Niezwykły uniwersytet Stanford (1)

0

Cztery uniwersytety Doliny Krzemowej
Podczas mojej podróży po północnej Kalifornii w grudniu 2011 roku miałem okazję odwiedzić cztery uniwersytety. Dwa z nich – jeden w centrum San Jose, drugi praktycznie na jego przedmieściach w Santa Clara. Były zadbane, czyste, dla bezpieczeństwa pieszych auta nie mogły wjeżdżać w pobliże zabudowań uniwersyteckich, budynki ciekawe, architektonicznie zgrane za sobą przeważnie w stylu renesansu misyjnego, otoczone drzewami tropikalnymi i ozdobnymi krzewami. Są to stanowy University of San Jose i jezuicka uczelnia prywatna na terenie dawnej misji franciszkańskiej – Santa Clara University.

Tereny prywatnego uniwersytetu wyglądają jak dopieszczony miejski parki: elegancko zagospodarowany, niezatruty spalinami – nic dziwnego, że ludność miejscowa przyjeżdża tu by odpocząć, mieć miłe spacery i spotkania ze znajomymi w czasie weekendów. Podobały mi się te miejsca. Dwa inne uniwersytety nie tylko mi się podobały, ale mnie zaintrygowały, wprost zachwyciły, czegoś takiego w życiu nie widziałem, chociaż miałem okazję zwiedzania dziesiątak uczelni na dwóch kontynentach.

Jeden z nich to nawet nie w pełni samodzielny uniwersytet, ale jeden z dziesięciu kampusów University of California w miejscowości Santa Cruz. Tu nadoceaniczne pasmo górskie wciska się wprost do oceanu; uniwersytet zbudowano na zboczach szczytów górskich na wielkim zalesionym terenie. Budynków uniwersyteckich nie widać, są wszystkie ukryte wśród skał i wzniesień. Jedynie przy wjeździe jest płaskowyż; znalazło się tu miejsce na stadion i budynki użyteczności publicznej dla studentów. Na niezalesionym zboczu widać kilka akademików. Innych budynków trzeba żmudnie szukać podróżując bardzo wijącymi się górskimi dróżkami. Tu studenci żyją w symbiozie z prawdziwymi właścicielami tych terenów – zwierzakami. Na nasze przywitanie wyszła z lasu gromada saren zżyta z tworami dwunożnymi, pozwalała się fotografować, nawet wydawało mi się, że sarenki ustawiały się do fotografii. Nie spodziewałem się, że ten ukryty wśród drzew i wzgórz kampus jest dość dużą instytucją (w Kalifornii uchodzi jednak za średniej wielkości, bo tam duże musi być bardzo duże), liczy 15 tysięcy studentów, tysiące pracowników nieakademickich i około 2 tysięcy wykładowców. Obejrzenie uniwersytetu w mocno zalesionych górach to rzeczywiście moje pierwsze tego typu doświadczenie.

This slideshow requires JavaScript.

Prawdziwego szoku doznałem, gdy mój kolega ze studiów Wojtek Zalewski oprowadził żonę i mnie po uniwersytecie Stanford – wygląda bardziej na piękne nowoczesne miasto niż uniwersytet. Przewodnik wymarzony, spędził na tym uniwersytecie około 40 lat jako bibliotekarz zbiorów słowiańskich i religioznawczych. Instytucja ta jest tej samej wielkości, gdy chodzi o liczbę studentów i profesorów, co wspomniany wyżej kampus w Santa Cruz, położona jest na wschodnim przedpolu gór nadoceanicznych, budynki uniwersyteckie są na terenie płaskim, na wzniesieniach zbudowano rezydencje dla profesorów, innych pracowników uniwersyteckich i akademiki. Znajduje się przy Palo Alto, mieście pomyślanym jako dostawca usług dla uniwersytetu, dzisiaj liczącym ok. 65 tysięcy mieszkańców. Cały teren to aż 33 kilometry kwadratowe, jak teren niejednego średniej wielkości miasta, większy od centrów miejskich wielu miast ponadmilionowych, sto razy większy od Państwa Watykańskiego. Stanford oddalony jest od San Francisco o około 60, a od San Jose o nieco ponad 30 kilometrów.

