Niezwykły uniwersytet Stanford (2)

0

Wspomniana wspaniała Aleja Palmowa, elegancka, dopieszczona, przyozdobiona nie tylko palmami, ale i krzewami ozdobnymi i kwiatami, prowadząca na uniwersytet to tylko zapowiedź piękna i harmonii całego obiektu.

Dzieła sztuki wychodzą na zewnątrz z muzeum
Poza dziesiątkami eleganckich budynków utrzymanych w jednym stylu, wszystko co je otacza: place, skwery, ogrody, zagajniki na obrzeżach, jest pięknie wkomponowane w całość, przyozdobione pomnikami, rzeźbami, fontannami, drzewami i krzewami ozdobnymi. W kilku miejscach dzieła sztuki wychodzą niejako z budynków, są otwartymi 24 godziny na dobę wystawami muzealnymi oświetlonymi w nocy. Wymienię tu tylko dwa tzw. ogrody sztuki: pomniki z brązu Rodina i ogród współczesnych rzeźb przez artystów z Papui-Nowej Gwinei. Nie tak dawno zaproszono 10 najbardziej znanych artystów ludowych z tego kraju. Dano im wszystko co potrzeba do tworzenia, wynagrodzono godziwie i po kilku miesiącach powstało 40 rzeźb w drewnie i kamieniu: ludzi, zwierząt i mitycznych tworów – wystarczająca liczba by “zaludnić” ogród sztuki. Innych luźnych rzeźb, pomników i konstrukcji artystycznych jest też niemało.Uniwersytet to miasto w mieście, studenci mają tu wszystko co potrzebują, nie muszą udawać się do Palo Alto. Nawet poczta amerykańska uznała to miejsce za jednostkę administracyjnie wystarczająco dużą i samodzielną, bo przyznała jej dwa zip kody. Uderzyło mnie, że studenci najczęściej nie chodzą po terenie uniwersyteckiem, ale przemieszczają się na hulajnogach, rowerach, rolkach, deskorolkach. To nie jest ich jakaś fantazja, zmuszeni są niejako do tego ze względu na ogromną przestrzeń kampusu. Szczególnie w dniach egzaminów piesi muszą specjalnie uważać by nie dochodziło do wypadków, bo student jadący na egzamin jest niedospany, półprzytomny, a wracający, któremu się nie udało zaliczyć egzaminu, jest tak sfrustrowany, że nie zawsze zauważa pieszych na swej drodze.

Nie ma dnia, by coś interesującego poza wykładami nie działo się na uniwersytecie. Od 2011 roku jesteśmy z żoną w Kalifornw okresie świąt bożonarodzeniowych corocznie. Wojtek wybiera dwa dni z najciekawszymi imprezami muzycznymi, odczytami, prezentacjami różnorodnych rodzajów sztuki na uniwersytecie, porywa mnie z domu córki do siebie: mamy okazję nurzania się w tych wspaniałościach – uniwersytet stał się dla mnie w jakimś sensie i moją instytucją.

Nie sposób opisać wszystkich ciekawych obiektów tej instytucji, nie będę ich nawet wymieniał, bo na to nie ma tu miejsca, skoncentruję się tylko na dwóch najciekawszych, które najbardziej wryły się w mój mózg i wyobraźnię, a mianowicie na kościele akademickim i muzeum uniwersyteckim, a w nim na bogatym zbiorze rzeźb człowieka uważanego przez wielu fachowców za największego rzeźbiarza w naszej zachodniej kulturze na przestrzeni prawie dwóch wieków, Augusta Rodina.

