Za wielką wodę na głęboką wodę

7

Dwa lata w Kanadzie

Joannę Gierak-Onoszko najpierw poznałam z jej artykułów, a potem osobiście. Spotkań było kilka, wszystkie bardzo ciekawe, bo jest ona głęboko myślącą i czującą (nie tak częsta kombinacja) kobietą. Joanna jest popularną i nagradzaną polską dziennikarką, obdarzoną znakomitym piórem, umiejętością celnej obserwacji, a przy tym otwartością, ciekawością i radością poznawania nowego. Czytając jej blogowe refleksje z dwuletniego pobytu w Kanadzie, miałam wielokrotnie wrażenie, że czytam swoje myśli, myślałam o swoim chłonięciu tego kraju, kiedy prawie 30 lat temu przyjechałam tu, początkowo na rok, z 12-letnim synem. Podobnie jak ona przyglądałam się też temu, jak ten kraj zmieniał moje dziecko (i mnie).

Kiedyś dla Muzeum Emigracji w Gdyni Joanna zadawała mi pytania o moją historię przyjazdu do Kanady, moją drogę i lata mieszkania w tym kraju. Opowiadałam, sama podsumowując dla siebie swoją kanadyjską podróż życia.

Dlatego kiedy dowiedziałam się (z prawdziwym smutkiem), że Joanna nie zostanie jednak z rodziną w Toronto, że wracają wszyscy do Polski, wiedziałam, że muszę z nią porozmawiać i popytać o kanadyjski episod w JEJ życiu. Wiedziałam, że zabiera Kanadę ze sobą do Polski, że jej pobyt tu zaowocował też książką, ale chciałam usłyszeć od niej, jeszcze stąd, podsumowanie jej dwóch kanadyjskich lat.

Małgorzata P. Bonikowska: Jak to się stało, że przyjechałaś do Kanady?

Joanna Gierak-Onoszko: Dla mnie to był przyjazd z miłości, bo przyjechałam tu dla męża. Zostawiłam w Polsce pracę, karierę, szkołę, dom, wszystko, dlatego że dla niego była to duża szansa zawodowa. Więc to nie była emigracja ekonomiczna, ani emigracja z powodów politycznych, tylko za tym stoi love story.

M.P.B.: Ale Wasz love zaczął się wcześniej – to nie było tak, że pobraliście się przed samym wyjazdem.

J.G.O.: Znamy się ponad 30 lat, jesteśmy naprawdę starym, dobrym małżeństwem, ale przyjechaliśmy tutaj dlatego, że to była duża szansa zawodowa dla mojego męża. Uznałam, że z miłości do niego trzeba taki wysiłek i taką próbę podjąć i dlatego przenieśliśmy się do Kanady wszyscy. On zajmuje się obligacjami korporacyjnymi, czyli długiem, jakim wymieniają się między sobą firmy. W Polsce taki rynek właściwie nie istnieje – dopiero się rozwija. Natomiast w Kanadzie, a przede wszystkim w USA, jest bardzo duży rynek i potrzebowali do tego specjalisty.

M.P.B.: I przyjechaliście z dwójką dzieci.

J.G.O.: Przyjechaliśmy tutaj z dwójką dzieci i ze 190 paczkami w kontenerze. Przywieźliśmy cały dobytek,swoje stare miśki z dzieciństwa, pamiątki rodzinne i wszystkie książki. Przylecieliśmy z całym dobytkiem, bo nie wiedzieliśmy jak długo ta przygoda potrwa.

M.P.B.: Czyli braliście pod uwagę opcję zostania tu na zawsze?

J.G.O.: Tak, braliśmy pod uwagę taką opcję, więc wyjazd z Polski był dla nas i dla naszych rodzin bardzo trudny. Przyjechaliśmy tutaj, na drugi koniec świata, zupełnie sami, nie znając nikogo, nie mając żadnej przysłowiowej ciotki w Kanadzie, żadnej rodziny, ani żadnych znajomych. Przyjechaliśmy za wielką wodę i jednocześnie na głęboką wodę.

M.P.B.: W jakim wieku chłopcy byli wtedy?