Budowa i wcześniejsze lata funkcjonowania Stanfordu
Budowę uniwersytetu zaczęto w roku 1886. Otworzył podwoje 5 lat później dla 559 studentów i 15 wykładowców. Tragedia rodzinna stała się impulsem do fundacji uniwersytetu i założenia miasta przez jednego z najbogatszych kalifornijskich magnatów kolejowych, a także senatora i gubernatora Kalifornii, Lelanda Stanforda. On, jego żona Jane i syn Leland Junior lubili podróżować, zbierali dzieła sztuki: rodzice przeważnie europejskie, a syna fascynowała przede wszystkim sztuka aborygenów Afryki i Oceanii.

W czasie jednej z takich podróży po Europie Leland Jr. zachorował w Atenach na tyfus. W poszukiwaniu najlepszych lekarzy przetransportowano go natychmiast do Neapolu, stamtąd do Rzymu, z Rzymu do Florecji i tam zmarł w 1884 r. Usłużna legenda podaje, że ten zaledwie szesnastoletni chłopiec przed śmiercią zasugerował rodzicom by na terenach ich farmy hodowli koni przy dzisiejszym Palo Alto ufundowali uniwersytet, a tata przy tej okazji miał powiedzieć że “dzieci Kalifornii będą odtąd naszymi dziećmi”. Inna wersja legendy jest taka, że zmarły syn przyśnił się ojcu i poprosił go by zrobił coś pożytecznego dla ludzi w jego wieku.

Dwa lata po otwarciu uniwersytetu umarł założyciel, i choć uniwersytet miał statut, radę nadzorczą, rektora, ale faktyczny zarząd uniwersytetem przejęła “żelazna Jane”. Sama chciała dobrze, ale jej pomysły i rozporządzenia nie pomagały w przetrwaniu instytucji, i faktycznie razem z siłami natury, nieżyczliwością rządu stanowego, recesją ekonomiczną robiła wszystko, by unicestwić to dzieło. Gdy uniwersytet znalazł na skraju upadku przypomniała sobie, że to memoriał zbudowany dla jej syna i sypnęła wtedy milionami by utrzymać go przy życiu. Zmieniała statut uniwersytecki, czym pośrednio robiła na urzędnikach rządowych wrażenie, że to nie instytucja edukacji publicznej, ale prywatna szkółka jakiejś milionerki. Do pierwotnego statutu mówiącego o uczeniu studentów o Bogu i duszy nieśmiertelnej dodała dziwaczną teorię, że dusza to ziarenko, o które trzeba zadbać, by wykiełkowało i przyniosło plony. Tej teorii jak pacierza uczono na wszystkich wydziałach w jej czasach. Do rozporządzenia męża o tym, że uniwersytet ma być instytucją koedukacyjną (bardzo odważna i postępowa decyzja jak na owe czasy) dodała zapis, że tylko 500 dziewcząt może być przyjętych na studia w poszczególnym roku, co później zmieniono na jedną trzecią całej populacji studenckiej. Dzisiaj na studiach dyplomowych jest 48%, a na podyplomowych 37% dziewcząt.

Jane zabroniła używania nagich modeli na wydziale sztuk pięknych, nie pozwoliła na zbudowanie szpitala akademickiego, by nie sugerować, że studiuje w jej instytucji chorowita młodzież. Była bezwzględna wobec naukowców, którzy choćby trochę inaczej myśleli niż ona. Po zwolnieniu z pracy “ojca” socjologii amerykańskiej E. A. Rossa wybuchł wielki skandal w całych Stanach, który mocno zaszkodził reputacji uczelni.

