Martwy byk (12)

0

– Spokojnie, panie Filipie – jej usta rozciągnięte w uśmiechu odsłoniły małe, białe ząbki. – Czyżby doktor Silberstein nie ostrzegał pana przed nadmiernymi emocjami?

Wyszła. Piękna tym szczególnym rodzajem zimnej dostojności i nietykalności, z dumnie uniesioną głową, a ja pozostawiony sam, jak na łaskę losu, wpatrywałem się w zatrzaśnięte drzwi jakby nie dowierzając, że ktokolwiek w ogóle był u mnie z wizytą, a już w szczególności taka piękna kobieta. A przecież jeszcze czułem na ustach smak i zapach jej miękkiego pocałunku. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał i jedynie niedopity kieliszek wina i moja pusta szklanka świadczyły o tym, że było inaczej.

Obudziłem się nagłym podskokiem w górę, z bijącym jak oszalałe sercem. Wycierając bezwiednie rękawem piżamy kleisty pot oblepiający czoło siedziałem na łóżku, wpatrzony w dalekie odbicie pulsującego światła neonu – raz czerwone, raz zielone, raz białe.

– Gdzie ja jestem? – Kim jestem? Dlaczego mnie to spotyka?

Moje ostatnie sny dałoby się podzielić na dwie kategorie: albo czarna dziura, znak, że nie śniło mi się nic, albo horrory. I jedna i druga kategoria nie miały dalszych podziałów. W pierwszej czarne nic nie dzieliło się na poszczególne “nica”, w drugiej po raz pierwszy zawitał gość z uciętą dłonią, czyli Clooney z WTC. Fabuła tego snu nie była skomplikowana. Mogłaby i być, gdyby obraz jaki mi się ukazał nie był tak koszmarny, że zerwałem się oblany potem i roztrzęsiony. Clooney siedział na moim fotelu, tym samym, który nie tak dawno zajmowała Julia – pielęgniarka dyplomowana, ja siedziałem naprzeciwko w swoim. Nie dałem mu szans na zakończenie, nawet na rozwinięcie akcji. Sama scena była mało skomplikowana. Z ponurą miną na przystojnej twarzy wskazał na mnie uciętym, broczącym krwią kikutem lewej dłoni i wypowiedział jedno jedyne zdanie – “oddawaj walizkę złodzieju”, co spowodowało, że jedynym moim pragnieniem było najpierw potwierdzenie samemu sobie, jeszcze w tym śnie: nie bój się, to tylko sen, potem chęć obudzenia się, na koniec samo gwałtowne obudzenie.

Senny za dnia, byłem właśnie w trakcie odsypiania tej niedospanej nocy przy zasłoniętych szczelnie kotarach, kiedy zadzwonił telefon z nowego gabinetu doktora Silbersteina z propozycją spotkania. Umówiliśmy się za tydzień.

Znowu zapadłem w coś w rodzaju snu. Gdy obudził mnie łoskot śmieciarek, fakt ten wyraźnie zasugerował mi porę poranną, a więc wskazywał na przespanie przeze mnie jednym ciągiem popołudnia razem z całą nocą. I to był ten pierwszy rodzaj snu, to znaczy – czarna dziura.

Nie pamiętam żeby mi się coś przyśniło. Obudzony, miałem wrażenie, jakbym znalazł się w jakimś całkiem nowym świecie, a właściwie jakimś nowoodkrytym modelu wszechświata. Otaczała mnie niczym nierozproszona ciemność, żadnego nawet najmniejszego promyka, nawet odbicia światła. Idealna nicość.

Zeszło mi kilka minut żeby po pstryknięciu pstryczkiem lampki nocnej z ulgą potwierdzić, że jednak nic a nic w moim otoczeniu się nie zmieniło.

Zawlokłem się do łazienki. Dawno nie widziałem swojego odbicia, a teraz obraz siebie, jaki ujrzałem w lustrze, nieco mnie przeraził, gdyż nie pasował mi jakoś do ostatniego wyobrażenia o swoim wyglądzie. Włosy zmierzwione, ziemista cera z lekkimi regularnymi różowymi plamami u szczytów policzków, oczy przekrwione.

Piłeś! – Pomyślałem o sobie w panice, gdyż jednocześnie przypomniało mi się, że jestem przecież niepijącym, a więc trzeźwym alkoholikiem. Na dodatek rzeczywiście byłem trzeźwy. Racja – piłem whisky poprzedniego wieczoru. Julia piła wino, a ja poprosiłem o Bourbona. Przeszedłem przez living room do kuchni, zdjąłem z półki barku prostokątną butelkę Jacka Danielsa, której trzy czwarte zawartości to brązowiejąc to złocąc się na przemian, wyraźnie zachęcało do zrobienia sobie drinka.

