Ci niesamowici, niekiedy niesforni Rzymianie

0

W Rzymie na studiach spędziłem prawie trzy lata, później byłem tam kilka razy jako turysta, bo mi go brakowało, bo tęskniłem i to bardziej za smaczkiem życia codziennego jego ulic, kawiarni, rozmowami ze zwykłymi ludźmi, niż za jego wspaniałym dorobkiem kulturowym. Poznałem trochę duszę Rzymianina, a ci co znali inne zakątki kraju mówili mi, że i inni Włosi są tacy sami jak Rzymianie: wrażliwi, inteligentni – taką praktyczną inteligencją ulicy. W sklepie zanim się otworzyło usta już sprzedawca podawał rzecz, którą chciałeś zakupić, na ulicy prosty robotnik czy urzędnik kierował cię do najbliższej stacji metra, choć jeszcze nie zdążyłeś zapytać.

Są bardzo emocjonalni, zarówno kobiety jak i mężczyźni: nie raz widziałem kłótnie uliczne, obie strony machały rękami – im większa kłótnia, tym ręce bliżej ciała oponenta; nigdy jednak nie widziałem, by osobnik dotknął fizycznie osobnika. Przysięgam, że widziałem scenkę, którą teraz opiszę. Pewna pani wozem cinquecento (mniejszy od polskiego malucha) uderzyła w tył wozu eleganckiego pana; pamiętam, że był to cadillac. Wyskoczyli z wozów, krzyk, przekleństwa, machanie rękami, parcie do przodu do odległości kilku centymetrów między ciałami. Gdy już się nieco zmęczyli tą energiczną dyskusją pani weszła do swego wozu, cofnęła jakieś 50 metrów, on biegł za cofającym się wozem, bo jeszcze nie nie dokończył swej tyrady, ona zatrzymała się, ruszyła do przodu i całym rozpędem walnęła po raz drugi w cadillaca. Tym razem szkoda była bardzo znaczna. Mężczyzna zaniemówił, pani odczekała, aż ten złapie oddech, a gdy już nic nie potrafił powiedzieć, przywołała go paluszkiem, by się zbliżył do niej, coś mu na ucho powiedziała, wysiadła z wozu, wzięła pana pod pachę, zostawili wozy na ulicy i gdzieś sobie poszli jak para zakochanych. Wtedy dałbym pół swego “majątku” studenckiego za to, by się dowiedzieć co mu powiedziała i gdzie poszli. Niestety tajemnica pozostała tajemnicą.

This slideshow requires JavaScript.

Tak zwane “pyskówki”- plaga polskich sądów – tutaj to już absolutna nawałnica. Procesy o to, że sąsiadka nazwała sąsiadkę pyskiem końskim (jedna z najczęstszych obelg) toczą się latami w kilku instancjach. Ostatnią w takich sprawach jest sąd kasacyjny, od którego wyroku nie ma odwołania. Ale na to ostateczne orzeczenie trzeba czekać nawet i dziesięć lat i nawet wtedy gdy jest wyrok skazujący to zawsze jest w zawieszeniu, a powodem tego jest łaskawość sędziów, by strony “zachowały twarz”, “nie ucierpiały na honorze”. Sędziowie kasacyjni to starsi panowie i doskonale bawią się wydając niekiedy zaskakująco śmieszne, wprost zabawne wyroki: bywało że gdy kobieta pokrzywdzona obelgą miała nieco pociągłą twarz, choćby nieznacznie podobną do pyska konia, nie zawsze doczekiwała się satysfakcji, bo kobietki o twarzach pucułowatych wygrywały proces. Te wszystkie procesy szczegółowo opisywały dzienniki włoskie – im śmieszniejsze, tym szczegółowiej. Ja sam uczyłem się języka włoskiego studiując te opisy i wyroki. Niekiedy ci starsi panowie byli upominani przez Sąd Najwyższy, by byli poważniejsi, by się po prostu nie wygłupiali, ale to spływało po nich jak woda po kaczce. W innych sprawach, jak na przykład kłótnie małżeńskie lub z kochanką, to niekaralna normalka, podobnie w mniemaniu sędziów mają się sprawy z kierowcami ciężarówek – mogą rzucać w siebie najohydniejszymi przezwiskami byle tylko nie wychodzili z wozów, a gdyby choćby jeden postawił nogę na ziemi, to już inna para kaloszy. Ale gdyby przełożony podwładnemu, a jeszcze bardziej podwładnej, powiedział słowo lekko dwuznaczne, wtedy mógł za to beknąć: taka tu hierarchia przewinien. Powiedziano mi, kiedy byłem we Włoszech, że precedensy sądowe i postanowienia prawne prawie nigdy nie były odwoływane, nagromadziło się ich dużo, może milion, może więcej, i nikt, nawet ludzie pracujący w sądach, o wielu z nich nich nie wie. Wiele z nich jest sprzecznych z sobą. Wynajmuje się więc przeważnie niekoniecznie dobrego adwokata, lecz mola książkowego, co zawsze potrafi znaleźć odpowiedni paragraf czy precedens nawet sprzed kilku wieków, i wtedy nawet zbrodniarzowi uchodzi na sucho.