Walka o przetrwanie
Mimo oryginalnej wstawki do statutu o Bogu i duszy nieśmiertelnej była to od początku uczelnia świecka, niepowiązana z żadną instytucją religijną. Wstawka ta była poprzedzona krótkim wprowadzeniem “to prohibit sectarian instruction”, co było dość subtelną sugestią, że ta uczelnia ma mieć charakter świecki. Szarogęsienie się pani Jane spowodowało, że rząd Kalifornii odmówił uznania uniwersytetu jako instytucji użyteczności publicznej. Nałożono na posiadłość uniwersytecką podatek w wysokości 15 milionów dolarów, zablokowano konto uniwersyteckie, sprawa trafiła do sądu, ciągnęła się latami, dopiero dwaj prawnicy bracia Crothers, jedni z pierwszych alumnów uczelni, wyperswadowali komu trzeba, że to prawdziwy uniwersytet i tak to sprawę spłaty podatku umorzono. Stało się to dopiero po orzeczeniu pani Stanford przed sądem, że nie będzie się mieszała do zarządzania uniwersytetem i nic zmieniała w jego dokumentach założycielskich.

Mimo tych niefortunnych decyzji Jane Stanford, nie trzeba zapominać, że po swojemu była bardzo zaangażowania w utrzymanie i rozbudowę uczelni. Gdyby nie jej osobiste miliony uniwersytet prawdopodobnie upadłby zaraz po powstaniu. Jej trochę dziwna dla nas religijność nie była dziwną w owych czasach, jej wysiłki, by zredukować liczbę dziewcząt studiujących była w pewnym sensie ciągle postępowa w jej czasach: inne wielkie uniwersytety zamykały bramy przed nimi, bo w mentalności nie tylko mężczyzn ale i kobiet owych czasów kobieta była istotą mniej doskonałą niż mężczyzna, miała mu służyć, a do tego niepotrzebne jest wykształcenie uniwersyteckie. Kobiety pozbawione były wielu przywilejów i praw, którymi cieszyli się mężczyźni, choćby prawa głosowania w wyborach stanowych i federalnych.

Zablokowanie konta i nałożenie podatku nie były jedynymi kłopotami dla zarządców uniwersytetu. W 1893 roku, roku śmierci Lelanda seniora, Ameryka pogrążyła się w ekonomicznej depresji i recesji, o których dziś mało kto wie, co uderzyło mocno nie tylko w prosty lud, ale i po kieszeniach milionerów. Z recesji wyciągnęło i uratowało nie tylko uniwersytet ale i Kalifornię odkrycie złota na Alasce, kiedy to w 4 lata później nastąpił “Klondike Gold Rush”. Słynne trzęsienie ziemi z roku 1906 bardzo zdewastowało instytucję – odbudowywano ją mozolnie przez wiele lat.

Jeden z najpiękniejszych, najbogatszych i najlepszych uniwersytetów na Świecie
Do ostatnich trzech dekad XX w. uniwersytet okrzepł i funkcjonował jako poważna instytucja, ale w cieniu innych potęg naukowych i edukacyjnych jak choćby słynne uniwersytety stanu New York: Yale, Cornell, Columbia, szereg innych uczelni Stanówn jak Harvard, angielskie Cambridge i Oxford, francuska Sorbona. Po powstaniu Doliny Krzemowej, której twórcą był przede wszystkim Frederick Terman, dziekan nauk inżynieryjnych tego uniwersytetu, role się odwróciły – teraz one znalazły się w jego cieniu.

To drugi co do ważności uniwersytet świata według orzeczenia najpoważniejszej instytucji rankingowej w tej dziedzinie: Akademickiego Rankingu Uniwersytetów Świata, a jego program komputerowy i szkoła administracji biznesu nie mają sobie równych. Uniwersytet ten jest dzisiaj drugim w świecie pod względem przeogromnej sumy w budżecie operacyjnym i jest także drugim z tych, które dały światu najwięcej milionerów i miliarderów. Od wielu lat pierwszą pozycję w rankingu ma Harvard. Przejrzałem kilka innych rankingów: we wszystkich Stanford mieści się w pierwszej piątce najlepszych uniwersytetów świata, a w tych rankingach gdzie uniwersytety prywatne oceniane są oddzielnie, zajmuje prawie zawsze pierwszą pozycję w świecie.