Popatrzyłem, podrzuciłem w dłoni i… odłożyłem ją na półkę, jednocześnie stwierdzając rzecz niebywałą. Ja nie miałem ochoty na whisky! A powinienem przecież mieć, zważywszy na fakt bycia niepijącym alkoholikiem, który przerwał trzeźwość. Powinienem trzęsącymi się rękoma nalać sobie szklankę alkoholu i wypić, a potem poprawić drugą. I dopiero wtedy moje roztrzęsione serce powinno zacząć bić regularnym rytmem. Ale ono nie było roztrzęsione i biło regularnie, a jakże, bez pomocy alkoholu.

Bardzo mnie ta sytuacja zastanowiła, jednocześnie ucieszyła. Albowiem, pod warunkiem, że to wszystko się wokół mnie działo naprawdę, mam na myśli – przecież w końcu mogłem śnić na jawie – pewne aspekty mojego życia po wypadku zaczęły zmierzać w jakimś mało spodziewanym kierunku, aczkolwiek nie był to kierunek zły. Przed katastrofą byłem chory – po niej podobno ozdrowiałem. Przedtem byłem człowiekiem po odwyku, który powinien zgodnie z regułami gry teraz, gdy już się raz napił – ruszyć w alkoholowy ciąg, a mnie się nawet nie śniło, żeby się napić. Jeszcze raz podreptałem do łazienki. Popatrzyłem na swoje odbicie pod innym nieco kątem. Z perspektywy nowego człowieka. Skoro nowego, to zdrowego i bez nałogów, a skoro tak, to nie musiałem za bardzo przejmować się odbiciem ujrzanym przedtem odbiciem człowieka, który przespał bez obudzenia się nawet na siku, około szesnastu godzin i miał potargane włosy oraz zaczerwienione policzki. Postanowiłem doprowadzić swój wygląd do porządku, zgodnie z optymistycznie brzmiącą, przed chwilą przyjętą wersją rozpoczęcia nowego życia. I już po godzinie taką nową wersję miałem przed sobą w lustrze. Co to znaczy zmiana postawy z pesymistycznej na optymistyczną? – A to, że chociaż wprawdzie mój wygląd niewiele się zmienił po goleniu, kąpieli, wodzie kolońskiej i kremie – to błyski w moich oczach sprawiały, że twarz była inna – uśmiechnięta i zadowolona.

Zajrzałem do lodówki, lecz żadna z licznych kanapek zapakowanych w srebrzystą folię nie zachęciła mnie do zaspokojenia głodu. Ubrałem się więc i już miałem zamiar opuścić apartament, kiedy przypomniałem sobie o zegarkach. O swoim, Bulova, złotym antycznym cacku podniszczonym podczas wypadku i o nieswoim, ale jakby moim, bo zdążyłem się do niego przyzwyczaić – złotym Rolexie o dumnej nazwie Cosmograph.

– Coś muszę zrobić z tymi zegarkami… przecież szaleństwem byłoby łażenie po Nowym Jorku w złotym zegarku z sześcioma diamentami, w dodatku niemoim. Nie pasuje w żaden sposób do człowieka ubranego w sprane dżinsy i koszulkę polo, choćby była od Kleina.

– Mam, mam – wiem teraz – to znaczy, domyśliłem się, że komentarze Moniki i Julii miały mi chyba to właśnie uzmysłowić.

A co? Że ten drogi zegarek za nic nie pasuje – nie do mojego ubrania, lecz – do mojej całej osoby. I wcale mnie to spostrzeżenie nie zmartwiło.

Wrzuciłem więc oba zegarki do kieszeni kurtki i opuściłem apartament.

Rozdział XIII
Village

Chyba wspominałem już, że nowego Jorku nie znałem ani trochę. Zawsze marzyłem o wyprawie do tego miasta – wiele o nim słyszałem, miasta, w którym wszyscy bez wyjątku moi znajomi Polonusi z Kanady byli, niektórzy nawet po wiele razy. Jakim cudem ja nie byłem? Nie wiem. Nie miałem tutaj znajomych ani rodziny, może dlatego?

