Filmowa wędrówka przez życie. Wojna i nowa tożsamość

0

Kontynuujemy publikację fascynujących wspomnień znanego polskiego reżysera Tadeusza Jaworskiego (1926-2017). Tadeusz Jaworski (właść. Tadeusz Vogel) mieszkał i zmarł w Kanadzie. Jego wspomnienia opracowała Joanna Sokołowska- Gwizdka

17 września 1939 roku, około dwóch tygodni po wybuchu II wojny światowej i wkroczeniu od zachodu do Polski hitlerowskich hord, na mocy tajnego aneksu do paktu Ribbentrop-Mołotow sowieckie oddziały przekroczyły granicę z Polską na wschodzie. Inwazja ta przypieczętowała los Polski, a atak Niemców i Sowietów na Polskę, był porażającym ciosem. Mimo, że byłem wówczas młodzieniaszkiem, pamiętam doskonale jak by to było wczoraj, jak zachowywali się ci nieokrzesanymi barbarzyńcy, czyli żołnierze i oficerowie Armii Czerwonej, przeszkoleni ideologicznie przez sowieckich politruków. Byli brudni, śmierdzący dziegciem, w podartych onucach, rubaszkach spiętych wąskim paskiem, w szarych czapkach zakończonych szpicem z czerwoną gwiazdą po środku. Kiedy w brutalny i nieoczekiwany sposób wkroczyli do nas na Podole my, nieświadomi niczego młodzi chłopcy, zagadywaliśmy ich siedzących w tzw.  „gazikach” bądź stojących obok samochodów i skręcających trubku z gazety, by wypełnić ją śmierdzącym tytoniem. Dopytywaliśmy natarczywie, jak tam naprawdę jest w tym sowieckim raju. – A tam, towariszczi, apielsiny (pomarańcze) u was jest’? – pytaliśmy? Na co oni odpowiadali – jest’ u nas wsio, a wot eti oczeń wkusnyje frukty nad fruktami apielsiny diełajut u nas na zawodach… mnogo… oczień mnogo… toże dla amierikancew! – A my na to, przekrzykując się nawzajem –  a banany u was toże jest’? –   Kanieszno… my uże wam skazali riebiata, u nas wsio jest’…  A my na to – ha… ha… ha…!!! – i uciekaliśmy, a za nami dolatywały nas głosy żołnierzy – nu riebiata… iditie damoj i priniesitie nam wodku… ili odiekołon!   Słowo „wodka” rozumieliśmy, gdyż po polsku to słowo brzmi podobnie, ale ten „odiekołon” sprawił nam duży kłopot. Dopiero później od rodziców dowiedzieliśmy się, że chodziło im o wodę kolońską. Czy to wódka czy perfumy, to nie miało dla nich większego znaczenia, bo pili jedno i drugie, choć najczęściej pili samogon.

Od samego początku Sowieci bezkompromisowo wyładowywali swoją nienawiść na Polakach, mordując złapanych jeńców wojennych i terroryzując ludność cywilną. Grabiono mienie i niszczono wszystko, co kojarzyło się z Polską. Na początku roku 1940, zaczęła się w Czortkowie fala masowych aresztowań i wywózka na Sybir. Wagony, do których ładowano ludzi, jak śledzie do puszek, nazywaliśmy „pociągami śmierci”. Na pakowanie niezbędnych rzeczy osobistych dawano ludziom dwie godziny. Ponieważ nasz Ojciec był dyrektorem miejskiej elektrowni, doszło do nas, że jako „łańcuchowy pies kapitalizmu” jest na liście osób mających być wywiezionych na Sybir w „wagonach śmierci”, a my wszyscy razem z nim.

Mama oraz moje siostry Marysia Sonia i Helena Alicja, zaczęły pruć nasze dywany, a z włóczki robić dla nas ciepłe płaszcze i inne ubrania. Jednak do wywózki nie doszło, uratował nas przypadek. Elektrownia zasilająca miasto w energię elektryczną jest bardzo ważną instytucją i powinna cały czas pracować, więc po zwolnieniu mojego Ojca, sowiecka administracja na stanowisko dyrektora powołała Rosjanina, towarzysza Kasjanowa. Towarzysz Kasjanow, jak się okazało „w praniu”, był nałogowym alkoholikiem i człowiekiem bez zawodu, nie mógł więc sobie poradzić z tak odpowiedzialną pracą, jak zarządzanie elektrownią. Wobec tego zamiast wywózki na Sybir Ojciec, na wniosek Kasjanowa, został mianowany gławnym inżynierom.  Póki co byliśmy uratowani. Na jak długo, tego nie wiedzieliśmy.

