Alkohol – nieodłączny towarzysz i pocieszyciel

0

Alkohol ludzi żyjących na tym łez padole nigdy nie opuści. Dla wielu był, jest i będzie jedynym pocieszycielem. W ostatnich latach, kiedyśmy się dowiedzieli, że gdy jest spożywany w umiarze, najlepiej w czerwonym winie, jest dobry nie tylko na samopoczucie ale i dla zdrowia – te więzy jeszcze się umocniły.

Ludzie piją od niepamiętnych czasów, być może już Adam miał możliwości, by w ognistym płynie szukać pocieszenia, gdy Ewa była zła i nieprzystępna. Wgląd poprzez dokumenty historyczne w przeszłość daje nam obraz szaleństw alkoholowych naszych praszczurów. Różnorodne alkohole wymyślali nie jacyś geniusze, ale same się wymyślały. Wystarczyło, na przykład, że jakiś sok naturalnie sfermentował, ktoś pierwszy stwierdził, że lepiej smakuje niż sok przed fermentacją, a na dodatek daje kopa. Wieść ta szybko roznosiła się w sąsiedztwie, kraju, po zamieszkałych terenach Ziemi. Nie tak dawno dowiedzieliśmy się, że pito alkohole już jakieś 12 tysięcy lat temu, bo najnowsze badania archeologiczne analizując skorupki lub nieporozbijane naczynia gliniane znalezione w jaskiniach nie tylko pozwoliły odkryć pozostałości alkoholu w ich ściankach, ale i z jakiego owocu czy ziarna były produkowane.

Myślę, że alkohol pocieszał ludzi jeszcze wcześniej, co sugerują malunki czy zdrapki na ścianach jaskiń zamieszkanych przez homo sapiens – ile wcześniej tego nie wiemy. A więc zanim nauczono się produkować wino z winogron, dużo wcześniej zalewano się alkoholem robionym z czegokolwiek co nawinęło się pod rękę, co nie miało w sobie substancji trujących i dało się sfermentować. Wiemy prawie z pewnością, że sześć tysięcy lat temu Sumerowie nauczyli się warzyć piwo i bardzo im ono smakowało, bo już tylko dwa tysiące lat później na tych samych terenach używano tylko 40 procent pszenicy i jęczmienia do wypieku chleba, a reszta szła na piwo.

This slideshow requires JavaScript.

W tym mniej więcej czasie co piwo nauczono się produkować wino w Chinach i na Kaukazie – nie mamy pewności czy do Azji Mniejszej to odkrycie dotarło z Kaukazu, czy jeden z ludów tego terenu odkrył je w tym samym mniej więcej czasie co na Kaukazie. Do Europy poprzez Grecję i chyba do Egiptu wiedza o produkcji wina dotarła z Kaukazu.

W Imperium Rzymskim wino “to było to!” dla rządców państwem i arystokracji (biedota zapijała się piwem domowej roboty i alkoholem z innych niż winogrona produktów), tak że winnice przejmowały większość pól uprawnych, więc dekretami ograniczano obszar uprawy winogron, by choć jakaś część pól mogła służyć do uprawy produktów żywnościowych. Problem ten w części rozwiązano poprzez import wina lepszej jakości niż domowe z Egiptu, Azji Mniejszej i kilku krajów Europy. Winem, najczęściej podłego gatunku, raczono legionistów – każdy z nich był uprawniony do otrzymania 1 litra wina dziennie, oficer dwa razy tyle. Nie zalewano się na śmierć, bo to były cienkusze, a często dolewano do nich wodę, nawet czterokrotnie więcej niż było samego wina w kielichu. Innymi słowy było to już nie wino ale lekko sfermentowana lemoniadka. Wina serwowane legionistom były niekiedy tak podłe, że zdarzało się, że proszono o ocet, bo lepiej od nich smakował.

Dużo wcześniej pierwszy spisany kodeks praw, kodeks króla Hammurabiego sprzed czterech tysięcy lat stypulował, by robotnikom wydawać dwa litry piwa dziennie, urzędnikom trzy, kapłanom pięć. Największy wódz i zdobywca czasów starożytnych Aleksander Wielki na cześć boga Dionizosa wydawał uczty, które trwały tygodniami i na jednej z nich zapił się sam na śmierć. Rzymianie mieli tegoż boga w wielkim poszanowaniu, zmienili mu tylko nazwę na Bachusa. I w innych krajach świata starożytnego wynajdywano bogów lub boginie będące patronami tych napojów – byli w ważnymi bogami w panteonie bóstw. W Egipcie, który w czasach swej świetności był największym eksporterem piwa i wina do wielu krajów, patronat nad alkoholami przejął Ozyrys jako dodatek do swych innych obowiązków, jakie sprawował jako bóg życia i śmierci.