J.G.O.: Jeden z nich miał dwa, a drugi sześć lat, a to oznaczało, że ten młodszy nie mówił jeszcze dobrze po polsku i dla niego ten wyjazd chyba był najtrudniejszy. Nagle znalazł się w otoczeniu ludzi, których nie rozumiał i którzy go nie rozumieli. Ale dzięki pobytowi tutaj możemy powiedzieć, że połowę swojego życia spędził w Toronto. Jest w takim samym stopniu warszawiakiem, jak i torontończykiem.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Jak było na początku – bardzo trudno?

J.G.O.: Myślę że, to nie było trudne, bo przyjechaliśmy też z innego dużego miasta. Trochę nam się zmienił widok za oknem. W swoim życiu wcześniej sporo się przeprowadzaliśmy, więc jesteśmy nawykli do tego, że rzeczy są tylko rzeczami i okoliczności zawsze można zmienić. Byliśmy od samego początku zachwyceni miastem, taką jego feniksową energią, jego pulsem, który nigdy nie cichł. Czy dzień, czy noc to miasto rzeczywiście żyło i jest nieporównalne z niczym co widzieliśmy w Europie.

M.P.B.: Tutaj ciągle się słyszy, nawet od ludzi, którym Toronto się podoba – no tak, ale to nie jest Europa. To powiedz, gdzie są te różnice?

J.G.O.: To nie jest Europa i całe szczęście, że to nie jest Europa, bo miasto jest zupełnie niepodobne do tego co jest znane na starym kontynencie. W moich oczach Toronto to jest miasto przyszłości, bo jest bardzo wieloetniczne, bo to jest z jednej strony miejska dżungla, ale z poszanowaniem tej cudownej, obfitej przyrody, która jest naokoło. Bo mamy dzielnicę finansową i cały ten “waterfront”, który dotyka jeziora i wysp – jestem niesamowicie poruszona tym jak tutaj się buduje i stawia na technologię, a jednocześnie jak szanuje się naturę i stara się żyć w symbiozie z nią. Myślę, że to jest lekcja, z której Europa może skorzystać. Druga rzecz, która mnie tutaj poruszyła, to bardzo dużo osób z niepełnosprawnościami na ulicach. Pierwsze wrażenie może być takie, że w Toronto jest nadspodziewanie dużo osób z różnymi niepełnosprawnościami i kłopotami ruchowymi, ale naprawdę wynika to z tego, że oni mogą wychodzić z domu, że mają ułatwienia w przestrzeni publicznej, która jest rzeczywiście dostępna dla wszystkich.

M.P.B.: Minęły dwa lata. Teraz wracacie do Polski znowu z powodów zawodowych.

J.G.O.: Tak, z powodów zawodowych i z powodów emocjonalnych, bo na emigracji można odtworzyć stare mieszkanie, można przywieźć stare meble, można pójść do polskich sklepów na Roncesvalles i kupić dżemy, odtworzyć polskie smaki, kupić polską kiełbasę i ser. To wszystko jest do powtórzenia. Natomiast, przynajmniej w naszym przypadku, nie do powtórzenia są relacje, które mieliśmy w Polsce. Chociaż w Toronto poznaliśmy mnóstwo fantastycznych ludzi, z którymi będziemy utrzymywać kontakty, to jednak bardzo nam brakowało tego naszego gniazda, tej naszej wioski, którą zbudowaliśmy w Warszawie.

M.P.B.: O co Ciebie i Was jako rodzinę wzbogaciły te dwa lata?

J.G.O.: Jest jeszcze za wcześnie, żeby to ocenić, bo musimy pobyć trochę w Polsce, żeby zobaczyć jak nas ten wyjazd zmienił, co nam dał. Myślę, że najłatwiej będzie to zobaczyć w dzieciach, które są małe i dwa lata to ogromna porcja ich życia. Jestem bardzo dumna z tego, że są dwujęzyczne, że są ślepe na kolory ludzkiej skóry. Myślę, że ten kapitał społeczny, który zyskały wychowując się w niezwykle wielokulturowym i multietnicznym centrum Toronto, to coś co będzie procentowało przez całe ich życie. Wiem, że będą wiedziały, że świat jest większy i ciekawszy niż to co widzą przez okno w swoim mieszkaniu. To jest lekcja na całe życie, że nigdy nie wolno ograniczać się do tego co widać na horyzoncie.