Tymczasem wybuchła wojna pomiędzy Niemcami, a Rosją. Sowieci wpadli w panikę i zaczęli uciekać w popłochu do Rosji. Opuszczając Czortków wysadzili w powietrze elektrownię oraz budynek mieszkalny wraz naszym mieszkaniem i całym dobytkiem. Sowieccy żołnierze grabili sklepy, palili miejskie budynki, wysadzili w powietrze wszystkie mosty na rzece Seret, łącznie z mostem kolejowym. Spalili stację kolejową, a także koszary KOP-u. Na ulicach była pustka. Żołnierze specjalnych oddziałów NKWD w tym chaosie odwrotu nie zapomnieli jednak aresztować wielu mieszkańców miasta lub strzelać do bezbronnych. Strzelano na oślep do każdego, kto zjawił się w polu widzenia. Dowiedzieliśmy się także o tragicznej śmierci zakonników, O.O. Dominikanów. Część z nich wyciągnięto z klasztoru nad brzeg Seretu, w okolice wioski Berd i rozstrzelano strzałem w potylicę. Potem zamordowano pozostałych braci zakonnych w klasztorze, a następnie spalono cały klasztor.

Dotarło też do nas, że w czortkowskim więzieniu doszło do masakry więźniów politycznych. Był to śmiertelny rewanż na bezbronnych ludziach tylko dlatego, że byli Polakami. Wraz z moimi bliskimi przyjaciółmi z gimnazjum, Józkiem Ostrowskim i Frankiem Czuchrowskim, polecieliśmy do więzienia. Poraził nas odór gnijących ludzkich ciał. Był nie do zniesienia. Zakryliśmy nosy chusteczkami. To była potworna zbrodnia dokonana przez wojska NKWD. Oczy nam dosłownie wyszły z oczodołów, kiedy zobaczyliśmy na dziedzińcu tę masę zamordowanych i porozrzucanych martwych ciał. Weszliśmy do środka więzienia. Ukazał się nam apokaliptyczny, złowieszczy widok zmasakrowanych w celach zwłok, leżących w rozmaitych pozycjach, rzuconych na ziemię jak worki. Na placu i wewnątrz więzienia było co najmniej kilkaset trupów.

Przybiegłem z czortkowskiego więzienia do willi pani Branickiej, w której czasowo zamieszkaliśmy, z obłędem w oczach, zapłakany, czując ciągle zapach gnijących ciał. Nie mogłem z siebie wydobyć głosu. Ojciec potrząsnął mną i zapytał, co się stało. Gdy opowiedziałem, co widziałem w więzieniu, zapadła cisza. Wszyscy zamilkli. Potem rozległ się szloch kobiet. Po chwili Ojciec spokojnym głosem zapytał, jakby sam siebie. – Czy wśród zamordowanych jest mój przyjaciel O. Alwary? Pytanie pozostało bez odpowiedzi.

Do Czortkowa wkroczyły oddziały wojsk niemieckich. Dla naszej rodziny, która uratowała się przed wywózką na Sybir, wraz z wojskiem niemieckim, oddziałami SS, Sonderdienst i Gestapo oraz ukraińską policją, przyszedł czas, który można by określić porzekadłem: „zamienił stryjek siekierkę na kijek”. Nastąpił dalszy ciąg czasu utraty nadziei i totalnej destrukcji. Jak powiedział Wergiliusz z „Eneidzie” – Horresco referens (drżę opowiadając o tym). Był to początek długiego psychicznego cierpienia, nasza „droga krzyżowa”, z której cudem się uratowaliśmy. Holocaust… Shoah… czyli całkowita zagłada, która doprowadziła do ludobójstwa milionów Żydów i osób pochodzenia żydowskiego. Mordowano też masowo, więziono i torturowano w obozach śmierci Polaków, w tym chrześcijańskich księży.