Kościół akademicki
To nie jakaś kapliczka czy sala w jednym z budynków, jak na wielu uniwersytetach, to centralny budynek uniwersytecki – nie udało się go zbudować w czasach kiedy jeszcze żył senator Leland. Dopiero w 1898 r., w cztery lata po jego śmierci, zaczęto budowę, a oddano go do użytku w r. 1903. Ponieważ uniwersytet był od początku instytucją świecką, więc i kościół nie mógł być jednodenominacyjny. W jego uroczystym poświęceniu brali udział rabin i duchowni lub biskupi wyznań protestanckich: prezbiterian, metodystów, kościoła episkopalnego i baptystów. Dostęp do kościoła mają też katolicy, a także religie niechrześcijańskie. Stanfordowie byli ludźmi bardzo religijnymi, ale wyprzedzili swoją epokę tym, że zdawali sobie sprawę, że Amerykanie to mozaika wielonarodowa, wielokulturowa, wieloreligijna, stworzyli instytucję, która miała służyć wszystkim. Wierzyli mocno, że do Pana Boga prowadzi nie jedna ścieżka, mieli szacunek do wszystkich ludzi różnych religii, stąd i kościół otwarty jest dla wszystkich.

Wspaniała pamiątka jako pamięć po mężu
Po śmierci męża pani Jane postanowiła, że nowy kościół będzie poświęcony jego pamięci. Wybudowali wcześniej wspólnie wspaniałe dwie instytucje upamiętniające syna: uniwersytet i muzeum, było rzeczą oczywistą, że i ta pamiątka musi być wyjątkowa, wspaniała, bogata. Jane Standford nazwała uniwersytet i muzeum swym sercem, kościół pamiątkowy swą duszą.

Duszy niczego się nie odmawia, stąd taki rozmach i bogactwo zdobnicze w tej budowli. Nie istniał problem ograniczonego budżetu – Jane Stanford zatrudniła do tego dzieła najsłynniejszych budowniczych i mistrzów zdobnictwa sakralnego Stanów i Europy. Kościół zaprojektował znany w swoich czasach Charles A. Coolidge. Witraże we wszystkich licznych oknach (tych wielkich jest w kościele aż 20, innych kilkadziesiąt) wyprodukowała najsłynniejsza w owych czasach firma wyspecjalizowana w tego typu zdobnictwie: J.& R Lamb Studios z Nowego Jorku. Założona w 1857 r., była pierwszą z trzech nowojorskich firm produkujących witraże nowoczesnymi metodami, gdzie szkła się nie malowało, tworzono kolory przez stopienie szkła z solami różnorodnych metali i minerałów. Firma istnieje do dzisiaj i wyprzedziła z czasem inne znane firmy La Farge i Tiffany. Produkcja wszystkich witraży trwała 3 lata, a sama instalacja aż 8 miesięcy. Prawie każdy skrawek ścian wewnętrznych i fronton kościoła pokryte są mozaikami rozrysowanymi przez słynnego M. Camerino z Wenecji, wyprodukowanymi i zainstalowanymi pod jego czujnym okiem. Zanim jednak to się stało, pani Stanford wybrała się do Wenecji gdzie spędziła trzy miesiące w pracowni artysty planując razem z nim różnorodne mozaiki, przeważnie o tematyce biblijnej, dobierając właściwe kolory, rozmiary. W kościele są i mozaiki niebiblijne. Zaintrygowała mnie jedna przedstawiająca duszę dziecka przyjmowanego do nieba przez Boga w obecności zasmuconej matki. Dopiero w czasie pisania tego artykułu uświadomiłem sobie, że to przecież dla pani Jane jest bardzo osobista mozaika, to niejako obraz pożegnalny z synem, który zmarł na tyfus w czasie wycieczki po Europie. Poza tymi mozaikami są w kościele ozdoby mozaikopodobne tworzone ze szkiełek z wtopionym w nie złotem co bardzo urozmaica kolorystykę wnętrza. Przy wejściu do kościoła wmurowana jest tablica pamiątkowa mówiąca o tym, że to dar żony dla senatora Stanforda.