M.P.B.: A czy masz jakieś obawy przed powrotem?

J.G.O.: Jestem zaniepokojona wieloma zmianami, które widzimy w kraju, ale z drugiej strony mamy wielkie poczucie sprawczości. Przeszliśmy tutaj w Kanadzie wielką lekcję obywatelstwa i obywatelskiej działalności i mamy nadzieję, że ten kapitał – to wszystko czego się tutaj nauczyliśmy funkcjonując w społeczności, która patrzy siedem pokoleń do tyłu i siedem pokoleń do przodu – będziemy mogli przywieźć do Polski. Wracamy z przewietrzonymi w Kanadzie głowami i mamy nadzieję, że to się przyda też w naszym domu – nie mówię tutaj tylko o naszym podwórku, ale o mieście i szerzej.

M.P.B.: A jaka jest Kanada?

J.G.O.: Nie umiem na to odpowiedzieć, bo mieszkałam tu ledwie parę lat. Na pewno Kanada znaczy co innego w Toronto, a co innego w Yellowknife. Jest innym światem w Vancouver, a innym w Happy Valley-Goose Bay. Kanada jest nie do ogarnięcia. Kanada jest jak kalejdoskop, który ciągle się zmienia i powoduje zawrót głowy, bo mieni się w oczach. Kanada jest surowa, ale bardzo gościnna. Przyjechaliśmy tu szukać Kanady otwartej, ultratolerancyjnej, nowoczesnej, dumnej i ufnej we własne możliwości i taką też znaleźliśmy. Kanada jest zaprzeczeniem tego co o niej myślimy.

M.P.B.: W jakim sensie?

J.G.O.: O latach, które tu spędziliśmy, mogę powiedzieć, że dały nam ogromną lekcję pokory.

M.P.B.: Opowiedz o tym, bo to jest bardzo ciekawe.

J.G.O.: Przyjechaliśmy tutaj jako ludzie wykształceni i z otwartą głową i okazało się, że wszystkie narzędzia do poznawania świata, które nam włożono do plecaków w domu, w szkole, a potem także w wielu redakcjach są do wyrzucenia, bo tu się do niczego nie przydają. Okazało się, że taka bardzo europocentryczna perspektywa, w której jesteśmy wychowywani my na starym kontynencie, jest złudna i nieprawdziwa. Mieliśmy okazję być parę razy w Nowym Jorku i dopiero z perspektywy chodnika na Manhattanie widać, jak potężna jest gospodarka w Ameryce Północnej, a jakim jest mirażem jest polski sen o potędze gospodarczej. Przyjechaliśmy tutaj w źle dobranych okularach, z niepotrzebnymi narzędziami, które tutaj trzeba było dopiero naostrzyć i te szkła przetrzeć i tak naprawdę zapomnieć o wszystkim czego się nauczyliśmy i uczyć się wszystkiego od nowa. Dla kogoś kto ma trzydzieści parę lat to momentami może być trudna lekcja, bo wydaje ci się, że już trochę wiesz, że już trochę przeczytałaś, trochę przeżyłaś, a nagle się okazuje, że wszystkiego trzeba się nauczyć od nowa i wszystko podać w wątpliwość.

M.P.B.: Czy to było trudne?

J.G.O.: Było trudne, a z drugiej strony wymagało od nas mocnego kręgosłupa, bo mieliśmy ze sobą dzieci i trzeba było im to wszystko tłumaczyć.

M.P.B.: A jakie były najtrudniejsze pytania, które zadały Wam dzieci, na które było najciężej odpowiadać?