Dzisiaj Stanford to już nie tylko uniwersytet, to potężna korporacja, która rozprzestrzenia się nie tylko po Kalifornii, ale ma swe filie poza Stanami w Afryce Południowej i Chinach. I choć na głównym kampusie w programie licencjackim, zwanym także dyplomowym (undergraduate), kilka lat temu gdy go zwiedzałem studiowało tylko około 7 000 studentów, a na podyplomowym (graduate) 8 400, uniwersytet przeznaczył na cele edukacyjne i inne jak np. utrzymanie budynków, dróg, budowę nowych obiektów w tym roku akademickim 5,3 miliarda dolarów, zarządzał majątkiem 16,5 miliarda przeznaczonym na funkcjonowanie instytucji, a wszystkie aktywa uniwersyteckie przekraczały 25 miliardów. Zadałem sobie trud podliczenia budżetu operacyjnego na lata 2011-12 chyba największej uczelni na świecie, University of California, na którym studiuje 16 razy więcej studentów niż w Stanfordzie. Wynosi on dla wszystkich dziesięciu kampusów niewiele ponad 7 miliardów, czyli niedużo więcej niż budżet Stanfordu. I choć czesne na tym uniwersytecie jest wysokie, bo ok. 60 tysięcy rocznie, to jednak główny dochód tej instytucji to darowizny alumnów-milionerów i firm zapoczątkowanych tu w ramach programów uniwersyteckich, to wpływy z wielu wynalazków tu odkrytych, których patenty są własnością uniwersytetu i tym podobnych źródeł. Darowizny na cele uniwersyteckie w ostatnich kilku latach to około 1 miliard dolarów każdego roku.

Oprowadzając nas po uniwersytecie kolega pokazał nam także najnowszą jego część – wszystko zbudowano już w XXI wieku. Wspaniałe, przestronne, nowoczesne budowle ufundowane przez szefów wielu firm, przeważnie komputerowych. Ktoś zapoczątkował ten trend, inni wielcy, bogaci i ważni poszli w jego ślady, nawet najbogatszy człowiek świata Bill Gates, który z tym uniwersytetem nie miał nic wspólnego i którego Microsoft ma swą siedzibę w innym stanie, w Washington, tu też zostawił swoją pamiątkę – wielki nowy budynek wydziału nauk informatycznych i komputerowych – prezent dla Stanfordu.

Do Stanfordu, jak pszczoły do ula, spieszą ludzie z całego świata, zarówno studenci jak i profesorowie i naukowcy. Doczytałem się, że na akademicki rok 2012/13 złożono 34 tysięce aplikacji, ale tylko 10 lub niewiele ponad 10 procent zostało przyjętych. Uniwersytet był w przeszłości hojny dla studentów, bo aż do lat trzydziestych XX w. nie pobierano czesnego, a obecnie aż 80 procent studiujących jest objętych stypendiami i innymi pomocami. Studiuje tu także wielu obcokrajowców, także Polaków utrzymując się ze stypendiów fundowanych przez uniwersytet. Gdy rodzice amerykańskiego studenta zarabiają rocznie mniej niż 60 tys. dolarów, uniwersytet funduje ich dziecku bezpłatne zakwaterowanie, posiłki i zwolnienie z czesnego.

Stanford przyciąga w swoje szeregi najtęższe głowy na pozycje profesorskie i do badań naukowych. Statystyki są nieprawdopodobne: pracuje tu 16 noblistów, a kroniki uniwersyteckie podają liczbę pięćdziesięciu laureatów nagrody Nobla, obecnie i w przeszłości związanych z uniwersytetem. Pracuje tutaj także 4 laureatów nagrody Pulitzera. W dziedzinie nauk komputerowych najważniejszą nagrodą jest tak zwany pospolicie “mały nobel” czyli nagroda Turinga w wysokości 250 tysięcy dolarów. Aż 19 takich Turingów przyznano ludziom związanym ze Stanfordem, czyli ponad połowę całej puli wszystkich rozdanych nagród.

Największą sławę uniwersytetowi przynoszą studia komputerowe. Ich absolwenci założyli firmy, których nazwy dzisiaj nawet przedszkolaki znają jak np. Yahoo, Google, Netscape i trochę mniej znane, ale wielkie i potężne jak Sun Microsystems, Cisco System, Hewlett-Pacard i kilka innych.