Wspaniały eklektyczny twór
Kościół budowano w czasach tak zwanego renesansu amerykańskiego. Moim zdaniem lepszym słowem byłby eklektyzm niż renesans. Jadąc kiedyś do Myrtle Beach w Południowej Karolinie skręciliśmy z drogi, by zobaczyć słynny dom George’a Vanderbilta, innego milionera, którego dziadek zbił fortunę na kolejnictwie. Dom nazwano Biltmore Mansion, to już faktycznie nie dom, to wielki wspaniały pałac z 250 pokojami. Uderzyło mnie, że sam wygląd zewnętrzy jak i elementy zdobnictwa są mi znane, jakbym to kiedyś gdzieś widział. Po powrocie do domu poszperałem w źródłach i okazało się, że przed zbudowaniem swej rezydencji właściciel wysłał swego architekta R.M. Hunta do Doliny Loary by zwiedził najciekawsze zamki i zrobił szkice tego co go zainteresuje, a później by na ich podstawie zbudował i upiększył ten “chateau de Blois” po drugiej stronie oceanu, bo właśnie ten francuski zamek wybrano jako główny model. Podobnie postępowali Stanfordowie.

Zafascynowały ich budowle Wenecji, szczególnie kościół św. Marka, byli w Ravennie, stolicy Imperium Rzymskiego po zajęciu Rzymu przez któreś z plemion germańskich – w tym mieście dochowały się do naszych czasów najstarsze kościoły Europy. Byli też w Konstantynopolu, nie ominęli Hagia Sophia i tak to w oparciu o te wzory powstał kościół w Stanfordzie. Choć to zbitka różnych stylów, to najogólniej mówiąc jest to budynek romański, a dekoracje, szczególnie mozaiki i ozdoby w formie liści wykutych w kamieniu, to sztuka bizantyjska. To jednonawowa bazylika. Nie zostało w niej nic z surowości dawnego stylu romańskiego z racji nie tylko bogactwa zdobniczego, ale i dlatego, że linie proste konstrukcji zastąpiono, gdzie się dało, liniami półkulistymi, a samo prezbiterium jest wpisane w koło. Kościół zbudowano na planie krzyża rzymskiego (nawa jest dłuższa od transeptu, czyli nawy poprzecznej). Ma wymiary 58 na 46 metrów. Zbudowany jest z bloków piaskowca, pokryty czerwoną dachówką z terakoty, jak i inne starsze budowle uniwersyteckie. Kiedyś miał wieżę nad prezbiterium, ta uległa zniszczeniu w czasie trzęsienia ziemi w 1906 r., uszkodziła dach i wnętrze kościoła. Zdewastowane były prawie wszystkie mozaiki. Chyba dobrze się stało, że oglądanie tej dewastacji było oszczędzone Jane – zmarła rok wcześniej. Zniszczenia były tak wielkie, że odbudowa kościoła trwała 9 lat. Mozaiki udało się odtworzyć, bo żył jeszcze pan Camerino, zachował w swoich zbiorach oryginalne ich szkice. Następne trzęsienie ziemi w r. 1989 także spowodowało duże szkody w kościele, ale go nie zdewastowało aż tak jak poprzednie.

Imponujący jest fronton kościoła. Dolna jego część to trzy wielkie bramy i w nich potężne metalowe drzwi wejściowe. Łuki portalowe są pokryte misternymi rzeźbami w kamieniu tak precyzyjnymi i eleganckimi, że mam odwagę porównać je ze zdobnictwem w bajecznej Alhambrze w Granadzie. Górna część frontonu w formie trójkąta to trzy potężne witraże prawie wielkości portali tuż pod nimi. Boczne dwa podzielone są na trzy części kolumienkami. Nad i z boków tych witraży znajduje się przeogromna mozaika (26 m x 9.1 m) zwyczajowo nazywana kazaniem Chrystusa na górze, chociaż ja tam żadnej góry nie widziałem, to po prostu obraz jednego ze spotkań Chrystusa z ludem. Kilka postaci biblijnych i misterne listki na gałązkach wypełniają resztę przestrzeni całego frontonu. Wnętrze to po prostu orgia kolorów i ich odcieni; ktoś cierpliwy i zakochany w częstym przebywaniu w tym kościele naliczył ich setki. W każdej porze dnia, w dni pogodne i pochmurne, nawet w różnych porach roku to różne, kolorystyczne widowisko. Żałuję, że tylko raz wszedłem do tej wprost mistycznej świątyni. Te niesamowite kolorystyczne efekty są spowodowane przede wszystkim filtracją światła przez liczne witraże, wzmocnione przez zmianę kolorów mozaik oświetlonych tym odmienionym światłem, no i odblask złota stopionego ze szkłem w innych ozdobach świątyni. Nie było czasu, by się przyjrzeć poszczególnym mozaikom (jest ich w kościele aż 24), witrażom i innym elementom zdobniczym; by to wszystko jakoś przyswoić i uporządkować sobie w głowie trzeba by było na to kilka dni oglądania.