J.G.O.: Były dwa takie momenty. Jeden to był moment na Okęciu, kiedy w zeszłym roku odwiedzaliśmy rodzinę w Polsce. Leciałam sama z dwójką dzieci, z bagażami, wózkiem i w czasie odprawy jeden ze strażników poganiał mnie. Musiałam przepuścić przez taśmę plecaki swoje i dzieci, walizki, wózek, komputer. Byłam sama z maluchami i pan strażnik mnie poganiał i mój trzyletni wówczas syn zapytał po angielsku: “Mamo, dlaczego ten pan jest taki niemiły? Dlaczego tu nie może być jak w Kanadzie?” Mam też drugie wspomnienie, myślę, że dużo trudniejsze. Mój mąż jest dziennikarzem, rozmawialiśmy bardzo dużo przy naszym kuchennym stole o losach ustawy w sprawie IPN-u, no i siłą rzeczy tej rozmowie przysłuchiwały się też dzieci. Trzeba im było wytłumaczyć, powiedzieć im o wojnie i różnych trudnych, niejednoznacznych, bolesnych wyborach, przed jakim stawiani byli ludzie żyjący w czasach okupacji. Przyjechaliśmy w wakacje i we wrześniu 2016 roku mój pierwszoklasista poszedł do pierwszej klasy w Kanadzie. Szkoła zaproponowała założenie pomarańczowej koszulki z okazji “Orange Shirt Day” i dzieci do końca nie rozumiały z jakiej to okazji. Rozmawialiśmy o tym w domu i wtedy siedmiolatkowi musiałam wytłumaczyć czym były szkoły z internatem w Kanadzie. I to było bardzo trudne, bo dzieci dowiadują się, że nie zawsze dorośli, którzy mają się nimi opiekować, mają dobre intencje i czasem opiekunowie są krzywdzicielami. Więc takie stopniowe odzieranie ze złudzeń dzieciństwa było bardzo trudne. Ale cieszę się, że miało to miejsce w Kanadzie, gdzie mechanizmy kontroli społecznej są dobrze wypracowane i to wszystko się odbywa w bezpiecznym środowisku.

M.P.B.: A czy są takie rzeczy, które Ci zdecydowanie tutaj nie odpowiadały, które Cię irytowały?

J.G.O.: Nie ma takich rzeczy, poza pogodą, która jest nieprzewidywalna i rzeczywiście daje w kość, szczególnie zimą.

M.P.B.: Gdyby ktoś Ci powiedział, że wyjeżdża do Kanady na rok czy dwa, to co byś mu powiedziała? Co jest najważniejsze, czego się może spodziewać i jak powinien do tego podejść?

J.G.O.: Gdyby ktoś podjął decyzję o wyjeździe do Kanady na próbę, na rok czy na dwa, proponowałabym, żeby nie pakował ciężkiej walizki, bo wszystko co będzie potrzebne znajdzie tutaj. Proponowałabym żeby wziął otwartą głowę i zeszyt do robienia notatek, bo będzie skonfrontowany z całą masą nowych zjawisk, nowych znaczeń, nowych sytuacji, które będzie musiał jakoś przetrawić i po nich ochłonąć. I myślę, że ostrzegłabym go przed tym, że nikt tutaj na niego nie czeka. Jesteś tutaj mile widziany, będziesz mógł tu być, ale nikt tutaj na ciebie nie czeka, bo świat pędzi swoim trybem i swoim tempem i takie rojenia o wielkości czy poczuciu wielkości własnego znaczenia trzeba schować między kartki elementarza, który dawno się już zdezaktualizował. Obawiam się, że jesteśmy wychowani na książkach, które są już nieaktualne.

M.P.B.: Jakie były największe zaskoczenia, zdziwienia?

J.G.O.: Chyba to, że Polska nikogo tu właściwie nie interesuje, a przynajmniej nie interesuje bardziej niż inne kraje, że powiedzenie, że jestem z Polski nikogo tu nie rzuca na kolana, na nikim nie robi wrażenia. I nasza duma narodowa jest czymś wspaniałym, jest czymś, o co powinniśmy dbać i co powinniśmy pielęgnować, ale powinniśmy znać proporcje nasza duma nie jest większa od niczyjej innej. Nasze pretensje do świata nie są bardziej uzasadnione niż pretensje innych narodów. Jesteśmy częścią wielkiej, wspaniałej mozaiki, ale nie jesteśmy jej perłą w koronie.

M.P.B.:  Mimo że przyjechałaś, jak mówisz, z miłości, “za mężem”, to przez te dwa lata byłaś bardzo aktywna zawodowo i o Kanadzie pisałaś dla Polski. Masz swój blog, pisałaś też do “Polityki” i przygotowujesz książkę. Czy teraz jak pojedziesz do Polski to się odetniesz od tych tematów?

