycznej, skupiającej kilkadziesiąt osób z warszawskiej inteligencji, które nie bardzo się umiały dopasować do żadnej z wówczas istniejących partii. O jej efemeryczności może świadczyć to, że dziś nie jestem nawet do końca pewien, czy podana wyżej nazwa jest kompletna. Od dawna owa organizacja nie istnieje.

Poza uczestnictwem w bardzo ciekawych spotkaniach dyskusyjnych, zrobiłem dla RD jeszcze coś: mianowicie, zaprojektowałem i obsługiwałem witrynę internetową tej organizacji. No i Sławek się zapytał, czy nie zechciałbym doradzić czegoś w kwestiach internetowych właśnie grupie dziennikarzy, skupionej wokół Stefana Bratkowskiego, która to grupa ma ochotę uruchomić, jak to nazwał Sławek, gazetę internetową.

Oczywiście, że chciałem. Choćby z tej przyczyny, że nazwiska osób wchodzących w skład tej grupy były więcej niż świetne, a samego Stefana znałem bardzo blisko już wówczas niemal pół wieku; był czas – w latach sześćdziesiątych – że obaj spotykaliśmy się co wtorek w knajpie SDP w gronie naprawdę cudownych ludzi: uczonych, pisarzy i dziennikarzy na przeciekawych i szalenie inspirujących wielogodzinnych (mocno zakrapianych, nie da się ukryć) sesjach.

Stefan Bratkowski

Nazywano nas w środowisku “Stół” i dopuszczenie do owego stołu w charakterze współkonsumenta było nie lada zaszczytem. To Stefan – jako szef legendarnego “Życia i Nowoczesności” – namówił mnie na próbę wydania pierwszej książki, na którą złożyły się moje cotygodniowe felietony o informatyce i komputerach…

Było jeszcze sto innych powodów, które w sumie oznaczały, że zaproszenie do spotkania w siedzibie ówczesnej Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. Wańkowicza przyjąłem z entuzjazmem. Mniejsza jednak o nie; nie miejsce tu na prywatne wspominki.

I tak zaczęła się praca nad koncepcją tego, co dziś znają państwo jako Studio Opinii.

Pierwszy projekt, sporządzony przez pewnego grafika, był całkowicie różny od tego, co państwo dziś oglądają na swoich monitorach. Miał to być – w zamyśle owego artysty – animowany wizerunek jakiegoś pokoju, czy może raczej gabinetu, działający w ten sposób, że po najechaniu kursorem na jakiś detal otwierałby się kolejny dział, zawierający pisane dla witryny teksty.

Nie będę ukrywał, że sponiewierałem ten pomysł. Gazeta, której główna strona ma w gruncie rzeczy wyglądać stale tak samo, zaś czytelnik miałby zgadywać co się kryje za jakimś meblem czy obrazkiem? Wydało mi się to pomysłem dość chybionym i, jak widać, moja krytyka została przyjęta.

Przez całe lato 2008 roku robiłem zatem to, co – przyznam – lubię najbardziej: testowałem rozmaite rozwiązania. W sumie najważniejszym warunkiem było to, że rzecz ma bardzo mało lub nic nie kosztować i być łatwa w obsłudze. Znalazłem coś takiego: był to ulokowany w Czechach bezpłatny serwis hostingowy webnode.com, zapewniający możliwość wyboru i dostosowania do potrzeb użytkownika jednego z dziesiątków fajnych szablonów.

Szybko podjęliśmy decyzję, Stefan dostarczył ze swego archiwum sporo nadających się do publikacji materiałów, siedliśmy zresztą do klawiatur i pierwsza robocza wersja “Studia Opinii” pojawiła się w Internecie pod koniec czerwca 2008 roku. Daliśmy sobie jeszcze trochę czasu na doszlifowanie szczegółów – i 1 października 2008 formalnie “odpaliliśmy” nasze dzieło. To znaczy – ujawniliśmy adres witryny i rozesłaliśmy po zaprzyjaźnionych mediach prośbę o jego popularyzację.