Faktyczne centrum kulturowe i religijne uniwersytetu
Kościół ma bardzo ciekawą historię. Był chyba pierwszym kościołem na świecie, gdzie wprowadzono do nabożeństw muzykę jazzową, bo w tym czasie jednym z kapelanów kościoła był muzyk jazzowy – od tej pory kościół został w pełni zaakceptowany przez młodzież studencką jako jej budynek. Kościół ma aż cztery organy, największe oryginalne z 3700 piszczałkami mają się dobrze i dzisiaj. To stwarza warunki do bardzo rozbudowanych i muzycznie skomplikowanych wielkich imprez muzyki sakralnej. Tu często koncertują studenckie chóry akademickie i orkiestra symfoniczna. To bardzo popularne miejsce uroczystości ślubnych: jest ich ok. 150 rocznie, a od roku 1995 doliczono się aż 7500. Tu, może i po raz pierwszy w normalnym kościele (a nie w kapliczkach ślubnych przy hotelach, jak w Las Vegas), odbyła się w r. 1993 uroczystość ślubna dwóch gejów. By nie frustrować tradycjonalistów ceremonię tę nazwano “vows of commitment” (ślubowania wzajemnego oddania).

Muzeum uniwersyteckie i najwspanialsze jego eksponaty – rzeźby Rodina Inną niezwykle popularną i wspaniałą instytucją jest muzeum uniwersyteckie, obecnie część Wydziału Sztuk Pięknych. Jak wspomniałem wcześniej, Stanfordowie podobnie jak wielu innych milionerów w ich czasach, byli namiętnymi zbieraczami dzieł sztuki. Wciągnął się w tę pasję także ich kilkunastoletni syn. Gdy powstało muzeum, zbiory te umieszczono tu. Nic więc dziwnego, że od początku swego istnienia instytucja ta była jedną z najbogatszych w świecie muzeów uniwersyteckich. Ma świetne zbiory wielowiekowej sztuki europejskiej, bogate zbiory afrykańskie i z terenów Oceanii.

Na zakup nowych eksponatów nigdy nie żałowano pieniędzy, ale najdroższe i najwspanialsze pochodzą z darowizn ludzi bogatych. Kiedyś jadąc ulicą Los Angeles o mało nie spowodowałem wypadku, bo przy jakimś budynku na niewielkiej przestrzeni zauważyłem kilkanaście rzeźb, nacisnąłem na hamulce, musiałem to zobaczyć. Te rzeźby ogrodowe okazały się być autentykami Rodina. Budynek ten to jedno z muzeów tego miasta, w tym dniu zamknięty, jednak na zewnątrz te najcenniejsze jego eksponaty były dostępne dla ludzi siedem dni w tygodniu, dwadzieścia cztery godzin na dobę. Dopiero w Stanfordzie dowiedziałem się, że darczyńcą dzieł Rodina zarówno w Los Angeles jak i tu był multimilioner B. Gerald Cantor, którego nazwiskiem ochrzczono Centrum Sztuki uniwersytetu. Człowiek ten zrobił miliony na upowszechnianiu praktyki inwestowania przez zwykłych obywateli, miał swój bank inwestycyjny. Swoje zbiory Rodina nie podzielił równo, bo aż około 200 sztuk przekazał Stanfordowi. Jednym z głównych powodów tej szczodrości dla tego uniwersytetu było chyba to, że na Wydziale Sztuk Pięknych profesorem był Albert Elsen, jeden z największych znawców Rodina – to upewniło darczyńcę, że jego darowizna będzie odpowiednio wyeksponowana i zadbana.