Z tęsknotą wyczekiwało się dnia kończącego czas składania zeznań podatkowych. Wtedy gazety ożywiały się niesamowicie. Każdy czekał na zeznania podatkowe Zofii Loren.

W owych czasach była już znaną aktorką. Deklarowała co roku swój dochód w wysokości od 1 do 5 milionów lirów (zależnie od nastroju w danym roku), czyli kilka tysięcy dolarów. Co roku z racji podatkowego kłamstwa wsadzano ją do aresztu z hukiem i w świetle fleszów, do eleganckiej celi z wszelką elektroniką i posiłkami dowożonymi z najlepszych restauracji – drzwi do celi nie zamykały się prawie całą dobę. Każdy dziennikarz, szczególnie zagraniczny, czuł się zaszczycony, gdy go tam łaskawie przyjmowała na rozmowę. Wymęczeni tym ruchem i sensacyjnymi donosami prasy stróże prawa zwalniali ją po kilku dniach. Dla mnie najciekawszymi były opisy linii obrony przyjętej przez panią Loren: były to przemiłe i kolorowe bajeczki, ciekawsze niż te z Tysiąca i jednej nocy. Jest ich tak wiele, że nie zmieściłyby się w artykule, więc darujmy je sobie.

To wszystko to prawdziwy koloryt Włoch. Takich scen mógłbym przytoczyć dziesiątki. Do spisania tych kilku wspomnień pchnął mnie zamieszczony w w jednym z numerów Polityki świetny artykuł Piotra Kowalczuka “Stówka za słówko”. Nic się nie zmieniło w moich kochanych Włoszech. Oto jeden z incydentów opisanych przez autora – mam nadzieję, że nie stanę przed sądem kasacyjnym za przytoczenie wyroku go bez jego zgody. Sąsiad z dołu podał sąsiada z góry, że jego pies szczeka i tupie po podłodze, a ponieważ podłoga jest z marmuru, tupanie jest dość dokuczliwe. Sędzia w swej niezmierzonej mądrości orzekł, że psa nie można oduczyć szczekania, więc tę część sprawy umorzył, ale zalecił, by psu uszyć buty z grubej skóry, by wyciszyć stuk łap. Osądzony poszedł do szewca z zamówieniem na psie buty. Szewc uznał te żądanie za kpiny i obelgę osobistę, a także swego odwiecznego zawodu, przywalił petentowi ciężkim kopytem. Uderzony przeżył, pewnie przez następne 10 lat będzie dochodził swoich praw przeciwko dumnemu i krewkiemu szewcowi: najważniejsze w tym wszystkim było to, że gazety miały prawdziwe żniwa – Włosi umierali ze śmiechu.

W ciągu trzeciego roku studiów byłem dumnym właścicielem własnego wozu. Wystarczyły dwa miesiące pracy wakacyjnej w Stanach, a volkswagen, jednoroczniak, był mój. W Rzymie jest mało parkingów, ludzie parkują gdzie popadnie utrudniając tym ruch pojazdów i pieszych. Niekiedy musiałem pojechać do centrum, np. na Piazza Venezia, czy w pobliże Kwirynału. O wolnym parkingu w tych miejscach można było sobie tylko pomarzyć. Podchodziło się wtedy do stróża porządku i grzecznie pytało, gdzie można zostawić wóz, by zapłacić jak najmniejszą karę za nieprawidłowe parkowanie. Ceny wahały się od 400 do 10.000 lirów za godzinę takiego parkowania w zależności od odległości od ważnego obiektu i od stopnia utrudnienia ruchu innym pojazdom. Zajeżdżałem na wskazane miejsce za 400 lirów, pan stróż podchodził by wypisać mandat, grzecznie się z nim żegnałem, potem pocztą posyłałem opłatę do odpowiedniego urzędu i tak wszyscy byli szczęśliwi. Ja płaciłem. Dowiedziałem się nieco później, że żaden Włoch tego nie robił, bezceremonialnie drąc mandat na oczach wystawiającego go. Robił to, bo wiedział, że w urzędzie mandatów jest taki bałagan, że zanim ostrzeżenie o niezapłaceniu zostanie wysłane, kara się przedawni.