No i tak się to zaczęło. I trwa już 10 lat. Jak z bicza…

Kilka uwag o stanie obecnym. Po dwukrotnej zmianie hostingu (webnode i potem następny hosting okazały się trochę za słabe, ruch czytelniczy i liczba materiałów zamieszczanych na witrynie rosły i troszkę się nam nasze “Studio” zaczęło dławić…) korzystamy od paru lat (nieodpłatnie) z serwerów zaprzyjaźnionej polskiej firmy komputerowej i z zainstalowanego na nich najpopularniejszego obecnie systemu obsługi witryn na świecie, jakim jest WordPress.

Serwery te są zlokalizowane we Francji, co nam skądinąd nie przeszkadza – w istniejącej sytuacji politycznej wygodnie jest mieć je poza granicami Rzeczpospolitej; myślę, że nie muszę tłumaczyć przyczyn. Ale jesteśmy oficjalnie zarejestrowani w Polsce jako czasopismo (choć nie musielibyśmy, gdybyśmy nie chcieli), tak więc “Studio” jest całkiem regularnym medium. Nawet niektórzy z nas sprawili sobie legitymacje prasowe…

Zza granicy – z Londynu – wspiera nas od lat swoją kolosalną wiedzą znakomity informatyk, Michał Sznurawa – zawsze gotowy do przyjścia z pomocą, gdy wydarzy się awaryjnie coś, co przekracza umiejętności niżej podpisanego.

Kilka liczb. Przez tych dziesięć lat nazbierało się nam ponad 2,5 mln Czytelników (niektórzy są oczywiście liczeni wielokrotnie), którzy odwiedzili nas w ramach blisko 6 mln sesji. Maksymalna liczba odwiedzin, którą zanotowaliśmy w ciągu jednego dnia, wynosi ponad 26 000 i nastąpiło to w październiku 2017 roku; w ogóle w tamtym miesiącu mieliśmy jakiś zupełnie niebywały ruch.

Ostatni rok (od września do września) charakteryzuje się ogólnie ponad pół milionem sesji czytelniczych, w ramach których odwiedziło nas łącznie 207 245 osób.

Przeciętnie spędzają państwo u nas ponad 4 minuty jednorazowo (co należy rozumieć tak, że czytają państwo 1-2 artykuły). Średnio odwiedza nas obecnie dziennie około 1300 osób.

Witryna zawiera dziś blisko 13 500 artykułów i ponad 77 000 komentarzy. Mieści się to na 64 oddzielnych stronach. Ponad 2000 osób podało nam swoje adresy internetowe i ma uprawnienia użytkowników zarejestrowanych, czyli nie podlega kontroli antyspamowej.

Wszystko to razem – nie ukrywajmy – oznacza, że jesteśmy witryną niszową. Z mediami “głównego nurtu”, nie mówiąc już o jakichś witrynach plotkarskich, czy (tfu!) “lifestylowych” nam się nie równać.

Oznacza to także, że na naszej działalności żadnych pieniędzy nigdy nie zarobimy ale także, że możemy troskę o to mieć dumnie w nosie.

Piszemy – co chcemy. Poglądy mamy jakie mamy. Komu się nie podobają – nie musi czytać. Na tzw. hejt, czyli chamskie i wrogie komentarze – po prostu nie pozwalamy.

Przy okazji powtórzę, bo temat od czasu do czasu powraca: nie jest żadną cenzurą niezezwalanie w tym miejscu – naszym miejscu – na ekscesy słowne i upowszechnianie poglądów, które uważamy za wredne, głupie lub szkodliwe. Każdy wszak może założyć sobie własną witrynę internetową i zamieszczać w niej to, co mu tam w duszy gra czy rzępoli. Nie musi tego robić u kogoś.

A nawet chyba nie powinien choć niektórzy uważają, że okładanie się wyzwiskami w komentarzach zwiększa “oglądalność” witryny. Może i rzeczywiście zwiększa, ale o takich oglądaczy, za którymi delikatnie mówiąc nie przepadamy.