Chrześcijaństwo próbowało jakoś ograniczyć to szaleństwo, nie udało się, a wino stało się nawet napojem prawie świętym, bo bez niego nie ma mszy, a także i dlatego że Chrystus nie potępiał picia, sam pił choćby na uczcie weselnej w Kanie Galilejskiej, a gdy wszystko wypito rozmnożył wino, które będąc dziełem boskim musiało być bardzo dobre, co zauważyli uczestnicy wesela.

Biblia Starego Testamentu nie potępiała picia czy nawet upijania się. Pijaństwo Noego było rzeczą niestosowną nie dlatego, że się upił, ale że rozebrał się do naga i jeden z jego synów zobaczył go w tym stanie. Jedna z ksiąg Starego Testamentu radzi podawać wino chorym jako lekarstwo dla ciała, a przygnębionym jako lek dla duszy. Mahomet bardzo stanowczo wysłał alkohol na wygnanie i chociaż do dzisiaj pobożny muzułmanin nie tyka, szczególnie publicznie, tego napoju (w zaciszach domowych bywa z tym różnie!), to faktycznie jego wierni słudzy wynaleźli najpierw proces destylacji alkoholi jeszcze w VIII lub na początku IX wieku, potem na terenach Hiszpanii udoskonalono ten proces i nazwano metodą alembiczną. Odkryto także od nowa produkcję innych mocnych alkoholów z żyta i ryżu. Wspomniana metoda alembiczna jest stosowana do dzisiaj w wielu krajach, nawet przez prostych ludzi przy produkcji samogonu. Samo nawet słowo alkohol jest słowem arabskim.

Zacni mnisi średniowieczni nie pozwolili światu zapomnieć o mauretańskich zdobyczach naukowych w tej dziedzinie, nawet ulepszyli metodę destylacji. Oni chyba wymyślili piękniejszą nazwę tego płynu: aqua vitae – woda życia. O tejże “wodzie” mnich i filozof Lullus pisał, że to “ostatni pocieszyciel ciała ludzkiego”.

Powoli stała się tak powszechną używką, że towarzyszy człowiekowi przy każdej okazji, niekiedy i bez okazji, wystarczy, że to poniedziałek, czy pierwszy lub jakikolwiek dzień miesiąca. A więc uświęca narodziny, chrzciny, pierwszą komunię i bierzmowanie dziecka, uświetnia wszystkie święta religijne i narodowe, pity jest przy okazji zaręczyn, ślubów i innych uroczystości rodzinnych. Pociesza człowieka gdy jest smutny, stracił pracę, opuściła go żona i w dziesiątkach innych dobrych lub złych chwilach życia, nawet z racji pogrzebu osoby najbliższej, i to pity nie w samotności, ale na zakrapianej po ceremonii pogrzebu uczcie zwanej stypą. Podchmielone towarzystwo w czasie tego przyjęcia niekiedy wznosi toasty w stylu: “niech na żyje zmarła babcia”. Podam jako przykład szalonego pijaństwa fakt, że Karol Stanisław Radziwiłł “Panie Kochanku” ucztował po śmierci swego ojca Michała Kazimierza “Rybeńko” przez przynajmniej tydzień i wydał na ten cel przeogromną sumę miliona złotych polskich, za którą można było kupić wiele wiosek razem z ich mieszkańcami – gros tej sumy poszło na zakup hektolitrów alkoholi.

O piciu i pijaństwie naszych rodaków napisano wiele. Dawniej chłopstwo i mieszczanie zalewali się własnymi wyrobami, tym co im się nawarzyło, czy co im nakapało, szlachta żłopała piwo dostępne w handlu, najczęściej w przydrożnych żydowskich karczmach, magnateria i królowie zalewali się sprowadzanym z zagranicy winem, najczęściej mocnym i słodkim. Tylko biedota z konieczności (bo nie miała za co się upijać) była trzeźwa. Na dworach magnaterii można było przeżyć całe dorosłe życie bez trzeźwienia przenosząc się z miejsca na miejsce, bo pito wszędzie bez ustanku. Jednego mnicha zamykano w pustym pokoju o północy, by następnego dnia miał kto odprawić mszę, inni biesiadnicy nie próżnowali całą noc, w rezultacie nawet ci najpobożniejsi leżeli pod stołami – nie byli w stanie na tę mszę się udać.

