Co przeszkadza Kościołowi?

0

Kościół w ostatnim czasie czyni pewne gesty na rzecz ofiar pedofilii, uczciwie przyznam jednak, że zupełnie nie wierzę w zdolność Kościoła do samooczyszczenia się po tych wszystkich pedofilskich skandalach.

Kościołowi w procesie ekspiacji i wyrugowania zła przeszkadzają bowiem nie jakieś uwarunkowania socjologiczne, psychologiczne czy kryminalistyczne ­– a więc czynniki, które można przezwyciężyć odpowiednim programem naprawczym, mającym praktyczny wymiar – ale jego własna teologia, jego najgłębsza, zupełnie nieprzemakalna, oporna na wszystkie czynniki zewnętrzne tożsamość. Naprawdę lepiej dla całej debaty publicznej będzie, jeśli prędko sobie uświadomimy, że Kościół tuszował wszystkie zbrodnie popełniane na dzieciach nie ze strachu przed karą i nie z szeregu pragmatycznych powodów, ale dlatego, że chciał za wszelką cenę obronić spójność narracji o własnej istocie. Innymi słowy, Kościół musiałby teraz przestać być sobą, żeby spektakularnie rozprawić się z księżmi-pedofilami.

Na czym polega ta kościelna tożsamościowa opowieść? Jak Kościół określa własną naturę? Uważa mianowicie, że został założony przez Jezusa – Boga,  nie pochodzi więc z tego świata, służy sprawom z innego porządku niż doczesny i odznacza się przymiotami, których świat doczesny nie posiada: jest w sprawach wiary i moralności nieomylny, dysponuje także rozmaitymi boskimi prerogatywami, na przykład może sprawować sakramenty, które są według Kościoła gwarancją relacji z Bogiem. Sprowadzając to wszystko do jakiejś formuły podstawowej, należałoby powiedzieć, że Kościół utrzymuje o sobie, że –  z Bożego nadania – ma władzę prowadzić człowieka do życia wiecznego i swoimi działaniami przesądzać o jego zbawieniu bądź potępieniu („wszystko, co zwiążesz na Ziemi, będzie związane w Niebie”).

To bardzo mocne, totalne przekonanie, dające Kościołowi bardzo dużą władzę nad pobożnymi ludźmi, a także nad politykami w tych krajach, w których ludzie pobożni stanowią większość. Ostatecznie w ten sposób – chociaż współcześnie jest o to coraz trudniej z powodu procesów laicyzacyjnych – Kościół może zyskać silny wpływ na ustawodawstwo i kształt państwa. Tym silniejszy, że formuje przecież nie tylko bezpośrednie decyzje wyborcze, ale też – czy raczej: przede wszystkim –sumienia ludzi, którzy często podejmują w życiu społecznym decyzje na miarę kościelnych oczekiwań zupełnie podprogowo i automatycznie, nawet jeśli już od dawna z Kościołem nie są ściśle związani.

A co nam zostanie, gdy tę warstwę religijną zredukujemy?

Otóż jeśli weźmiemy w nawias te religijne teorie, dostrzeżemy, że Kościół jest instytucją na wskroś banalną, działającą jak duża globalna korporacja o olbrzymim zasięgu, tworzona przez ludzi o rozmaitych kwalifikacjach, a nierzadko bez kwalifikacji i z bardzo małym kapitałem intelektualnym i etycznym.  Można nawet zaryzykować tezę, że Kościół ma kadry managerskie dużo ułomniejsze niż przeciętna firma, bo nie  stosuje żadnych sensownych procesów rekrutacyjnych. Tak pojęty Kościół  – funkcjonujący jak zwykła organizacja – ­ma do zaoferowania ludziom określony towar w postaci danej obietnicy religijnej i musi ten towar odpowiednio zaprezentować. Robi to na rozmaite sposoby, mądrzej bądź głupiej, i jedni ludzie chcą ten towar od Kościoła kupować, inni nie. Obowiązują tu klasyczne mechanizmy rynkowe: w pierwszej kolejności kupią ten towar ci, którzy  z powodu swojej sytuacji życiowej naprawdę go potrzebują do zyskania poczucia sensu życia, w drugiej – ci, których Kościół przekonał, że go potrzebują, potem kupią go jeszcze ci, którzy mają do tego towaru jakiś sentyment, a wreszcie – sporo ludzi go nie kupi.