J.G.O.: Nie, w ubiegłym roku redakcja “Polityki” poprosiła mnie o napisanie tekstu z okazji 150-lecia Kanady. Ale ja bardzo nie chciałam, żeby to był taki krótki artykuł na temat jubileuszu, tylko przyjrzałam się dyskusji, która toczyła się wówczas w Kanadzie na temat kulturowego zawłaszczenia (cultural appropriation). Zaczęłam czytać gazety, w których toczyła się ta dyskusja i nic z tego nie rozumiałam. Znałam i rozumiałam język, ale nie rozumiałam metatekstu, tego co pod spodem. Więc zaczęłam się uczyć, poszłam na kursy, zamieszkałam w bibliotece i napisałam dla “Polityki” reportaż, który przedstawiał cały kontekst historyczny i społeczny tej trudnej dyskusji, jaką Kanada rozpoczęła w dniu swoich urodzin. Napisałam o tym, że z okazji 150-lecia Kanadyjczycy zafundowali sobie bardzo trudną rozmowę o winie i przebaczeniu. I ofiarowali sobie lustro. Zrozumiałam wtedy i zrozumieliśmy w redakcji, że jest to temat w Polsce zupełnie nieznany. Ta część historii Kanady jest nieodkryta bo często lubimy myśleć stereotypami o Kanadzie jako o kraju żywicą pachnącym i patrzymy na Kanadę przez pryzmat memów z premierem Trudeau, natomiast nie widzimy szerszego kontekstu. Z takiego poczucia ignorancji i poruszania się po omacku, z wielkiej potrzeby zrozumienia powstaje książka, która jest osadzona w Kanadzie, ma kanadyjskich bohaterów i kanadyjską historię, ale jest przypowieścią uniwersalną. Opiera się na faktach, na rozmowach z żyjącymi wciąż bohaterami i na pracy w archiwum, na dokumentach, ale z historią o uniwersalnym brzmieniu. Jedna z dziennikarek, z którą rozmawiałam, usłyszawszy o pomyśle na książkę powiedziała – to nie jest książka o Kanadzie, to jest książka bardzo o Polsce.

M.P.B.: O czym dokładnie ona będzie?

J.G.O.: Uważam, że mamy w dzisiejszych czasach mnóstwo informacji, ale nie mamy kontekstu, mamy mnóstwo danych, ale nie mamy wiedzy i w takim szumie informacyjnym jest ogromna potrzeba znalezienia przewodnika, jest ogromna potrzeba treści jakościowo dobrych, tłumaczących świat. Mamy zalew informacji, z których nic nie rozumiemy, z których nic nie wynika. To jest taki szum, który powoduje zagubienie i jeszcze większy chaos, stąd ogromny głód literatury non-fiction, bo ludzie uwielbiają dobre historie, które pomagają im zrozumieć siebie i otoczenie. I to muszą być historie prawdziwe. Literatura piękna ma się świetnie, ale jeszcze lepiej ma się literatura faktu. I moja książka jest reportażem literackim tzn. jest książką wykorzystującą narzędzia reportażu – kanon dziennikarstwa, sprawdzania, dokumentowania, weryfikacji faktów, ale forma, którą będzie miała jest formą literacką tzn. staram się wykorzystywać język literacki. Chciałabym, żeby forma dla czytelnika była bardzo przyjemna. Mam nadzieję, że będzie to książka niewielu przymiotników. Chciałabym, żeby fakty broniły się same, żeby to była książka sucha, lakoniczna i nie dająca czytelnikowi oddechu. Książkę wyda wydawnictwo “Dowody Na Istnienie” założone przez Wojciecha Tochmana, Mariusza Szczygła i Pawła Goźlińskiego. To jest wydawnictwo pod skrzydłami między innymi Hanny Krall, które zajmuje się literaturą faktu. Prowadzi kultową w Warszawie i chyba też w Polsce kawiarnio-księgarnię Wrzenie Świata. To jest taka ostoja polskiej szkoły reportażu i spadkobierców nauk Ryszarda Kapuścińskiego – dom wydawniczy skupiony na literaturze faktu. Wykorzystam to co daje polska szkoła reportażu, o czym pisała Hanna Krall, o czym pisał Kapuściński, że jest tzw. nadwyżka, czyli książka ma dwie warstwy. W tej wersji dosłownej to jest książka o Kanadzie, ale w tym co jest między wierszami jest o czymś większym. I to jest książka o tym, że po pierwsze, z dzieckiem można zrobić wszystko, a po drugie o tym, że kiedy zawodzą mechanizmy kontroli, dzieją się rzeczy straszne. I po trzecie o tym, że potrzeba wielkiego narodu i wielkiej prawdziwej dumy narodowej, by pochylić głowę i uklęknąć. I, że prawdziwa duma narodowa nie polega na machaniu szabelką, tylko na tym żeby wiedzieć, kiedy należy uklęknąć.