Bardzo lubiłem przyglądać się pracy policjanta z włoskiej drogówki. Dziwnym trafem wszyscy oni byli wysocy, bardzo przystojni panowie; nawet ja to zauważałem, chociaż nie mam wielkiego rozeznania w tej materii. Elegancki mundur, fantazyjny hełm na głowie, krawat i rękawice białe jak śnieg i te cudowne ruchy teatralne, ruchy artysty. Miałem wrażenie niekiedy, że to dyrygent potężnej orkiestry symfonicznej w pełni panujący nad sytuacją. Na ważnym skrzyżowaniu przed wyjazdem z miasta wielopasmowej Via del Mar najczęściej obserwowałem to misterium. Gdy słońce zabłysło na niebie wiele firm i instytucji ogłaszało strajk – w tym przewodziła poczta – i wszyscy pędzili jak szaleńcy na plaże, najczęściej do Ostii, bo to najbliżej, bo tylko 30 km od obrzeża miasta. Podróż w tłoku trwała 3-4 godziny, godzinka wylegiwania się na piasku i zaraz droga z powrotem, bo trzeby było jeszcze tego samego dnia wrócić do domu. Jeszcze trzeba było wysłać do tych pozostających w domu kartę pocztową znad morza, która dochodziła do adresatów w ciągu dwu do trzech tygodni.

Włosi są bardzo wrażliwi na piękno natury. Zauważyłem kiedyś na tym skrzyżowaniu, na którym najczęściej oglądałem “pracę” stróża porządku, że piękna pani i jeszcze piękniejsza około trzyletnia córeczka próbują przejść ulicę. To jeden z trudniejszych wyczynów człowieka na ulicy w Rzymie sprzed pół wieku, kiedy byłem studentem w tym mieście – było tam bardzo mało świateł ruchu ulicznego, a przejścia dla pieszych niezaznaczane. Zauważył to “mistrz ceremonii”, zatrzymał ruch z czterech stron, zszedł z podwyższenia, podszedł do kobiety i córki, wymienili kilka komplementów. Gdy komplementy się skończyły, trzeba było porozmawiać z dzieckiem. Na środku skrzyżowania przykucnął przy małej, zapytał o wiek, co lubi, czy kocha rodziców, pogłaskał po główce i przy kakofonii klaksonów zaczął przeprowadzać osobę i osóbkę na drugą stronę, i na drugiej stronie ulicy po wymianie kilku jeszcze komplementów wreszcie skończył tę misję. Pobudliwi Włosi w samochodach w tym czasie szaleli – jak by nie było chcieli się dostać na plażę przed zachodem słońca. Mistrz udawał że nie zauważył tego podniecenia, spokojnie zajął swoje stanowisku na środku skrzyżowania; zauważywszy jednak kilku prawdziwych furiatów, kazał im zjechać na pobocze. Karą był minutowy postój, a przy większym szaleństwie dwie minuty, i wtedy już zaczynała się normalka, winowaci odjeżdżali i zaczynał się przerwany balet mistrza skrzyżowania.