Tak działający Kościół – tworzony przez zwykłych śmiertelników i mozolnie budujący swoją korporacyjność – popełnia rozmaite błędy, ma w swoich szeregach ludzi szkodliwych, skazany jest też na ryzyko utraty zaufania. Jak każde przedsiębiorstwo.

W tym miejscu jednak podobieństwa Kościoła do zwykłych firm i organizacji się kończą.

Wszelkie świeckie podmioty działające we współczesnym świecie mają bowiem opracowane – lepiej lub gorzej – procedury na wypadek odkrycia rozmaitych nieprawidłowości w postępowaniu pracowników.

W wielkich światowych korporacjach istnieją specjalne komórki, do których pracownicy mogą raportować molestowanie seksualne, mobbing, dyskryminację i inne nadużycia. Wiadomo, że działa to z różnym skutkiem, ale godny pochwały jest już sam fakt tworzenia w biznesie odpowiednich narzędzi reagowania, a wręcz swoistej kultury niezgody na rozmaite formy przemocy. W ostatnim czasie  ­– i jest to na pewno zasługa rozmaitych sygnalistów i Internetu – wiodące firmy są już naprawdę coraz skuteczniejsze w przeciwdziałaniu toksycznym czy wręcz przestępczym stosunkom między pracownikami.

Wobec prześladowców wyciągane są surowe konsekwencje, włącznie ze zwolnieniami dyscyplinarnymi. Najważniejsze zaś jest to, że sporo osób z kadry zarządzającej czuje, że trzeba zrobić w tej materii jeszcze więcej, że to dopiero początek drogi. I nie chodzi tu tylko o przestępstwa przeciw wolności osobistej pracowników. Chodzi też o nadużycia finansowe, o korupcję, o nepotyzm.

Nawet FIFA, organizacja wyjątkowo skorumpowana i iście bizantyjska w stylu bycia, wprowadziła różne regulacje naprawcze. A Kościół niczego takiego nie robi. I to jest właśnie sedno sprawy: Kościół ­– złożony z ludzi, zarządzany przez ludzi, funkcjonujący dla ludzi, stosujący typowo ludzkie formy organizacyjne i typowo ludzkie metody pozyskiwania klienteli oraz błądzący w sposób typowo ludzki – nie chce wziąć za wszystko, co w nim typowo ludzkie, typowo ludzkiej odpowiedzialności. Gdyby dyrektor filii dużego koncernu motoryzacyjnego okazał się szefem gangu pedofilów, rychło zostałby wyrzucony z firmy. Prawdopodobnie pracę straciłby też prezes, jeśli pedofilskie przestępstwa dyrektora ciągnęłyby się przez lata rządów prezesa. Przedsiębiorstwo czekałaby kadrowa rewolucja.

W Kościele zaś kadry w zasadzie się nie zmieniają. Biskupi dalej siedzą na swoich biskupich tronach, mimo że pod ich nosem rozgrywały się pedofilskie zbrodnie. W polskim episkopacie też paru takich nazwisk można by się doszukać. Też mamy takich biskupów, którzy przerzucali księży pedofilów z parafii na parafię i szukali im azylu. W każdej szanującej się firmie taki biskup trafiłby na bezrobocie.

W tym miejscu jednak Kościół zaczyna brutalnie odpierać tę podstawową ludzką logikę o odpowiedzialności organizacji i o systemowych uwikłaniach. Ignoruje to wyjaśnienie, że żaden ksiądz pedofil nie osiągnąłby tak dużej skuteczności, gdyby nie mógł liczyć na wyrozumiałość i wsparcie pryncypałów.

Kościół nie chce spojrzeć na siebie jak na jedną z wielu firm, z której trzeba wyrzucić niewłaściwych pracowników. Nie chce rozliczać swojego personelu z poważnych ludzkich wad. Zamiast tego uruchamia z marszu te wszystkie – omówione przeze mnie kilka akapitów wyżej –  wątki teologiczne. I słyszymy wtedy od księży i biskupów, że Kościół może i składa się z  różnych grzeszników, ale przecież ma też swój wymiar transcendentny, prowadzi ludzi do zbawienia, pokazuje im wyższy porządek, odsłania „prawdziwe wartości”, i to jest kluczowe i na tym powinniśmy się skupić.