Wszystko na uniwersytecie jest zapięte na ostatni guzik, wszystko pracuje jak w zegarku szwajcarskim. Jest masa odczytów największych autorytetów o światowej sławie, jest niezliczona liczba wydarzeń kulturalnorozrywkowych. Jest tu profesjonalny teatr, jedno z najbogatszych uniwersyteckich muzeów, orkiestra symfoniczna, mniejsze zespoły muzyczne, chyba pięć różnych chórów, zespoły taneczne – nie będę wymieniał innych organizacji studenckich, bo jest ich wiele. Nawet sport jest tu na najwyższym poziomie. Podam jeden tylko przykład – na Olimpiadzie Letniej w Pekinie studenci Stanfordu zdobyli aż dwadzieścia pięć medali – osiem z nich to złote, czyli więcej niż każdy inny uniwersytet czy jakakolwiek inna instytucja sportowa świata, więcej niż ogromna większość krajów biorących udział w tej imprezie. Można wymienić dziesiątki, a może i setki słynnych osobistości z różnych dziedzin sztuki, nauki, z różnych ścieżek życia, którzy tu zdobywali swoją wiedzę. Ciekawostką jest, że nie tak dawno najsłynniejszy tenisista świata John McEnroe i sławny gracz w golfa Tiger Woods siedzieli w ławach tego uniwersytetu, ale ławy były chyba zbyt twarde dla nich, bo nie ukończyli studiów.

Tu studiowali premierzy Japonii Yukio Hotoyama i Izraela Ehud Barak, prezydent Peru Alejandro Toledo. Tu pracowała przed powołaniem przez prezydenta G.W. Busha na stanowisko doradcy do spraw bezpieczeństwa, a nieco później na stanowisko sekretarza stanu Condoleezza Rice. Była prowostem uniwersytetu w latach 1993-99, tu wróciła, tu mieszka i jest wykładowcą w szkole biznesu i na wydziale nauk politycznych.

Hoover Institution of War, Revolution and Peace
Najsłynniejszym alumnem Stanfordu był prezydent Stanów Zjednoczonych Herbert Hoover. Dużo mu zawdzięcza Europa. Zanim został prezydentem organizował pomoc dla wielu krajów zdewastowanych w pierwszej wojnie światowej. Pomógł bardzo rodzącej się Polsce. Zaprzyjaźnił się z pianistą i premierem naszego kraju Ignacym Paderewskim. Na terenie uniwersytetu zbudował swą stałą rezydencję; to piękny budynek, uznany już za zabytek, obecnie dom mieszkalny prezydentów uniwersytetu. Jego genialnym pomysłem było stworzenie na tym terenie archiwum zwanego dzisiaj Hoover Institution of War, Re-volution and Peace. To wielka, niezalezna instytucja od administracji uniwersytetu, o swej działalności reportuje bezpośrednio prezydentowi uniwersytetu.

Herbert Hoover wiedział, że świat po pierwszej wojnie światowej nadal jest niespokojny, że następny konflikt wisi na włosku i że w czasie wojen materiały źródłowe przepadają, więc by je zabezpieczyć wysyłał ludzi do wielu krajów, szczególnie tych skonfliktowanych, by często z narażeniem życia je zbierali. Najbogatsze są zbiory rosyjskie i chińskie. Ale jest tu wiele i polskich materiałów, dużo pamiątek po Paderewskim. Wspomniany wyżej Wojciech Zalewski na studiach bibliotekarskich na uniwersytecie w San Jose w oparciu o te materiały napisał pracę magisterką na temat podziemnej prasy polskiej w czasach drugiej wojny światowej – przypuszczam, że i w Polsce nie znalazłby tylu materiałów źródłowych co tu. Odkryłem, że oryginalne pisma mojej prawie sąsiadki Róży Luksemburg (mieszkała w Zamościu odległym o 17 km od mej miejscowości) są tu zdeponowane, można tu znaleźć dzienniki Goebelsa. Władze Sowieckiej Rosji poprosiły pokornie, by im pozwolono skopiować pierwszy numer z dnia 5 marca 1917 r. ich gadzinówki Pravdy, na co dostały pozwolenie.