M.P.B.: I tego wszystkiego dowiedziałaś się z rozmów z ludźmi, którzy przeszli przez szkoły z internatami, tzw. “residential schools”.

J.G.O.: Tak, miałam wielkie szczęście, wielki przywilej poznać wielu ocaleńców, którzy przeszli jako dzieci przez takie szkoły, czyli przez szkoły z internatem prowadzone przez Kościół pod skrzydłami kanadyjskiej administracji. Praca nad tym materiałem wymagała prawie dwóch lat zaangażowania, dlatego że to nie są proste rozmowy i proste relacje i nie można przyjść do kogoś z mikrofonem i powiedzieć: mamy 20 minut, opowiedz mi o tym co Ci się wydarzyło w szkole. Bardzo wiele osób mi odmawiało, co oczywiście rozumiem i szanuję, ale bardzo wiele osób mi zaufało i mam nadzieję, że okażę się tego zaufania godna.

M.P.B.: Rozumiem, że przeszłaś też przez masę dokumentów. 

J.G.O.: Tak, absolutnie. Pracowałam też w archiwach, grzebałam w dokumentach sądowych więc obraz szkół jest dużo szerszy.

M.P.B.: Bardziej przerażający, czy mniej przerażający niż się spodziewałaś?

J.G.O.: Ja myślę, że to jest temat, który się nigdy nie skończy. Wiem, że moja książka będzie pierwsza, ale mam głęboką nadzieję, że nie będzie ostatnia. Mam nadzieję, że dopóki żyją ci ludzie, którzy są ofiarami – a przez ofiary rozumiem nie tylko tych zamkniętych w szkołach, ale także ich dzieci, które pośrednio stały się ofiarami tego systemu dziedzicząc traumę – dopóki jeszcze można z nimi rozmawiać, dopóki to wszystko jest żywe, to myślę, że trzeba o tym jak najwięcej mówić. Mam nadzieję, że ta książka dołączy się do głosów mówiących o tym, że nigdy nie wolno odwracać oczu.

M.P.B.: Masz nadzieję, że może będzie tłumaczona na angielski?

J.G.O.: Mam nadzieję, że będzie tłumaczona na wiele języków.

M.P.B.: Chcesz powiedzieć, że w Kanadzie nie ma takich książek?

J.G.O.: Nie, w Europie nie ma takich książek. W Kanadzie takie książki są. Najcenniejsze są te, które napisali sami ocaleńcy jak np. Edmund Metatawabin, który napisał książkę “Up Ghost River”. On jest jednym z ocaleńców ze szkoły św. Anny. Jest bardzo wiele dobrze udokumentowanych świadectw, książek historycznych. Co mnie niesamowicie wzrusza i porusza to to, że jest wiele książek dla dzieci. Już właściwie dla przedszkolaków, które wprowadzają je w ten temat. I myślę, że to jest wielka lekcja, wielka wartość.

M.P.B.: A w Kanadzie się mówi o tym dosyć, Twoim zdaniem?

J.G.O.: Myślę, że w Kanadzie się mówi o tym bardzo dużo, ale to jest zawsze za mało. Natomiast rozmawiałam z moimi rówieśnikami Kanadyjczykami, czyli osobami trzydziesto-, czterdziestoletnimi, które dowiedziały się o tym dopiero parę lat temu z mediów, ponieważ w szkole o tym nie uczono. Natomiast idzie zmiana, Kanada dojrzała do konfrontacji z własną historią. Moje dzieci już się o tym uczyły w szkole. Czyli kilkulatki już o tym wiedzą i myślę, że to jest bardzo dobry prognostyk . W tej książce chcę opowiedzieć nie tylko o tym co się stało tym dzieciom, ale też postawić pytanie co dalej? Co dalej kiedy już wiemy, kiedy już nie można uciec przed konfrontacją z faktami, z rzeczywistością, historią? Co my teraz z tym zrobimy? To jest lekcja. Kanadyjczycy i Kanada muszą odpowiedzieć na to sami, a zabierze to wiele lat, być może wiele pokoleń.