W Rzymie mieszka wiele bogatych zasiedziałych rodzin. Miarą rangi społecznej jest liczba kardynałów w rodzinie w ciągu dziejów; gdy się przydarzył papież, to był to wysoki skok rodu do góry, to jakby z hrabiów stawali się książętami. Wiele nieszczęść i zgorszeń w Kościele była ich winą. Kościół praktycznie zawłaszczyli, a rodziny te były głównym powodem, że w kościele powszechnym nikt poza Włochem nie został papieżem przez około 450 lat. Może potomkowie tego historycznego patrycjatu rzymskiego mieli jakieś poczucie winy, a może był to tylko zwyczaj, że na obiad bożonarodzeniowy zapraszano jednego biednego; a trudniej o biedniejszego w Rzymie od studenta z kraju “realnego socjalizmu”. My Polacy byliśmy bardzo pożądanymi kandydatami na tę pozycję. Ja chętnie szedłem na te wieczerze. To była dla mnie jedyna okazja by poznać Włochów w ich warowni – w domu. Pierwszego roku poszedłem, zjadłem co podali, podziękowałem i wróciłem do domu. Przed drugim Bożym Narodzeniem mój główny nauczyciel włoskiego, kioskarz z sąsiedztwa, zbuntował mnie trochę. Wytłumaczył mi, że w tym akcie chodzi przede wszystkim o dobre samopoczucie tych bogatych snobów i o odpuszczenie grzechów przeszłości – im bardziej mizerny “gość w dom”, tym cięższe grzechy są odpuszczane. Nadarza się okazja, trzeba im przyłożyć. Przekonał mnie, że trzeba zaszokować gospodarzy, a największym szokiem będzie przemówić do nich jakąś gwarą, najlepiej gwarą wiosek podrzymskich. Sam pochodził z takiej wioski, znał tę gwarę, posłał mnie na Piazza Navona w dniu targowym, bym się przysłuchał jak Pomnik Matki Boskiej przed bazyliką jej imienia To tylko parking rzymski nie węzeł sycylijski przekupy podrzymskie nawijają w niej. Od razu zauważyłem, że to już nie gwara, ale odrębny trudny w wymowie język. Dzisiaj pamiętam tylko jedno słowo tego języka: “cuciara”, czyli w języku włoskim donna. Doszliśmy do wniosku, że moje wystąpienie w rodzinie ma być nie w formie dialogu, ma to być przynajmniej kilkuzdaniowy nieprzerywany monolog przy powitaniu. To może zrobić na domownikach pioronujące wrażenie. Usłużny kioskarz napisał mi tych kilka zdań, kazał nauczyć się na pamięć i mówić szybko, by mi nie przerwano. Musiałem przed nim zdać egzamin z tego co się nauczyłem zanim udałem się do wspomnianego pałacyku. W dniu spotkania zrobiłem jak polecił. Dziadek padł na fotel, o mało nie dostał apopleksji, pani domu zaniemówiła. Gdy odzyskali mowę zapytali mnie, czy wiem, że nie mówię po włosku. Spokojnie odpowiedziałem, że wiem, że to nie jest zwykły, codzienny język, że to język arystokracji rzymskiej i że wziąłem w nim kilka lekcji u kioskarza, by im zrobić przyjemność. – Jaki kioskarz? W jakim kiosku? Co on sobie myśli!? Muszę podać namiary na niego – oni mu powiedzą, co o nim myślą, może nawet przez to stracić pracę. Namiarów dokładnych nie podałem, za co kioskarz miał do mnie żal, bo i sam chciał im przyłożyć. Powiedziałem, że uważam tego człowieka za bardzo przyzwoitego, poświęcił mi tyle czasu bez żadnych osobistych korzyści. Bardzo wylewnie, bardzo po włosku wytłumaczono mi, że to język prostaków i chamów: przyzwoity Włoch, a i straniero (zagranicznik) jak ja, nie powinien go używać. Kolacja się skończyła. Dwoje nastolatków: brat i siostra, zaprosiło mnie do jednego ze swych pokoi. Oni byli zachwyceni tym, co zrobiłem. Prawie całą noc przegadaliśmy. Przyznałem się im, że wszystko to było zaplanowane i wyreżyserowane, że napracowałem się przy wkuwaniu tych kilku zdań. Powiedzieli mi. że gdyby im nawet sam Lucyfer pomagał, nie wpadliby na tak wspaniały pomysł, by staruszków “ujajić”, że ja i mój kioskarz jesteśmy geniuszami. Praktyczną korzyścią tego wieczoru było to, że nie tylko jadłem wyszukane spaghetti w specjalnie szlachetnym sosie, ale dostałem od młodych przepustkę do supermarketu watykańskiego i od tej pory mogłem tam kupować co dusza zapragnie dla siebie i kolegów za pół ceny w stosunku do cen rzymskich.