Dokonali tej zbrodni zwyrodnialcy, którzy na klamrach pasów mieli wysztancowany napis God mit uns (Bóg jest z nami!). Zbrodnia ta dokonana została przez niemieckich chrześcijan i stanowiła systematyczny proces likwidacji całego narodu żydowskiego! Książka „Mein Kampf” führera Adolfa Hitlerabyła zbrodniczym, antysemickim pamfletem i źródłową lekturą ze wskazaniami dla przyszłych morderców. Główną podstawą „prawną” jako rasowe kryterium do dyskryminujących posunięć wobec Żydów, była „ustawa norymberska”. Według tej ustawy naziści uważali za Żyda osobę, w której rodzinie do czwartego pokolenia wstecz, był przynajmniej jeden członek rodziny pochodzenia żydowskiego. Żydami byli także wszyscy zasymilowani obywatele pochodzenia żydowskiego, a do tej kategorii można było zaliczyć całą naszą rodzinę. „Prawo norymberskie” autorstwa nazistowskiego twórcy rasistowskiej teorii – Alfreda Rosenberga, skazanego na śmierć w procesie norymberskim, spowodowało izolowanie i eliminowanie zarówno ortodoksyjnych Żydów, jak i tych zasymilowanych. Dla naszej rodziny zaczęła się gehenna i długotrwałe cierpienie. Piekło, przez które przeszliśmy tak głęboko we mnie tkwi, że trauma przeszłości powraca co jakiś czas do dziś.

Nocami zaczęły się obławy na Żydów i Polaków organizowane przez gestapo i ukraińską policję. Mimo, że cała nasza rodzina miała aryjski wygląd, byliśmy blondynami z niebieskimi oczami, to nocami razem z Józkiem, narzeczonym mojej siostry Heleny Alicji, chodziliśmy na duży plac, gdzie zmagazynowano stosy starych nieheblowanych, pełnych sęków skrzyń. W niektórych miejscach spiętrzone skrzynie sięgały do 10 metrów wysokości. Wybraliśmy więc dużą sękatą skrzynię, w której było trochę suchej słomy i tam się ukrywaliśmy.

Któregoś dnia o świcie doszedł nas z zewnątrz hałas i krzyki w niemieckim i ukraińskim języku: Schnell… schnell… verfluchte Jude… schnell (przyp.1). Przerażeni do szpiku kości przytknęliśmy oczy do sękowych dziur w naszej skrzyni. W dole pomiędzy rzędami skrzyń, szła grupa ok. 15-tu młodych Żydów, popędzana okrzykami i bita pejczami przez gestapowców oraz obrzucana wyzwiskami przez Ukraińców: wy parchati Żydy… dobre wam tak…! Wśród tych prowadzonych zauważyłem moich dwóch przyjaciół ze szkolnej ławy Halstucha i Keslera. Po chwili zatrzymano ich i ustawiono w rząd. Jeden z ukraińskich policjantów krzyknął do nich: nu… Żydy powernutysia! Stanęli tyłem. W tym samym momencie usłyszeliśmy serię strzałów. Padli w kałużę krwi. Gestapowcy włożyli swoje parabele do pochew i odeszli. Po chwili przyjechała lora z woźnicą na przodzie. Ukraińscy policjanci wrzucili tam trupy zabitych. Lora odjechała, w asyście pozostałych kilku ukraińskich policjantów.

