Z powrotem w Kanadzie (72)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat. Wiele się działo. Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Do Kanady – 33

Prawdopodobnie trudno zrozumieć dzisiejszym młodym ludziom, zwłaszcza tzw. „Milenians” czyli młodym ludziom dorastającym po roku 2000, że wyjazd na emigrację dzisiaj to zupełnie cos innego niż trzydzieści lat temu. Trzydzieści lat, to całe pokolenie. Trzydzieści lat to już historia. Czasem nie wiem czy śmiać się czy płakać, gdy słyszę wypowiedzi młodych ludzi, zwłaszcza w Polsce, na temat życia w PRL-u., Z jaką pasją mówią o czasach, w których jeszcze nie było ich na świecie i z jaką pewnością siebie mówią o tym, co wtedy się działo. Może warto by było, aby my, którzy wtedy żyliśmy i tworzyliśmy tamta historię dali świadectwo temu, co naprawdę się działo w tamtych czasach. Nie wszystko było złe i nie wszystko było dobre. Kto może niech pisze, opowiada dzieciom i wnukom, zanim ktoś zakłamie prawdziwą historię, jak to teraz próbują niektórzy w „nowej” Polsce i zanim wymrze to pokolenie, które pamięta własne doświadczenia. Ci, co czytają moją opowieść o czasach 1980 – 1987 mają przegląd tamtego czasu. Jest to moja historia. Historia prawdziwa, taka, jaką pamiętam a nie taka, jaką mi ktoś opowiedział.

Jesteśmy już we Włoszech, na autostradzie do Rzymu. Tu po raz pierwszy spotkałem się z płatną autostradą. Co prawda w Szwajcarii też się płaci, ale jest to stała opłata raz na rok. Płaci się ją na granicy. Tutaj nagle na autostradzie pojawiły się budki w poprzek przejazdu. Wszyscy stawali przy nich i za chwilę jechali dalej. Podjechałem też i ja, ale w środku nikogo nie było. Nie wiedząc, co zrobić, zacząłem się wycofywać, co nie było łatwe bo za mną był już sznur samochodów, gdy podszedł do mnie kierowca z samochodu z tyłu i pokazał mi że trzeba po prostu nacisnąć guzik i wziąć bilet. Płaci się przy zjeździe z autostrady, lub tam gdzie się kończy jej płatność.

This slideshow requires JavaScript.

Takie proste, ale skąd niby miałem to wiedzieć. Dzisiaj, gdy jadę w Stanach po płatnej I-90, nawet się nad tym nie zastanawiam, że się to odbywa na tej samej zasadzie. Gorąco był niesamowite. We Włoszech tego lata temperatura przekraczała 45 stopni C.

Nie, Fiat nie posiadał klimatyzacji, to nie były te czasy. Otwarte okna i duża szybkość niewiele pomagały w tej rozpalonej rzeczywistości, ale najważniejsze było, że chłodzenie silnika działało zaskakująco dobrze. Temperatura na wskaźniku ani razu nie przekroczyła czerwonej linii, chociaż ten silnik miał już ponad dziesięć lat.

To był rok 1987. Nikt wtedy nawet nie słyszał i nie przypuszczał że ma być coś takiego jak Globalne Ocieplenie. Ot po prostu było gorąco i już. Nie pamiętam już dokładnie jak dojechaliśmy do Rzymu. Pamiętam jednak, że jazda przez to nieznane mi zupełnie miasto, pełne samochodów pędzących we wszystkich kierunkach jak na wyścigi, trąbiących ciągle na wszystko i wszystkich i nie zważających na przepisy nie była łatwa.

Powiedziałem w pewnym momencie do rodziny: „ zapinajcie pasy (wtedy nie były jeszcze nigdzie obowiązkowe), muszę jechać po wariacku jak wszyscy bo nas inaczej zabiją.

To była szaleńcza jazda, zwłaszcza, że jednocześnie musiałem znaleźć drogę do wybrzeża Adriatyku by potem skierować się do Latiny. Spróbujcie Milenias zrobić to bez wszechobecnego dzisiaj GPS.

Z prawej strony ukazało się nagle ogromne Colosseum, tak znane ze zdjęć w podręczniku historii. Nie było jednak czasu by je podziwiać. Każde zwolnienie powodowało kakofonię klaksonów samochodowych. Już na węższej ulicy prowadzącej (taką miałem nadzieję) do wybrzeża, potok samochodów nagle zatrzymał się na czerwonych światłach. Stałem przy chodniku, gdy nagle w lusterku zobaczyłem ruch. To po chodniku pędził samochód carabinieri (policji). Nie na sygnale, ot po prostu nie chciało mu się czekać na zielone. Moje poczucie stron świata i kierunku zawsze było doskonałe. I tym razem nagle otworzył się widok na morze. Skręciłem w lewo, wzdłuż wybrzeża. Wiedziałem według mapy, że jadąc tędy nie mogę nie trafić do Latiny. Ruch jakby zelżał, potem już był niewielki. Chyba wszyscy byli na plaży.

Nie pamiętam dokładnie jak dojechaliśmy do Latiny i jak znalazłem się przy niewielkim hotelu na wybrzeżu, w którym mieszkali polscy uchodźcy. Czy miałem ten adres, czy po prostu szczęście, po trzydziestu latach trudno mi powiedzieć. W każdym bądź razie to tam po raz pierwszy w życiu zobaczyłem prawdziwe palmy rosnące wzdłuż szosy jak zwyczajne drzewa. No cóż to prawdopodobnie były tam zwyczajne drzewa, ale dla nas to była prawdziwa egzotyka. Zajechałem na boczny parking. Wysiedliśmy. Na ławkach i trawie siedzieli ludzie, niektórzy z dziećmi. Mówili po polsku. Powiedziałem, po co przyjechaliśmy. Nie mieli dla nas dobrych wiadomości.

Przyjmowanie uchodźców z Polski zostało wstrzymane. Nie przyjmują już zgłoszenia o azyl. Było już późno. Powiedzieli mi, że mogę rozbić swój namiot na trawie obok. Tak też zrobiłem. Jutro pojedziemy do urzędu. Na trawę obok piętrowego hotelu przychodziło coraz więcej ludzi. Wracali z pracy. Rozpalili ognisko, piekliśmy kiełbaski. Pojawiło się wszechobecne we Włoszech wino. Było już ciemno, gdy podjechał radiowóz. Wysiadł z niego gruby policjant.

Cdn.

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.