Ten instytut jest pod wieloma względami jedynym tego typu instytutem na świecie, zatrudnia dużą grupę bibliotekarzy, archiwistów i utrzymuje wielu rezydentów- naukowców piszących artykuły i książki w oparciu o jego materiały archiwalne.

Tego typu instytutów przy uniwersytecie jest więcej, wymienię tylko przykładowo dwa: Stanford Research Institute i Institute for International Studies. Ważną placówką naukową jest SLAC – National Acclerator Laboratory z ponad trzykilometrowym linearnym tunelem przyśpieszania cząsteczek atomowych. Służy on kilku wydziałom uniwersyteckim, a przede wszystkim jest instytucją dostępną naukowcom Stanów i całego świata. Zatrudnionych jest tu około 1000 pracowników.

Niezwykłe dwa pomniki honorujące zmarłego syna Stanfordów
Leland Stanford planując uhonorowanie swego zmarłego syna jakąś trwałą pamiątką początkowo wahał się czy to będzie muzeum, czy uniwersytet. Zdecydował się na założenie obu instytucji i do muzem przekazał drogocenne i liczne zbiory rodzinne. Stało się ono po jego śmierci częścią uniwersytetu. Chciał na tej swojej farmie zbudować coś monumentalnego, dlatego jeździł kilkakrotnie do uniwersytetów wschodnich Stanów: do Massachusetts, Nowego Jorku. Wypytywał sławanych wówczas rektorów jak widzą tę jego przyszłą uczelnię. Charlesa Eliota, rektora Harvardu, zapytał wprost ile go będzie kosztowało funkcjonowanie “Harvardu” w Kalifornii, a ten powiedział, że 15 milionów dolarów. Wyłożył dużo więcej, a dziś stały fundusz fundacyjny jest większy od tego sugerowanego około tysiąca razy. Sprowadził do Kalifornii rektora najsłynniejszego uniwersytetu technicznego na świecie, Massachusetts Institute of Technology, na bardziej szczegółowe konsultacje, udało mu się przekonać najbardziej znanego w owych czasach architekta przestrzeni Fredericka Olmsteada z Bostonu, twórcę m. in. nowojorskiego Parku Centralnego, do naszkicowania ogólnych planów przyszłej instytucji. Plany te rozpracowali inni znani architekci i inżynierowie i w ciągu sześciu lat powstał wspaniały kompleks zbudowany w mieszanym stylu noworomańskim i nowomisyjnym. Przy budowie uczniowie drugiego słynnego architekta Henry’ego H. Richardsona, który faktycznie stworzył własną odmianę tych stylów, w tym właśnie stylu richardsońskim zbudowali najstarsze budynki na kampusie.

Zbudowano je z dużych bloków piaskowca. Pierwsze budynki ustawiowo w prostokąt (Main Quad) z ogromnym placem w środku. Każdy budynek jest ozdobiony arkadami, dachy budynków uniwersyteckich są pokryte czerwoną dachówką, a budowlą spinającą całość jest piękny pamiątkowy kościół – zbudowano go jako pamiątkę na cześć założyciela uniwersytetu. Całość oglądana z pobliskich gór czy z helikoptera to wprost bajeczny widok. Od miasta Palo Alto dzieli tereny uniwersyteckie tak zwana Droga Królewska. Faktycznie powinna być nazwana drogą franciszkańską, bo zakonnicy ci byli forpocztą w podbijaniu i zawłaszczaniu nowych terenów Kalifornii. W imieniu władców Hiszpanii, a później władz meksykańskich wytyczyli tę drogę i przeważnie przy niej budowali swoje misje oddalone od siebie nie dalej niż dzień jazdy konno, by w razie ataku sprowadzić jak najszybciej pomoc z sąsiednich dwóch misji, lub schronić się do misji niezaatakowanej. Takich misji zbudowano aż 21. Najbardziej oddalona na północ jest misja w słynnej miejscowości winnej Sonoma. Braciszkowie zakonni rozrysowywali plany budowli misyjnych i dróg, niekiedy dość prostawe, a budowniczymi byli nawróceni, lub udający nawróconych, Indianie.