Na początku roku 1943 szedłem chodnikiem ulicą Ujejskiego, na starym Czortkowie. Było po deszczu. W rynsztokach ulicy spływały podeszczowe strugi brudnej wody. Z naprzeciwka nadeszli mocno podchmieleni żołnierze Wehrmachtu. Zwyczajna armia nawet nie Gestapo, SS Waffen czy Sonderkommando, bo ci bez wątpienia, niezależnie od wyglądu wyciągnęli by parabele i w mgnieniu oka strzeliliby mi w tył głowy. W momencie, kiedy ze spuszczoną głową postanowiłem szybko ich wyminąć, przystanęli zataczając się na chwiejących się nogach. „Übermenche!” Byli kompletnie pijani. Jeden z nich zataczając się, krzyknął w moją stronę: Halt… du bist ein Jude. Stanąłem jakby mnie zamurowało. Odwróciłem się frontem do niego. Byłem pewien, że jest to ostatnia moja chwila. Mütze aus (przyp. 2) – ryknął chrapliwym głosem młody żołnierz Wehrmachtu. Był tylko kilka lat starszy ode mnie. Reszta żołdaków przyglądając się sytuacji, zaczęła się głośno i szyderczo śmiać. W moich uszach ten ich śmiech huczał, jak nakładający się dźwięk jednocześnie bijących kilku dzwonów, z poza których, jak złowrogie echo dochodził wyraźny krzyk Niemca: Rrrauass… rrausss ferfluchte schwein… mütze aus! (przyp. 3) – krzyknął po raz drugi żołnierz Wehrmachtu, po czym ni stąd ni zowąd podszedł do mnie i uderzył mnie kułakiem w twarz. Czapka sama spadła mi na ziemię i poleciała w kałużę wody zmieszanej z błotem. Pod nosem poczułem ciepłą strużkę krwi spływającą z ust. Niemiec chwycił mnie za szyję i zacisnął mocno dłoń jakby chciał mnie udusić, po czym rzucił na ziemię i z całej siły kopnął ciężkim buciorem. Znalazłem się przy chodniku w rynsztoku pełnym wody. I wówczas usłyszałem strzał z rewolweru.

Tuż przede mną rozprysła się brudna woda. Niemiec stojąc z parabelą w ręku, spojrzał w stronę rynsztoka, gdzie leżałem z podkurczonymi nogami w błocie i krzyknął – bist du ein Jude?Znieruchomiałem i nie odezwawszy się skwitowałem to pytanie milczeniem, udając, że go nie rozumiem. Aus… aus… du Schweinehund (przyp. 4) – zakrzyknął wymachując ręką z rewolwerem, raz w lewo, raz w prawo. Trzęsąc się ze strachu jak osika na wietrze, podniosłem się wolno z kałuży błota i ukradkiem spojrzałem w jego stronę. Niemiec stał patrząc na mnie swoją wykrzywioną i ohydną, zapijaczoną mordą, trzymając w ręku parabelę wymierzoną w moją stronę. Ogarnął mnie na nowo strach, że może strzelić po raz drugi, ale tym razem nie w rynsztok, lecz we mnie. Nasze oczy skrzyżowały się. Wytrzymałem jego wzrok. Niemiec, bandyta mamrocząc coś pod nosem chwiejną ręką próbował celować w moją stronę. W sekundę potem, uratował mnie jeden z jego kumpli, również pijany, który rechocząc na całe gardło i zataczając się na nogach, wymamrotał pijackim głosem: Rolf… Rolf… verlasse dieser ferfluchte Dreck… herauskommen Rolf… schnell, schnell… du bist getrunken Rolf (przyp. 5).

Rolf było mu na imię, taki sobie zwyczajny Wehrmachtowiec, ale z głębokim przekonaniem „übermencha”, próbował z ogromnym trudem włożyć rewolwer do kabury, nie mogąc za pierwszym razem trafić, po czym odwrócił się i zataczając się na nogach odszedł. Nagle na moment przystanął, raz jeszcze spojrzał w moją stronę i z wściekłością wyrzucił z siebie tym razem nie tyle pytanie, ile stwierdzenie: du bist ein Jude!  – Nein… nein… Rolf, es ist nicht ein Jude… lasse diese ferfluchten Polnische Schwein (przyp. 6) – krzyknął stojący w pewnej już odległości jego kumpel. Pijany niemiecki żołdak o imieniu Rolf z instynktem mordercy, chwiejącym się krokiem, dołączył do pozostałych. Fałszując nieludzko, śpiewając urywanymi słowami znaną i popularną wśród niemieckich żołnierzy „Lili Marlene”, cała grupa, a było ich co najmniej pięciu, oddaliła się. Tym razem szczęście mi dopisało, ponieważ Rolf nie miał pewności czy byłem ein Jude czy też tylko Polnische ferfluchte Schwein. Uratowały mnie chyba moje niebieskie oczy i jasna, jak dojrzała pszenica, bujna czupryna. Śmiertelnie przestraszony, w duchu dziękując Bogu, że mnie Szwabisko nie zabił, zerwałem się z rynsztoka i jak szalony zacząłem biec… biec… przed siebie, aby jak najszybciej znaleźć się za rogiem pierwszej z brzegu kamienicy.