Życie i twórczość Rodina
Nie można w pełni poznać dzieła sztuki bez poznania jego twórcy. August Rodin żył w latach 1840-1917. Kilkakrotnie próbował dostać się do słynnej paryskiej Akademii Sztuk Pięknych, niestety bezskutecznie, bo jego gliniane modele nie podobały się starczym jurorom, którzy jeszcze tkwili w mentalności neoklasycznej. Z konieczności wybrał szkołę kształcącą rzemieślników w zakresie tworzenia dekoracji rzeźbiarskich. Tyle tylko nauki formalnej. To mu wystarczyło by stać się najsłynniejszym rzeźbiarzem dwóch ubiegłych wieków. Faktycznie on otworzył wrota dla rzeźbiarstwa współczesnego. Żył w czasach impresjonizmu i symbolizmu. Był impresjonistą, bo w jego rzeźbach pewna szkicowość, zmarszczki, pofałdowane powierzchnie sprawiały, że światłocienie ożywiały rzeźbę człowieka, że robiła wrażenie żywej istoty. Był symbolistą i odnowicielem romantyzmu w rzeźbie, bo nie stronił od legend, mitów, ale interpretował je artystycznie inaczej niż jego współcześni. Był realistą gdy chodziło o takie szczegóły anatomiczne jak oczy, usta, potrafił przedstawić mięśnie ludzkie i całe postacie tak realistycznie, że powstawała iluzja, że są w ruchu. Ważniejszą dla niego nawet od tej wspaniałej iluzji była troska, by pozwolić osobie oglądającej jego dzieło po prostu “wedrzeć się do serca” postaci reprezentowanych przez nie i odczuć te wszystkie emocje, zagubienie, terror, ale i odczucia pozytywne. Pierwsze po studiach zatrudnienie znalazł w Belgii. Praca w firmach budowlanych i zdobniczych pozwalały mu żyć skromnie razem z kobietą jego życia Rose Beuret, która urodziła mu syna i którą poślubił dopiero w roku ich śmierci, w 1917. Jak wielu pełnokrwistych Francuzów miał kochanki, swoje uczennice, a najważniejszą z nich była Camille Claudel, wybitna rzeźbiarka, siostra słynnego poety, pisarza i dyplomaty Paula Claudela. Też mu towarzyszyła jako kochanka aż do jego śmierci, a potem resztę życia, ok. 30 lat, spędziła w domu obłąkanych.

This slideshow requires JavaScript.

Prywatne wystawy jego pierwszych prac pozwoliły mu zebrać tyle gotówki, że zafundował sobie wyjazd do Włoch w r. 1875. To były przełomowe dwa miesiące w jego życiu. Zachwyciła go twórczość Donatella i rzeźby Michała Anioła. Ten drugi natchnął go myślą, by nigdy nie ulegać trendom i upodobaniom chwili, by być zawsze sobą. Takim pozostał całe życie, choć to powodowało, że miał więcej wrogów niż sympatyków. Jego geniusz przezwyciężył te trudności, zaczęto zamawiać u niego wielkie, drogie rzeźby, stał się pod koniec życia bogaty i bardzo sławny. Nie tylko rzeźbił: malował, rysował. Znany jest jednak na świecie jako rzeźbiarz przede wszystkim posągów. Najbardziej znane jego dzieła to odlewy z brązu, a każdy odlew tworzył z wzorca glinianego lub z gipsu: to nie tylko wzorce, ale oryginalne dzieła dopieszczone w każdym szczególe, wiele z nich dochowało się do naszych czasów. Rząd francuski zadbał wreszcie o to, żeby nie dokonywać więcej niż dwanaście odlewów z rzeźby podstawowej. Jego rzeźby ludzkie to postacie często nagie, nawet św. Jana Chrzciciela wyrzeźbił bez odzienia. Uważał, i wielu znawców sztuki uznawało to za słuszną decyzję artysty, bo tylko tego typu dzieło pozwala w pełni poznać człowieka poprzez obserwację całego ciała, nie tylko twarzy, pomaga do pełniejszego dotarcia do jego myśli, uczuć, pragnień, po prostu do duszy człowieka wyrzeźbionego.

