Wszystko zaczęło się od smaków

0

Dieta w dobrym stylu

Nie jestem zawodowym kucharzem, nigdy nie byłam i z pewnością już nie będę. Lubię gotować i oglądać programy kulinarne, mam całkiem pokaźną domową bibliotekę z ciekawym księgozbiorem prezentującym potrawy z różnych stron świata. Lubię opowiadać o jedzeniu i lubię jeść. Do niedawna moje doświadczenia kulinarne były żadne, a nawet muszę ze wstydem przyznać, iż był taki czas w moim emigranckim życiu, że nie miałam w domu kuchni z piekarnikiem i sporadycznie gotowałam na małej dwupalnikowej kuchence turystycznej. Wtedy wydawało mi się, że jedzenie nie jest tak ważne jak moja pasja podróżowania i praca w radio.

Obecnie mogę pochwalić się doświadczeniem ze smakami, które od pięciu lat wydobywam przede wszystkim z warzyw. Z przeszłości pamiętam kilka kulinarnych zaskoczeń smakowych i to pewnie wspomnienia o nich spowodowały, że zainteresowałam się gotowaniem. Pierwsze miało miejsce w malutkiej wiosce niedaleko Nowosybirska. Upieczone w ognisku, a inne w żeliwnym saganie, ziemniaki w niczym nie przypominały smaku naszych, polskich. Gospodarze, pytani o tajemnicę kartoflanych delicji, uśmiechali się wskazując na rosnące dookoła zioła. Ziemniaków takich jak wtedy na Syberii nie jadłam już nigdy. Kilka lat później na wyspie Paros poczęstowano mnie arbuzem z fetą i oliwkami. Było upalne popołudnie, cykały cykady, a smak deseru wprawił mnie w zdumienie. Zresztą nie tylko smak, ale i sposób serwowania. W Polsce jadłam arbuza krojonego w plastry, które trzymało się za skórkę i ze smakiem pałaszowało miąższ. W letniskowym domu moich przyjaciół deser podano na ogromnym półmisku, arbuz i feta były pokrojone w niewielkie kawałki przystrojone listkami pachnącej bazylii, a czarne oliwki pięknie lśniły w słońcu. Potrawę konsumowało się widelcem. Od tamtej pory w upalne dni, schłodzonego arbuza jadam z greckim serem i oliwkami.

This slideshow requires JavaScript.

Kolejne zaskoczenie smakowe związane jest z kolacją w paryskiej, eleganckiej rybnej restauracji, gdzie podano mi kilka rodzajów ryb na kamieniu. Zapytałam dlaczego nie na talerzu. Usłyszałam, że tak lepiej smakują. Nie uwierzyłam, ale kelner miał rację. Smak ryb jedzonych z kamienia różnił się od tych z porcelany.

No i jeszcze Montreal. To wizyta w jednej z najlepszych restauracji szczycącej się 2 gwiazdkami Michelina zdecydowała, że postanowiłam rozpocząć nowy rozdział w moim życiu. Podczas niezapomnianej kolacji miałam okazję spróbować smaków i aranżacji miniaturowych dań, których nie podejmuję się opisać, bo nie znam takich słów. Musiałabym je dopiero wymyślać. Najbardziej zaskoczyły mnie przystawki. Dziesięć kulinarnych cudów serwowano w kolejności wcale nie przypadkowej. Każda z nich była eksplozją smaku. Podobnie było z daniami podstawowymi. Wśród deserów (także kilku) najbardziej zaskoczył mnie czerwony mus z miętą w kształcie ogromniej truskawki. To była wyrafinowana, nieporównywalna z niczym słodycz, coś z pogranicza szampana i wybornego porto. To zaskakujące smaki potraw sprawiły, że zainteresowałam się gotowaniem. Z czasem kupiłam prawdziwą kuchnię z piekarnikiem, miksery, blachy i tortownice do pieczenia oraz różne przyrządy do krojenia warzyw i owoców oraz ozdabiania ciast. Rozpoczął się okres kulinarnego szaleństwa. Wymyślałam nowe przepisy, moja kuchnia zapełniła się ziołami, wiankami czosnku zwisającymi ze specjalnie zamontowanych uchwytów, zasadziłam domowy ogródek by mieć świeże przyprawy, na specjalnym bufecie ustawiłam pojemniki z sypkimi produktami, a w szafkach zaczęło brakować miejsca na nowe zestawy talerzy, półmisków i przeróżnych kubeczków, rondelków, fikuśnych słoiczków, butelek i dzbanuszków. Rozpoczęło się wielkie kucharzenie. Najbardziej zadowoleni byli sąsiedzi, bo często właśnie im rozdawałam potrawy, które spontanicznie przygotowałam. Wtedy nie potrafiłam jeszcze robić mądrze zakupów i zawsze wszystkiego kupowałam za dużo. I tak się zapamiętałam w tym moim gotowaniu i pieczeniu, że ani się spostrzegłam jak moja waga zaczęła rosnąć w tempie dość zawrotnym. Jakoś tak się działo, że najczęściej i najchętniej wypiekałam różne ciasta i przepyszne desery. Zawsze lubiłam jeść, a za pistacjowe lody oddałabym życie.