I jeszcze to, żeby była w temacie jasność – jak niegdyś mawiano. Żadnych dyrektyw od nikogo nie przyjmujemy; reprezentujemy wyłącznie sami siebie i to jest dla dziennikarza naprawdę luksus.

Nasi odbiorcy – co zrozumiałe – pochodzą głównie z Polski, na drugim miejscu są mieszkańcy USA (ale to tylko 5% ruchu), na trzecim Niemiec, potem Anglii, Kanady i Szwecji. Co ciekawe, sąsiedzi są w tej konkurencji niespodziewanie daleko – Czechy w drugiej dziesiątce, Rosja w trzeciej.

Skład społeczny zbioru czytelników od lat się nie zmienia: są to ludzie dojrzali (na oko średnia około 50, sporo emerytów), na ogół “na stanowiskach”, a także inteligencja twórcza, przedsiębiorcy itp. Klasyczne w sumie mieszczaństwo, tyle że ponadprzeciętnie wysoko wykształcone i o poglądach wyraźnie z odchyłem lewicowym.

Dycha zatem stuknęła. Kilkorga z nas, zaczynających w owym 2008 roku – już nie ma. Alik Wieczorkowski, król polskiej felietonistyki; Cezary Bryka czyli Joanna Jurandot; sławny bloger Azrael, czyli Jacek Gotlib; wreszcie świetny grafik (i niegdyś autor powieści dla młodzieży, znany jako Marek Lach) Mirek Malcharek oraz znakomita pisarka, która dołączyła do zespołu nieco później, Monika Szwaja – oni są już po drugiej stronie. Ich wkład w “Studio” jest przeogromny i, ponieważ w Sieci nic nie ginie można to wszystko znaleźć w archiwach witryny.

Aha: są tacy, którym się znudziło. Albo których macierzyste redakcje chciały mieć na wyłączność. Albo którzy muszą zarabiać i nie mają czasu na “Studio”. Wspominamy naszą współpracę z przyjemnością i wszystko rozumiemy. Nadal jesteśmy przyjaciółmi.

Co dalej?

Nic specjalnego. Robimy swoje, dopóki palce trafiają w klawiaturę.

Bogdan Miś

“Gazeta” życzy naszym Przyjaciołom ze Studia Opinii (SO) wielu takich okrągłych rocznic i gratuluje nieustająco wysokiego poziomu i znakomitych materiałów pobudzających do myślenia, pisanych przez znakomitych autorów. Jesteśmy szczęśliwi, że od czterech lat współpracujemy, prezentując w “Gazecie” teksty ze SO i także goszcząc na Waszych łamach. Przy okazji każdego pobytu w Polsce z prawdziwą radością wpadam na Wasze przeciekawe środowe spotkania i tak pozostanie. Sto lat!!!

Małgorzata P. Bonikowska

Spotkanie w 2015

This slideshow requires JavaScript.

Spotkanie w 2017

This slideshow requires JavaScript.

Spotkanie w 2018

Poleć:

O Autorze:

Bogdan Mis

Senior polskich popularyzatorów nauki, jeden z najstarszych polskich programistów. Z wykształcenia matematyk, wieloletni wykładowca szkół wyższych. Dziennikarz. Przez wiele lat obecny na antenach Telewizji Polskiej, z której odszedł w wyniku negatywnej weryfikacji z okresie stanu wojennego. Zapraszamy do czytania artykułów Bogdana Misia na Studiu Opinii

2 Comments

  1. Karolina Gawron on

    Wielki szacunek dla tylu swietnych publicystow. Zawsze jest co poczytac w Studio Opinii. Moj ulubiony polski portal. Sto lat!!!

  2. Marcin Gawroński on

    I życzę wielu kolejnych lat bo SO jest znakomite! Poznałem je dzięki “Gazecie” i jestem wielkim fanem. Świetne i mądre teksty – dużo do myślenia. Brawo!!!

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.