Najsłynniejsze dzieło – Mieszczanie Calais
Dzieła Rodina w Stanfordzie to przeważnie odlewy z brązu, ale także rzeźby w kamieniu, gipsie, wosku i rzeźby ceramiczne. Dwadzieścia największych i najważniejszych rzeźb umieszczono na zewnątrz budynku muzealnego bez jakiejkolwiek osłony przed deszczem, wiatrem, burzami. Dziewiętnaście w ogrodzie rzeźb, a dzieło zwane Mieszczanie Calais, jest ustawione oddzielnie przy głównej bramie uniwersyteckiej. Od rzeźby Mieszczanie Calais trudno było oderwać moją żonę. Zachwyciła ją nietypowością, misternym oddaniem odczuć i emocji sześciu postaci, u każdego nieco innych. Temat narzuciło życie. Wiele wieków wcześniej w czasie Wojny Stuletniej między Anglią i Francją, król Anglii Edward III obległ miasto portowe Calais i wydał rozkaz wyrżnięcia wszystkich mieszkańców po jego zdobyciu. Potem zreflektował się i zaofiarował alternatywę, by najważniejsi mieszczanie z odkrytą głową, boso i ze sznurami na szyjach zjawili się przed nim i oddali mu klucze do miasta i twierdzy. Oni zginą, ale inni mieszkańcy będą mieli darowane życie. Zgłosiło się sześciu obywateli. Do ich morderstwa nie doszło, bo żona króla, Philippa, uprosiła męża, by i im darował życie. Temat ten natchnął Rodina, bo widział w nim dla siebie ogromne pole artystycznego popisu. I faktycznie stworzył rzeźbę sześciu mieszczan wychodzących z miasta w stronę obozu królewskiego. Stworzył iluzję, że ci ludzi wydają się poruszać; rzeczą wprost genialną było oddanie emocji, jakie każdy indywidualnie i odmiennie przeżywa przed zbliżającą się śmiercią. Rzeźby tej Rodin nie pozwolił umieścić na cokole, co było dotychczas praktyką powszechną. Przykazał umieścić ją wprost na ziemi, lub bruku i oddalić figury od siebie, by każdy zwiedzający mógł każdą obejrzeć ze wszystkich stron i wczuć się w jej odczucia. Dyskusje z członkami zarządu miasta Calais, którzy nie potrafili zrozumieć wizji artysty, trwały prawie 40 lat. Dopiero w roku jego śmierci ustąpiono i umieszczono rzeźbę przed merostwem tak jak artysta tego żądał. Dziś to genialne dzieło cieszy oczy wrażliwych na sztukę nie tylko w Calais, ale i w kilku innych miejcowościach na świecie. Nie wyobrażam sobie lepszej reklamy Stanfordu niż umieszczenie tego dzieła przed główną bramą uniwersytecką.