W Rzymie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem prawdziwy węzeł gordyjski, zwany tu sycylijskim, ba, więcej – widziałem jak go się rozplątuje. Wszystko działo się na ulicy miasta. Zdarzenie dość częste, więc nawet drogówka nie kwapi się, by przyjść z pomocą: ci co go zawiązali, niech go rozwiążą sami! Chodzi tu o niesamowity korek na skrzyżowaniu. Z czterech kierunków czekają prawie kilometrowe kolumny wozów, żaden nawet na centymetr nie może się posunąć do przodu ani do tyłu, bo Włosi mierzą odległość między pojazdami nie w centymentrach lecz milimetrach. Jest rzeczą niemożliwą cofnąć przynajmniej jedną kolumnę, bo to kilometrowy ogon. Przyglądając się temu mówiłem sobie, że i cud tu nie pomoże – cud może i nie, ale pomysłowość Włocha mocniejsza od cudu. Najpierw na skrzyżowaniu klaksony, ci bardziej krewcy wyskakują z wozów, pędzą do wozu, który zacisnął węzeł, są krzyki, jest machanie rękami. Po kilkunastu minutach następuje cisza, nawet klaksony milkną, jest narada, problem trzeba jakoś rozwiązać. Typuje się jeden wóz stosunkowo lekki, który najłatwiej jest przestawić na pobocze. Nad dachami innych wozów robi się tę operację; zadanie trudne, bo nie ma gdzie nogi postawić w tym tłoku pojazdów. Podaje go się z rąk do rąk, a gdy już jest na poboczu, wtedy pod dyrekcją najbardziej doświadczonego “rozwiązywacza węzłów” w tej wolnej przestrzeni centymetr po centymetrze wóz przesuwa się za wozem, aż po godzinie lub dwóch skrzyżowanie jest wolne od natłoku i czeka na nowy węzeł sycylijski. Niemcy, Amerykanie siedzieliby w wozach aż do kompletnego wyczerpania, potem zostawiliby swe pojazdy i poszli do salonów samochodowych kupić nowe, a Włoch rozwiązuje problemy drogowe prościej, taniej, mózgiem i mięśniami.

Gdy już mowa o wozach, kolega mój kupił sobie małe cinquecento, choćby dlatego małe, że łatwiej znaleźć dla takiego malucha parking, i po raz pierwszy próbował zaparkować go w pobliżu swego mieszkania. Niewiele miejsca, zajeżdżał od przodu i od tyłu, nic z tego. Po półgodzinnej mordęce stanął przed nim właściciel garażu samochodowego z naprzeciwka i zdenerwowany powiedział, że albo mu pozwoli zaparkować ten przeklęty wóz, albo go pobije, bo się już w nim krew zagotowała gdy patrzył na to mazgajstwo. Kolega wybrał pierwszą alternatywę. Wóz został zaparkowany w ciągu kilku sekund. Co z tego, że mało miejsca, trzeba nieco popchnąć wóz z przodu, odepchnąć ten z tyłu i sprawa staje się prosta jak budowa cepa.

Po ukończeniu studiów rzymskich nie byłem w tym mieście 25 lat. Pojechałem tam z żoną, oprowadzałem ją po miejscach specjalnie mi drogich. Raz zbłądziłem. Rozglądam się na wszystkie strony; dystyngowany Włoch podszedł do nas i niepytany pokazał, że to wzgórze to Palatyn, ta wieża kościelna jest częścią kościoła św. Pawła za Murami, ten kościół z naprzeciwka, to św. Jan na Lateranie, a najbliższy przystanek metra jest przy siedzibie UNESCO i tymi dwoma ulicami można tam dojść. Inteligencja ulicy!

Nie zapomniałem zaprowadzić żony do kawiarni, która ratowała mi życie. Budynek instytutu, gdzie mi wlewano wiedzę do głowy, był tak zagrzybiony, że już po pół godzinie musiałem walczyć ze sobą, by nie usnąć. Na przerwach biegłem do najbliższej kawiarni na mocne espresso i tak trzy razy dziennie (wykładów miałem przeważnie cztery), pięć razy w tygodniu, razem piętnaście razy, w ciągu trzech lat dużo ponad setkę. Dziw nad dziwy, przy maszynie do kawy stał ten sam człowiek co ćwierć wieku wcześniej, kiedyś dystyngowany chyba już sześćdziesięciolatek, teraz już staruszek, a jeszcze większy dziw, że po ćwierć wieku mnie poznał, pamiętał co mi podawał i zapytał dlaczego wtedy siadałem w jednym miejscu i przez okno kawiarni przyglądałem się kolumnie przed frontonem bazyliki Santa Maria Maggiore. Powiedziałem mu, że to kawałek mojej Ojczyzny, nie zrozumiał; żonie wytłumaczyłem, że tę kolumnę polubił król polski Władysław IV, bywalec w Rzymie i polecił identyczną postawić w Warszawie z tą różnicą, że na jej szczycie kazał umieścić posąg swego ojca Zygmunta III Wazy zamiast Matki Boskiej. W czasie studiów tęskniłem za krajem, rodziną i znajomymi, siłą wyobraźni zdejmowałem Matkę Boską z kolumny (z szacunkiem i delikatnie), umieszczałem tam polskiego króla i wtedy czułem się trochę jak w Warszawie.