Niektóre budynki uniwersyteckie
Od wspomnianej drogi prowadzi do uniwersytetu prawie kilometrowa aleja, piękna, szeroka, zawsze zielona, ukwiecona, wysadzona tej samej wysokości zadbanymi palmami – nic dziwnego, że w konkursach na najbardziej piękną ulicę w Stanach wygrywa z konkurentami. Droga ta kończy się na wielkiej bramie prowadzącej do najstarszej części uniwersytetu, a na przeciwko bramy, po drugiej stronie quadu błyszczy złotem kościół akademicki. Widać go poprzez tę bramę z daleka, aż od Drogi Królewskiej. Do właściwego uniwersytetu nie doszliśmy od razu. Tuż przy bramie na odkrytym terenie ustawione było jedno z największych i najbardzo znanych rzeźb Rodina “Mieszczanie z Calais”. O rzeźbie i rzeźbiarzu nieco później. Żona moja tak była zachwycona tą niespodzianką, że obfotografowała figury tej rzeźby dziesiątki razy, a nawet odkryła, że jeden z mieszczan funkcjonował za życia bez jednego oka.

Po jakimś czasie nasz prywatny przewodnik zaprowadził nas do jedynego budynku wielopiętrowego na kampusie, a faktycznie na wieżę Instytutu Hoovera. Choć było niezwykle wietrznie i zimno tego dnia, jakoś ciężko nam było opuścić ten punkt widokowy: cały kampus mieliśmy jak na dłoni. Będąc bibliotekarzem z wykształcenia pogrzebałem trochę w materiałach Instytutu: gdy powiem, że byłem mocno zaskoczony liczbą i jakością unikalnych i wartościowych materiałów, to będzie to niedomówienie. Podobne wrażenie zrobiła na mnie sama biblioteka – to kolos, przejęła nowy budynek opuszczony przez któryś z wydziałów uniwersytetu, bo ten dorobił się nowocześniejszego miejsca, choć staremu budynkowi nic nie brakowało. Dłużej zatrzymaliśmy się w kościele akademickim. Każde wyznanie czy religia ma do niego dostęp, tu odbywają się ich ceremonie religijne, wystarczy tylko wcześniej zarezerwować to miejsce.

Chodząc po tym ogromnym komplekie nie mogłem się oprzeć myśli, że niektórzy dziekani czy szefowie szkół profesjonalnych z tęsknotą czekali i może jeszcze czekają na nowe trzęsienie ziemi. Takie przydarzyło się w r. 1989 i to z epicentrum dużo bliżej Stanfordu niż trzęsienie w r. 1906. Szkody były duże mimo tego, że Kalifornia jest światowym pionierem w budownictwie obiektów odpornych na wstrząsy. Ale nawet drobne zniszczenia wystarczą, by zafundować sobie nowe obiekty nafaszerowane elektroniką i najnowocześniejszymi osiągnięciami budowlanymi. Nie wiem czy nowe budynki szkoły administracji biznesu miały coś wspólnego z tą ostatnią katastrofą, zbudowane je po nim, ale są eleganckie, wyposażone w panele słoneczne, wzór nowoczesności i użyteczności dla innych tego typu budowli.

Te osiągnięcia uniwersytetu i wiele innych niewymienionych, oraz piękne budowle na ogromnym terenie przyprawiły mnie o zawrót głowy w czasie zwiedzania tej wspaniałej instytucji, a i nogi pobolewały po chodzeniu po tak wielkim terenie. Trzeba było później wieczorem odreagować przy szklance słynnej wódki lwowiaka Baczewskiego, którą w Kalifornii w lepszych sklepach alkoholowych można nabyć. O dwu “perełkach”, które mnie najbardziej zafascynowały na terenie uniwersytetu opowiem w szczegółach w drugiej części artykułu.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.