I czy to nie jest paradoks, że prawdopodobnie dalej bym nie zatęsknił ani nie zamarzył o tym wielkim mieście, gdyby moja Agata nie zlitowała się nade mną chorym na raka prostaty i nie wysłała mnie do swojego kolegi doktora Silbersteina na konsultację i zabieg? Tak, nie byłbym tutaj, gdyby nie Agata, a wierzcie mi, przysięgam – wolałbym nigdy nie widzieć tego przeklętego miasta. Oddałbym wszystko co mam, i to, czego nie mam, żeby Agata żyła, była ze mną i cieszyła się faktem przebywania w tym pięknym (zapewne wtedy właśnie tak byśmy je odbierali) mieście, a nie tak jak teraz – ja sam, okaleczony, z silną traumą powypadkową, samotny w tym przeklętym po stokroć przeze mnie mieście.

Wyszedłem na słoneczną stronę West Tenth Street i poza faktem wcześniej ustalonym, że jestem gdzieś w samym sercu Nowego Jorku, nic na tej ulicy nie wyglądało nadzwyczajnie, nic nie odróżniało jej od podobnej ulicy, weźmy dla przykładu – King Street West w Toronto podczas słonecznego dnia. Takie same stare i nowe budynki, ich partery pozajmowane przez różnego rodzaju sklepy, kawiarnie i innego rodzaju biznesy z niedającym się ukryć dostrzegalnym tu i ówdzie brudem i bałaganem.

Byłem głodny. Chciało mi się kawy. Jak gromem z jasnego nieba uderzyła mnie w oczy wielka reklama Starbucks Caffee, a ja tylko spuściłem oczy i pomknąłem w dół ulicy, gdzie oczy poniosą, byle dalej od tej marki, od której rozpoczęła się moja kolejna życiowa droga przez mękę.

Zatrzymałem się, a właściwie wpadłem w rozkrzyżowane ręce, czyli w objęcia wielkoluda ubranego jak gentelman z 1890 roku, w pasiastym fraku i w kapeluszu z wysokim rondem. Prawie uniósł mnie go góry, a kiedy stawiał z powrotem, tubalnym głosem oznajmił mi, że właśnie uratował mi życie, bo gdyby nie on, niewątpliwie wpadłbym pod koła żółtej taksówki. Nie było łatwo wyzwolić się z jego kleszczowego uścisku. Był silniejszy ode mnie, ba! był chyba silniejszy od wszystkich tego dnia facetów w Nowym Jorku, po prostu był wielki i silny. Gdy w końcu mnie postawił, wręczył mi jakiś kolorowy papier, ja gdy tylko dotknąłem stopami ziemi, od razu dałem nura do pobliskiego Burger Kinga. Głód poważnie dopominał się o zaspokojenie. Stanąłem w średniej kolejce do kasy. Zamówiłem dużą białą kawę i drobiowego hamburgera z frytkami.

W oczekiwaniu na jedzenie bez większego entuzjazmu przejrzałem ulotkę, którą wepchnął mi wielkolud, agent Greenwich Village NYC History 2-Hour Guided Walking Tour 2001.

I tak oto w kilka sekund dowiedziałem się o tej okolicy, że jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej znanych dzielnic Nowego Jorku położoną na legendarnym Dolnym Manhattanie, jakże ważnym punkcie na mapie amerykańskiej kultury cyganerii. Już byłem uświadomiony w jaki sposób historycznie zmieniał się, aż do czasu, kiedy stał się miejscem narodzin ruchu kontrkulturowego lat sześćdziesiątych i ruchów na rzecz praw gejów. Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Jimi – Spokojnie, panie Filipie – jej usta rozciągnięte w uśmiechu odsłoniły małe, białe ząbki. – Czyżby doktor Silberstein nie ostrzegał pana przed nadmiernymi emocjami? Wyszła. Piękna tym szczególnym rodzajem zimnej dostojności i nietykalności, z dumnie uniesioną głową, a ja pozostawiony sam, jak na łaskę losu, wpatrywałem się w zatrzaśnięte drzwi jakby nie dowierzając, że ktokolwiek w ogóle był u mnie z wizytą, a już w szczególności taka piękna kobieta. A przecież jeszcze czułem na ustach smak i zapach jej miękkiego pocałunku. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał i jedynie niedopity kieliszek wina i moja pusta szklanka świadczyły o tym, że było inaczej. Obudziłem się nagłym podskokiem w górę, z bijącym jak oszalałe sercem. Wycierając bezwiednie rękawem piżamy kleisty pot oblepiający czoło siedziałem na łóżku, wpatrzony w dalekie odbicie pulsującego światła neonu – raz czerwone, raz zielone, raz białe. – Gdzie ja jestem? – Kim jestem? Dlaczego mnie to spotyka? Moje ostatnie sny dałoby się podzielić na dwie kategorie: albo czarna dziura, znak, że nie śniło mi się nic, albo horrory. I jedna i druga kategoria nie miały dalszych podziałów. W pierwszej czarne nic nie dzieliło się na poszczególne “nica”, w drugiej po raz pierwszy zawitał gość z uciętą dłonią, czyli Clooney z WTC. Fabuła tego snu nie była skomplikowana. Mogłaby i być, gdyby obraz jaki mi się ukazał nie był tak koszmarny, że zerwałem się oblany potem i roztrzęsiony. Clooney siedział na moim fotelu, tym samym, który nie tak dawno zajmowała Julia – pielęgniarka dyplomowana, ja siedziałem naprzeciwko w swoim. Nie dałem mu szans na zakończenie, nawet na rozwinięcie akcji. Sama scena była mało skomplikowana. Z ponurą miną na przystojnej twarzy wskazał na mnie uciętym, broczącym krwią kikutem lewej dłoni i wypowiedział jedno jedyne zdanie – “oddawaj walizkę złodzieju”, co spowodowało, że jedynym moim pragnieniem było najpierw potwierdzenie samemu sobie, jeszcze w tym śnie: nie bój się, to tylko sen, potem chęć obudzenia się, na koniec samo gwałtowne obudzenie. Senny za dnia, byłem właśnie w trakcie odsypiania tej niedospanej nocy przy zasłoniętych szczelnie kotarach, kiedy zadzwonił telefon z nowego gabinetu doktora Silbersteina z pro- Hendrix, to tylko niektóre ze sławnych postaci zamieszkujących kiedyś to miejsce. Przewodnik polecał jeszcze spacerek krętymi uliczkami, które prowadzą do popularnego Washington Square Park. 200 lat historii. Piękne stare budynki z brązowego piaskowca, a wśród nich ten, w którym kręcono serial Friends.