Kilka dni wcześniej, zaraz po przyjeździe do Rzymu, postanowiliśmy sobie urządzić prawdziwą włoską ucztę ze świecami w naszym pokoju hotelowym. Małych sklepików z żywnością i napojami jest dużo we Włoszech, nie trzeba nikogo pytać gdzie je znaleźć, wystarczy iść za węchem, bo zapach dojrzewających na hakach szynek pomieszany z zapachem mocnych serów zaprowadzi sam do sklepu. Włosi kochają ten zapach, inni nie mają wyjścia, muszą się powoli przyzwyczaić do niego. W takim sklepie u właściciela, miniaturowego staruszka, zamówiłem wszystko do uczty korzystając z jego profesjonalnych rad. Rozmawialiśmy po włosku – żona nie zna tego języka. Po zakończeniu zakupów powiedziałem od niechcenia: “jest piękna kobieta, jest wino, do mego pełnego szczęścia brakuje tylko śpiewu”. Starzec ładnym głosem odśpiewał mi pierwszą zwrotkę O sole mio, powiedział komplement, że szkoda, że jesteśmy stranieri, a nie Włosi, no ale mamy duszę włoską, bo lubimy najlepsze co życie ma do zaofiarowania (czytaj: wino, kobieta i śpiew – w takiej kolejności!). Ten koncert nikogo nie zdziwił, bo w sklepie byli sami Włosi, ale zdziwił moją żonę. Nie rozumiała, co się dzieje wokół niej. Jeszcze bardziej zszokowało ją, gdy staruszek wyskoczył jak młodzik zza lady, porwał ją w ramiona, obrócił naokoło kilka razy i oniemiałą postawił na ziemi. Może pomyślała, że to atak. Długo jej musiałem później tłumaczyć, że ta scenka rodzajowa to najnormalniejsza rzecz we Włoszech, staruszek nie mógł mnie porwać w objęcia, bo nie ma tu takiego zwyczaju, no i byłem za ciężki, więc porwał ją.

Im jestem starszy tym częściej wracam myślami do czasów moich rzymskich studiów. To był kawał mego interesującego i pięknego życia. W Rzymie pokochałem muzykę klasyczną. Nie stać mnie było na bilety na koncerty, a tym bardziej do opery. Większe widowiska operowe i najpopularniejsze koncerty odbywały się wtedy w Termach Karakalli. To tylko 300 metrów od mojego pokoiku na Awentynie. Wieczorami otwierałem swe dwa okna na ościerz (były dokładnie naprzeciw Term) i cudo-wna muzyka, trochę stonowana odległością, ale za to jakaś bar-dziej anielska, towarzyszyła mi co wieczór. Przy niej pracowałem, uczyłem się, zasypiałem. Na drodze muzyki nie było gwaru ulicznego, płynęła do mnie przez wielki ogród ochronki dla małych sierot i jakiś opustoszały wieczorami skwerek. Gdy grano Aidę słyszałem stuk nóg o stare rzymskie bruki kilku autentycznych słoni, na których aktorzy wjeżdżali na scenę. Ostatnim koncertem w Termach był koncert Trzech Tenorów, ale mnie już wtedy w Rzymie nie było. Konserwator sztuki musiał zam-knąć ten starożytny zabytek dla tych wielkich gal muzycznych, bo dwutlenek węgla wydychany przez tysięce ust, a jeszcze bardziej dźwięki muzyki zaczęły niszczyć stare mury. Do dzisiaj pamiętam wiele melodii, szczególnie tych orkiestralnych, a gdy nie wiem skąd je znam, to przypuszczam, że były to melodie zasłyszane po raz pierwszy w Rzymie.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.