 

Tak minął rok ukrywania się mojej najbliższej rodziny przed nazistowską final solution, w okresie hitlerowskiej okupacji, w której na zmienionych papierach usiłowaliśmy wytrwać do końca tej ludzkiej apokaliptycznej katastrofy z przyłożonym niemieckim Parabellum do skroni, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Parabellum gestapowca, SS-mana, niemieckiego żandarma czy zwyczajnego karabinu ukraińskiego policjanta. W najgorszym przypadku wyrok byłby wykonany na miejscu, przez strzał w tył głowy i wyrzucenie na folwarczne gnojowisko. W najlepszym, zsyłka do jednego z obozów śmierci i w krótkim czasie wyparowanie przez kominy Treblinki, Oświęcimia czy Majdanka.

Byliśmy rozsiani w okolicy Zabłotowa na Pokuciu. Ja wraz z siostrą Alicją Heleną i jej mężem Józkiem mieszkaliśmy w Rudnikach, zaś nasi rodzice z najstarszą siostrą Marysią Sonią i jej synkiem Jurkiem w Dżurowie. Wkrótce nasza mała rodzina weszła głęboko w podziemie.

Mimo, że byliśmy od wielu lat, jeszcze przed wojną, chrześcijanami, wyznania rzymskokatolickiego, przyjaciel Ojca, ksiądz Uhryjewicz, skierował nas do swojego przyjaciela, księdza proboszcza, we wsi Kobyłowłoki. Nie pamiętam jego nazwiska, ale pamiętam, że podobnie jak proboszcz Uhryjewicz, był człowiekiem wielkiej szlachetności. W Kobyłowłokach zostaliśmy wpisani w kościelną księgę urodzeń. Proboszcz dał nam nazwisko Jaworski. Na przykościelnym cmentarzu pochowani byli Jaworscy, mieszkający od wielu generacji w Kobyłowłokach oraz wpisani do kościelnej księgi urodzin, którzy wymarli. Dlatego dostaliśmy ich historię. W Kobyłowłokach nastąpiła więc wielka zmiana w naszym statusie. Od tego momentu byliśmy wyznawcami religii rzymskokatolickiej od wielu pokoleń, a nie przechrztami sprzed wojny. Mogliśmy udowodnić polskie pochodzenie do czwartego pokolenia wstecz. Za nami pozostali Edelmanowie i Voglowie i cała nasza przeszłość. Za nami został Czortków i okolice, czyli miejsca, gdzie mógł nas ktoś rozpoznać. Weszliśmy w podziemie. Stworzyliśmy coś w rodzaju „labiryntu”, w którym niełatwo było nas znaleźć. Jednakże zdarzyło się kilkakrotnie, że ten „labirynt” nam nie pomógł i jedynie wyciągnięta ręka Stwórcy z Watykańskiej Kaplicy Sykstyńskiej, autorstwa Michała Anioła, czuwała nad nami.

Nasz Ojciec miał przyjaciela, dyrektora klucza majątku rolniczego pana Goryczkę, który dał ojcu pracę magazyniera zbożowego, na jednym z folwarków we wsi Dżurów, zagubionej na mapie osadzie „gdzie diabeł mówi dobranoc”. Pan Goryczko był człowiekiem wielkiej szlachetności. Zrobił to bezinteresownie. Mimo to, nasz Ojciec, bez jego wiedzy przepisał na niego naszą posiadłość w Brzuchowicach pod Lwowem.

Pracowaliśmy jako rolni robotnicy w przedwojennym pańskim folwarku, skonfiskowanym przez Szwabów i operującym pod nazwą Liegenszaftu, który dostarczał żywność dla niemieckich żołdaków na wschodnim froncie. Tego dnia był nietypowy ranek, ponieważ rzadko z tak zwanej władzy okupacyjnej, poza niemieckimi żandarmami, znanymi jako „blacharze” i ukraińskimi policjantami, którzy regularnie zjawiali się po kontyngent, żywnościową łapówkę i samogon, nikt nie zaglądał do tej ukrytej wśród gęstych sosnowych lasów małej ukraińskiej wioski.