M.P.B.: A kiedy można się spodziewać Twojej książki?

J.G.O.: Książka ukaże się na początku 2019 roku.

M.P.B.: Życzę Ci ogromnego sukcesu.

J.G.O.: Dziękuję, ale nie będzie to sukces mój bo ja jestem tylko świadkiem historii, nie ja jestem właścicielem tej historii – ja ją tylko próbuję zrozumieć. Ale czy to w ogóle można pojąć, co tym dzieciom zrobiono?

•••

 

Następną rozmowę z Joanną obiecuję za jakiś czas będzie o tym jak jest powrócić do Polski.

Małgorzata P. Bonikowska

Zdjęcia z Facebooka Joanny Gierak-Onoszko

Joanna Gierak-Onoszko

dziennikarka związana z tygodnikiem “Polityka”, publikowała też m.in. w “Dużym Formacie”, “Piśmie” oraz w “Non-fiction”. Lauretka nagrody dla najlepszego reportażu prasowego na Festiwalu Wrażliwym za tekst o międzynarodowej akcji ewakuowania psa z Aleppo (2017). Nominowana do Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o lekarzach i wolontariuszach z Berlina wobec uchodźców (2015). Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. Przez wiele lat pracowała dla największej na świecie kancelarii prawniczej, gdzie nauczyła się odpowiedzialności za słowo. Z Toronto przygotowywała dla “Polityki” korespondencje z Kanady i prowadziła bloga “Mrs. Canada”.

Na początku 2019 roku nakładem wydawnictwa “Dowody na Istnienie” ukaże się jej książka reporterska o Kanadzie.

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

7 Comments

  1. Doskonały wywiad, cenie głównie za wolę szczerości, żywą inteligencję, otwartość, wielka wrażliwość, z jakąś wyraźną jakby jednak kanadyjską poprawnie polityczną proweniencją. To tyle „przymiotników”.
    Ciekawe na ile owa „kanadyjska polityczna poprawność” będzie wyeksponowana w książce?
    Czy jednak Autorka będzie starała się też wiedzieć przyczyny – intencje “residential schools” , szkół, które sporo kosztowały młode społeczeństwo kanadyjskie, bo przecież były sponsorowane przez podatników, więc przez zdesperowany rząd kanadyjski, który nie wiedział jak sobie radzić, a trzeba było inkluzyjnie podejść do tak „innych” tubylców. Postawił więc sobie za zadanie przysposabianie dzieci rdzennych mieszkańców do wyzwań dynamicznie rozwijanej( z korzeniami europejskimi-janse) kultury i relatywnie szybko rosnącego dobrobytu, dobrobytu w intencjach – jak myślę – dla wszystkich obywateli nowego kraju.
    Czy Autorka podejmie pytanie na ile w ogóle „cultural appropriation” jest etyczne, a wiec na ile etyczna są np. stara poczciwa idea niesienia „kaganka oświaty”, czy też np. misje religijne?
    Czy wolno z punktu widzenia wyższości cywilizacyjnej „ulepszać” życie innych?
    Jeśli NIE wolno, to czy moralnym obowiązkiem wysoko rozwiniętych krajów jest np. pomoc medyczna krajom słabiej rozwiniętym? Słowem, na ile ingerencja cywilizacyjna jest dozwolona – poprawna , a na ile nie jest? Gdzie są te granice? I tu pies pogrzebany!
    Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z codziennością dobijanie się do bram tej cywilizacji tysięcy kolejnych imigrantów.
    Czy może najlepszą drogą jest tylko jałmużna, więc dzielenie się majątkiem wypracowanym przez siebie i niczego nie wymaganie od „innych” , pozostawienie ich takich jacy są … bez etycznego poczucia potrzeby ich zmiany – edukacji – ulepszania?
    Czy tędy droga do NIE tyle do wyrównywania, ile szanowania kulturowych differentia specifica?
    Tylko na czym wtedy polega rozwój cywilizacyjny? Bo nie odważę na słowo „postęp”.