Dochodzi tu zatem do bardzo karkołomnego fikołka ideologicznego: niedookreślona, mglista i będąca wyłącznie sprawą jakiegoś konceptu religijnego świętość Kościoła ma się okazać ważniejsza niż twarde ludzkie czyny, niż twarde ludzkie zależności. Prosi się nas o to, byśmy odwrócili wzrok od tych wszystkich księży z krwi i kości, często aż do granic możliwości zepsutych i szkodliwych, i spojrzeli w stronę tego, co ulotne i nie do udowodnienia.

Chrystusowość Kościoła to sprawa wiary, natomiast pedofilskie zbrodnie Kościoła to sprawa twardej materii. I to ta materia musi mieć prymat we wszelkich ocenach i reakcjach. Jeśli Kościół wygląda i zachowuje się jak głęboko patologiczna, niszcząca organizacja,  o rysie nierzadko – jak choćby w Pensylwanii – mafijnym, to musimy powiedzieć, że jest głęboko patologiczną, niszczącą organizacją o rysie mafijnym, niczym innym; nie możemy mówić, że to zło to tylko takie przypadłościowe cechy, a tak naprawdę – na jakimś niepodlegającym dowodzeniu poziomie boskim ­­– Kościół jest nieskazitelny.

Kościół próbuje nas wciągnąć w swoją grę, na którą w żadnym razie nie powinniśmy się zgadzać. Figury, które Kościół rozkłada na planszy, muszą zostać strącone gwałtownym ruchem ręki prosto na podłogę. Trzeba tym ludziom otwarcie powiedzieć, że jeśli zachowują się jak mafiozi, to po prostu są mafiozami, i żadne teologiczne zabiegi nie mogą nagle zrobić z nich reprezentantów dobra i świętości. Biskup, który osłania księdza pedofila, szuka mu nowych zadań, kieruje do innej pracy – jest po prostu gangsterem i żadne słówka o tym, że Chrystus mimo zła jest w takim Kościele kluczowy, nie powinny na ludzi działać.  Nie możemy sobie pozwolić na rozdwojenie jaźni, nie możemy przykładać do Kościoła innych norm, niż przyłożylibyśmy do jakiejkolwiek innej organizacji.

Widać już chyba nieźle, co Kościół musiałby zrobić, żeby rzeczywiście szczerze i głęboko, wszechstronnie rozprawić się ze złem pedofilii w szeregach duchownych. Musiałby zdjąć maskę. Porzucić swoją pychę. Zostawić za sobą to iście magiczne myślenie, że zło przez niego sprawione go nie określa, bo tak naprawdę, dzięki Chrystusowi, jest święty i tylko to się liczy. Innymi słowy, Kościół musiałby porzucić niebiańskie obłoki, zejść na ziemię i zrobić to, co zwykle robią organizacje, które mają na sumieniu tyle niegodziwości: przebudować się aż do fundamentów, a może nawet ogłosić upadłość i potem próbować działać od nowa, na innych warunkach.

Kościół oczywiście sam tego nie zrobi, bo wtedy przestałby być Kościołem. Ale ludzie – klienci Kościoła – mogą mu pomóc. Wystarczy postąpić tak, jak Irlandczycy.

Kościołowi w procesie ekspiacji i wyrugowania zła przeszkadzają bowiem nie jakieś uwarunkowania socjologiczne, psychologiczne czy kryminalistyczne ­– a więc czynniki, które można przezwyciężyć odpowiednim programem naprawczym, mającym praktyczny wymiar – ale jego własna teologia, jego najgłębsza, zupełnie nieprzemakalna, oporna na wszystkie czynniki zewnętrzne tożsamość. Naprawdę lepiej dla całej debaty publicznej będzie, jeśli prędko sobie uświadomimy, że Kościół tuszował wszystkie zbrodnie popełniane na dzieciach nie ze strachu przed karą i nie z szeregu pragmatycznych powodów, ale dlatego, że chciał za wszelką cenę obronić spójność narracji o własnej istocie. Innymi słowy, Kościół musiałby teraz przestać być sobą, żeby spektakularnie rozprawić się z księżmi-pedofilami.

Jarosław Dudycz

Poleć:

O Autorze:

Studio Opinii

Dość długo grupa doświadczonych – i, niestety, na ogół niemłodych – dziennikarzy myślała o założeniu własnego pisma internetowego. W końcu, w roku 2008, pomysł ten został zrealizowany w postaci pierwszej wersji „Studia Opinii”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.