Jednakże tego dnia jakby się zmówili, zjawili się na folwarku nie tylko znani nam niemieccy „blacharze” i ukraińscy policjanci, ale kilku gestapowców oraz członków Sonderdienstu i jeden tajniak – Polak współpracujący z okupantem, w typowym długim niemal po kostki cywilnym skórzanym płaszczu i kapeluszu. Kiedy stojąc w postawie na „baczność”, Ojciec mój znalazł się z nim oko w oko, ogarnął go śmiertelny strach. Ten człowiek znał Ojca ze Lwowa z okresu przedwojennego. Ojciec w czasie niemieckiej okupacji zapuścił sobie wąsy i przypominał polskiego szlachciurę. Jednak tajniak zaczął uważnie mu się przyglądać. Skąd on wziął się w Dżurowie, chyba tylko diabeł mógłby na to odpowiedzieć. Jedno jego słowo i byłoby po wszystkim. Rozstrzelano by nas momentalnie. Jednak nie uczynił tego. Dlaczego? Nie wiem. Albo nie poznał mojego ojca, albo postanowił nie poznać. Tego się nigdy nie dowiemy. Kiedy odjechali moja Mama Teofila, będąc w ogromnym stresie, odmawiała nerwowo różaniec i powiedziała do nas: „Pan Bóg widocznie przesłonił mu oczy”. To był prawdziwy cud. Wówczas jako nastolatek uwierzyłem w cuda. Prawdopodobnie silna wiara pozwoliła nam przetrwać hitlerowską „ciemną noc” i ocalić z rąk niemieckich oprawców i ukraińskich „rezunów”.

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 9 kwietnia 2018 r.

 ____________

1. Schnell… schnell… verfluchte Jude… schnell. Tłum.: szybko… szybko… przeklęty Żydzie… szybko…

2. Mütze aus. Tłum.: czapkę z głowy!

3. Rrrauass… rrausss ferfluchte schwein… mütze aus! Tłum.: Wychodź,  no wychodź przeklęta świnio… zdejmij czapke!

4. Aus… aus… du Schweinehund. Tłum.: wyłaź, no wyłaź ty świński psie.

5. Rolf… Rolf… verlasse dieser ferfluchte Dreck… herauskommen Rolf… schnell, schnell… du bist getrunken Rolf . Tłum.: Rolf… Rolf… zostaw ten przeklęty śmieć… wychodź Rolf… szybko, szybko, ty jesteś pijany Rolf.

6. du bist ein Jude!  – Nein… nein… Rolf, es ist nicht ein Jude… lasse diese ferfluchten Polnische Schwein. Tłum.: – Ty jesteś Żydem!   (mówi Rolf). – Nie… nie… Rolf (mówi drugi żołnierz) to  nie jest Żyd, zostaw tę przeklętą polską świnię.

Materiał udostępniony “Gazecie” przez CultureAvenue – cultureave.com. Dziękujemy!

Poleć:

O Autorze:

Joanna Sokołowska-Gwizdka

Pisarka, dziennikarka, członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, były pracownik Katedry Literatury Staropolskiej Uniwersytetu Łódzkiego. Jej artykuły, recenzje i wywiady publikowane były w wielu pismach w Polsce: „Rzeczpospolita”, „Pani”, „Dziennik Łódzki”, „Odgłosy”, „Jazz Forum” i za granicą: „Gazeta” (Toronto), „Nowy Dziennik” (Nowy Jork), „Polonia Kalifornijska” (San Diego), „Teraz” (Filadelfia), „Polonez” (Kair, Egipt), „Kurier Zachodni” (Perth, Zachodnia Australia), „Tygodnik Polski” (Sydney, Australia), „Pro Polonicum” (Fryburg, Szwajcaria). Autorka książki o Helenie Modrzejewskiej „Co otrzymałam od Boga i ludzi”. Obecnie mieszka w Austin w Teksasie. . Materiał udostępniony “Gazecie” przez CultureAvenuecultureave.com. Dziękujemy!  

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.