    Do kiedy można tolerować taką odmienność jak np. straszliwa bieda? Kiedy reagować, wkraczać i starać się zmieniać, a kiedy uznać to za prawo do własnej przestrzeni życiowej?

    Dzięki np. generalnie opresyjnej polskiej kulturze zaginęły np. piękne gwary i obrzędy w Polsce, całe bogactwo języków i obrzędów zostało unicestwione, latami dyskryminowane – wyśmiewane przez „klasy wyższe” rzecz jasna klasy uznane przez parę setek lat za „lepsze”.
    Dzisiaj tę „lepszość” właśnie się kwestionuje. Nie tak dawno robili to tylko wywrotowcy – rewolucjoniści, dzisiaj winni są tak myśleć wszyscy poprawnie myślący, wszyscy przyzwoici, w tym wszyscy starannie edukowani ludzie.
    Myślę, ze wszyscy poszukujemy chyba jednego – jakiegoś ostatecznego ładu, takiego ładu, który sens tych naszych ludzkich wysiłków uprawomocni i wytłumaczy, wyjaśni na czym polega jego racjonalność.

    Pewnie jednak ostatecznego i wspólnego wszystkim ładu nie znajdziemy, ale szukanie go jest wartością bezcenną. Myślę, ze jest w tym i znajdowanie paradoksów i jest jakiś nieustannie szlachetny wysiłek, który decyduje, że to rozdarte i wiecznie poszukujące ludzkie życie jest właśnie „ludzkie”. Ciekawe jak Autorka poradzi sobie. Serdecznie pozdrawiam Obydwie Panie – bohaterki doskonałego – inspirującego wywiadu.

  2. Poniższe zdanie świadczy o jego autorce
    – Nominowana do Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o lekarzach i wolontariuszach z Berlina
    w o b e c uchodźców.

    Wobec czego ja wyrażam moje “uznanie”!

  3. Na ulicach dużo ludzi niepełnosprawnych… no cóż w Kanadzie fizykoterapia czy rehabilitacja nie jest objęta ubezpieczeniem zdrowotnym tak jak w Polsce. Tu trzeba płacić a nie każdego na to stać. Nie ma sanatoriów.

    • To czy i ile sie w Kanadzie płaci zależy od tego jakie ubezpieczenie posiada niepełnosprawny i gdzie mieszka, bo przepisy nie sa jednolite dla całego kraju.

  4. Alina Garlicka on

    Dziękuję za ten ZNAKOMITY wywiad – i pani redaktor i pani Joannie. Cieszy, że są ludzie, którzy obserwują tak wnikliwie i nawet dwa lata wystarczą im, aby się wzbogacić, nauczyć. Sprawa szkół dla Indian od lat mnie interesuje – bardzo czekam na Pani książkę. I na kolejny wywiad o życiu po powrocie. Pozdrawiam.

  5. Każdy kraj ma czarne karty w swojej historii, z którymi musi się zmierzyć. Kanada nie jest wyjątkiem, chociaż zdawałoby się, że taki młody, multietniczny kraj wielu ich nie ma. Badanie drażliwych faktów, uczenie o nich, wprowadzanie do szkolnych programów jest jedyną drogą na poprawę współczesnego świata, na uświadomienie ludziom, że jakże łatwo historia może się powtórzyć. W Polsce również powoli dokonują się zmiany. Niestety są na razie w formach coraz liczniejszych publikacji, czy odczytów, ale nie trafiają do podręczników szkolnych. Mam nadzieję, że tak jak i w Kanadzie na to przyjdzie czas.

  6. Szanowna pani ma najwidoczniej kompleks nizszosci.
    “Nie mamy machac szabelka” tylko klekac?!!!

    Ja spod ogona sroki nie wypadlem. Dyplom polskiej politechniki oraz fachowa praca po studiach w Polsce przyczynily sie do tego ze mnie doceniali i szybko awansowalem, ucząc tubylców dla mnie oczywistych twierdzen i zasad. Kanadyjczycy przeciez czesto nie znaja trygonometrii a tutaj udaja kartografow.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.