Zanim mi podano śniadanie, w głowie miałem już tyle informacji o Greenwich Village, że nawet bez uczestnictwa w dwugodzinnej pieszej wycieczce zacząłem ją w myślach nazywać tak, jak robili to nowojorczycy – po prostu Village.

Znałem kawę i jedzenie w kanadyjskich placówkach sieci Burger King i przyznam szczerze – wolałem Tima Hortonsa, lecz to tutaj, spożywane w Village było po prostu przepyszne. Do tego stopnia, że zamówiłem jeszcze dodatkową porcję frytek. Przy okazji zapytałem śliczną blond kelnerkę o jakiś sklep jubilerski. Uśmiechnęła się tylko, ujęła delikatnie za rękę i podprowadziła do okna. Nie musiała nawet pokazywać, sam zobaczyłem witrynę Deka Jewellery.

– Najlepszy jubiler na Zachodniej Dziesiątej – poinformowała mnie uprzejmie. Jubilerka – poprawiła się. Właścicielką jest kobieta.

Helen okazała się nie tylko właścicielką, ale także projektantką złotych precjozów, o których mówiła z takim namaszczeniem, jakbyśmy byli w muzeum, a nie w sklepie jubilerskim. Kiedy przemierzałem przestrzenie w poszukiwaniu działu zegarków, szła pół kroczku za mną i opowiadała o wyrobach w stylu europejskim, jakimi to głównie jej pracownia się zajmuje, używając wyłącznie złota prób od osiemnastu do dwudziestu dwóch karatów. Uszczęśliwiła mnie, przedstawiając młodzieńca z bródką w okularkach zwanych lennonkami na czubku spiczastego nosa, specjalistę od zegarków.

Chłopak zabrał się za mnie ze skwapliwością mistrza w swojej profesji, znanej z długoletniej narodowej tradycji. Położyłem przed nim mój zegarek, a on go rozkręcił w tempie tak błyskawicznym, jakby się ścigał z innymi chłopakami na konkursie rozkręcania zegarków. Włożył w oko lupę, a gdy mu wypadła i zabujała się na aksamitnej tasiemce, spojrzał mi w oczy i powiedział tonem dosyć sceptycznym:

– Mogę dać za to tysiąc dolarów. Zegarek owszem, stary, kiedyś może i wartościowy, teraz tylko zniszczony… nie, nie tylko te zarysowania na tarczy i podarty pasek, to jest głupstwo. Niech pan tutaj popatrzy – podsunął mi pod moje oczy wybebeszony zegarek. – Widzi pan jaka rdza na mechanizmach?

– Nie, nic nie widzę – odparłem zgodnie z sumieniem – widzę tylko jak się wszystko błyszczy… poza tym zegarek nie jest na sprzedaż.

– Aaaaj… aaaaj…. trzeba było tak od razu – dał wyraz niezadowoleniu, krzywiąc śmiesznie kamienną do tej pory bladą twarz porośniętą rzadkim, rudym zarostem.

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.