Zanim powiem kilka słów o drugim wielkim dziele artysty, wrócę do wcześniejszych czasów. Po powrocie z Włoch do Belgii, pierwszą ważniejszą rzeźbą Rodina było studium mężczyzny. Prawie nikomu z krytyków się ono nie podobało już nie ze względu na nagość, ale dlatego, że nie reprezentowało konkretnego żywego człowieka, czy znanego z literatury lub legend, nie miało nazwy, a więc było dla nich tworem dziwnym, a jeszcze bardziej z tego powodu, że szczegóły anatomiczne rzeźby były tak realistyczne, że oskarżono go o tzw. “surmoulage”, czyli oblepienie żywego człowieka gliną czy gipsem, by zdobyć w ten sposób trudniejsze do wyrzeźbienia szczegóły anatomii – nie wyobrażano sobie że ktokolwiek jest zdolny, by np. twarz człowieka wyrzeźbić na modelu tak realistycznie. Rodin dał rzeźbie nazwę, przy okazji zadrwił sobie z oskarżycieli, bo to ciągle nie była indywidualna nazwa, ale wprost wyssany z palca “Wiek Brązu”. Drugim zarzutem tak się przejął, że odtąd każda jego figura człowieka była wyższa o kilkadziesiąt centymetrów od osoby rzeźbionej.

Wrota Piekła i centralna na nich rzeźba
Myśliciel Gdy dostał zamówienie na drzwi planowanego Muzeum Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu wybrał temat “wrota piekła”. A ponieważ do piekła trafia dużo ludzi, więc nic dziwnego, że i na jego drzwiach jest dużo, bo aż 186 potępionych. Oczywiście nie mógł umieszczać na nich ludzi ponad dwumetrowych; były to miniatury, ale każda inna, bardzo dopracowana artystycznie. Z ważniejszych figur tworzył potem indywidualne rzeźby naturalnej wielkości; już nie bał się zarzutu surmoulage, bo to już nie oryginalne, ale pochodne twory.

Gdy mowa o tym rzeźbionym piekle Rodin szukając natchnienia naturalnie zajrzał do jednego z najgenialniejszych dzieł, jakie wyszły w Europie spod pióra, do “Boskiej Komedii”, a przede wszystkim do jednej z jej trzech ksiąg zatytułowanej Piekło. Gdy wyczerpał pomysły z Dantego zwrócił oczy na dzieła współczesnych sobie pisarzy i najwięcej pomysłów zaczerpnął z tomiku wierszy “Fleurs du mal” (Kwiaty zła) Charlesa Baudelaira. Był to okres symbolizmu, okres absolutnego szczytu twórczego w literaturze francuskiej, szczególnie w poezji. Rodin miał z czego wybierać. Pracował nad tymi drzwiami wprost obsesyjnie. Tworzył je przez kilkadziesiąt lat, nawet gdy już zrezygnowano z budowy muzeum. Te drzwi to wprost porażający widok. Rzeźba jest przeładowana celowo, to jakiś zamierzony artystyczny bałagan, i wszystko daje widzowi odczucie jakiegoś szaleństwa, beznadziejności. By dać szansę odreagowania, artysta oszczędnie dozuje wyciszone, nawet romantyczne scenki na tych piekielnych drzwiach, jak choćby słynny Pocałunek – to sympatyczna intymna rzeźba dwojga ludzi zakochanych, przytulonych do siebie wyrażających swe uczucia pocałunkiem, mimo tragedii wokół nich. Rodin odtworzył tę rzeźbę w normalnych rozmiarach i ona razem z Myślicielem rozsławiła go najbardziej w świecie.

Centralną postacią na Drzwiach Piekła jest postać Myśliciela dumającego nas losem świata i obserwującego dusze w drodze na potępienie. Początkowo artysta nazwał tę rzeźbę Poetą, co jest oczywistym ukłonem w stronę Dantego, ale ponieważ rzeźba przypomina bardziej filozofa niż poetę, a Dante był nie tylko poetą, ale i filozofem, teologiem, historiozofem, zmienił nazwę na Myśliciela. To – jak się można spodziewać po Rodinie – nie jakaś zwyczajna rzeźba poety, ale artystyczna, ideologiczna zbitka Dantego, biblijnego Adama i Prometeusza. Wnętrze muzeum to masa innych tworów Rodina. Wszystkie brązy Rodina, o których przedtem słyszałem, znalazłem w Stanfordzie. Ten dzień na terenie uniwersytetu był jednym z najbardziej intensywnych i emocjonalnych moich dni w Północnej Kalifornii.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.