Jędrzej Kitowicz w swoim dziele “Opis obyczajów za panowania Augusta III” opisuje dziesiątki niesamowitych pijaństw – tylko pomysłowość Polaków była zdolna wymyśleć te wszystkie szaleństwa w tym czasie popełniane. Oto jedno nich. Niejaki magnat Adam Małachowski upijał swoich gości przy drzwiach jego pałacu używając dużego dwulitrowego kielicha. Kto go jednym duszkiem nie wychylił musiał to robić po raz drugi, trzeci, czwarty… Gdyby odmówił, znieważyłby gospodarza, no i nie był dopuszczony do pałacu. Oddajmy głos autorytetowi w tych sprawach wspomnianemu Kitowiczowi: “Wielu albowiem ludzi zalanych winem poumierało, niektórzy nawet w jego domu, zasnąwszy raz na zawsze snem śmiertelnym”. Dumnego Małachowskiego upokorzył pewien kwestarz z pobliskiego klasztoru. Wychylił sześć kielichów, każde picie przerywał, żeby mu nalewano od nowa (myślę że żołądek nie był w stanie przyjąć tyle płynu: aż 12 litrów, więc wino chyba wyciekało w jego szaty mnisze). Gdy braciszek czekał na wypełnienie kielicha po raz siódmy, gospodarz się zdenerwował, przepędził go, ale honor nie pozwalał mu zapomnieć o hojnym datku dla klasztoru z okazji tej tzw. kolędy – przekazał go przez swojego sługę.

W XIX wieku “snem śmiertelnym” zasypiały całe masy ludzkie, bo taki np. Francuz pod koniec tego wieku wychylał 51 litrów czystego alkoholu, a na początku XX w. dwa razy więcej, a w carskiej Rosji w tym mniej więcej czasie, z akcyzy czerpano prawie tyle dochodu, ile kosztowało utrzymanie armii cara. Wiek XX i początek następnego nieco sfolgował z tą rozhuśtaną praktyką, ale tylko trochę.

***

Na koniec ciekawostka z mojego życia. Jako student dwa razy w czasie wakacji uczyłem się języka francuskiego w szkole językowej dla cudzoziemców w Paryżu. Z paszportem nie było problemu, bo już byłem poza Polską. Rząd francuski w ramach propagowania swej kultury i języka finansował te studia. Gramatykę języka francuskiego znałem, gorzej było z mową. W czasie drugiej sesji uczyła nas niezwykle miła Francuzka, nauczycielka dzieci artystów w czasie ich zajęć na scenie w przyteatralnej szkole opery Garnier. Język, owszem, znała, z gramatyką było nieco gorzej. Gdy się w czymś zaplątała wtedy wykrzykiwała “le Polonais”, ja wstawałem i recytowałem wszystkie wyjątki od reguły, np. wszystkie siedem rzeczowników, które tworzą liczbę mnogą przez dodanie do słowa w licznie pojedynczej nie litery s lecz x. Były to bardzo ciekawe lekcje, często z językiem niemające nic wspólnego. W czasie jednej z nich każdy z uczniów miał przygotować wcześniej i podać na lekcji jakieś typowe powiedzonko francuskie i wyjaśnić ile w nim prawdy. Ktoś powiedział “zalany jak Polak” (saoul comme un Polonais). Zrobiłem głupią minę usłyszawszy to. Pani profesor, by zapobiec frustracji swego “pomocnika” – to jest mnie – szeroko tłumaczyła, że w ustach Francuzów powiedzenie to, to nie krytyka Polaków, ale podziw dla nich. Miał to po raz pierwszy wypowiedzieć Napoleon, gdy w wąwozie Samosierra 125 szwoleżerów pokonało 10 tysięcy hiszpańskich powstańców i otwarło mu drogę na Madryt. To, zdaniem nauczycielki, wyraz podziwu cesarza dla Polaków, którzy wiedzą ile trzeba przed bitwą wypić by pokonać strach, ale równocześnie nie spadać z siodeł. Dzisiaj, według pani profesor, gdy Francuz wypowiada te słowa, to też z podziwem, że takiego mocnego łba jak Polak nie ma nikt inny na świecie, bo gdy nawet wypija całą beczkę ognistego płynu, zawsze potrafi się utrzymać na nogach. Usatysfakcjonowała mnie tą mocno przesadzoną opowiastką.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.