Pewnego dnia gdy już nie miałam co na siebie włożyć, a odbicie w lustrze w niczym nie przypominało uśmiechniętej, młodej dziewczyny, którą byłam odkąd pamiętam, powiedziałam “dość!”. Koniec łasuchowania i koniec z urządzaniem przyjęć dla całego Montrealu.

This slideshow requires JavaScript.

To właśnie wtedy mój znajomy z Polski polecił mi książkę amerykańskiej specjalistki w tej dziedzinie – Haylie Pomroy, która cieszy się wielkim szacunkiem w Hollywood dzięki swojej umiejętności doprowadzania do szybkiej i zdrowej utraty wagi. Postanowiłam, że całkowicie zmienię swoje życie. Poradnik jak schudnąć szybko i zdrowo “Fast Metabolism Diet” okazał się strzałem w dziesiątkę. We wstępie autorka napisała, że “…jeśli lubisz jeść, lubisz gotować i chcesz schudnąć, to ta książka jest właśnie dla ciebie”. Ta książka zdecydowanie była dla mnie. W ciągu pięciu miesięcy schudłam 18 kg. Jadłam i chudłam, ale… nie wszystko lecz w ograniczonej ilości i według rygorystycznych zasad.

W tej diecie trzeba było zrezygnować z picia alkoholu (mała strata, bo i tak piłam tylko okazjonalnie), z kawy (tutaj był duży problem, bo wówczas codziennie wypijałam 4-5 filiżanek), z mąki pszennej, a więc przy okazji z pieczywa, makaronów i ciast wszelakich, z ziemniaków, z nabiału, a więc mleka, masła, serów i jogurtów. W tym przypadku także było ciężko, bo dobre sery, jogurty i chrupiące bagietki stanowiły podstawę moich śniadań. Zabroniona do spożycia była również herbata, kukurydza, soja, suszone owoce, soki, słodziki i beztłuszczowa dietetyczna żywność. Z tymi ostatnimi rozstałam się bez żalu. Najbardziej bolała jednak całkowita rezygnacja z cukru. Cierpiałam okrutnie, bo przecież wiązało się to z całkowitym zakazem spożywania moich słodkości, z których byłam taka dumna.

Z perspektywy czasu, dziś śmieję się z tamtych ograniczeń, bo nie tylko, że nie używam cukru, ale mdli nie na widok słodzonej kawy czy herbaty, nie mówiąc o tym, że wszystkie tradycyjne ciasta są dla mnie zbyt słodkie i zwyczajnie niesmaczne. Dla smakoszy kawy mam dobrą wiadomość. Po tygodniu niepicia kawy zanika ochota na niedozwolone produkty. Organizm przestawia się na zupełnie inny tryb funkcjonowania. Paradoksalnie odstawienie kawy powoduje wydzielanie się mnóstwa energii. Generalnie na tej diecie bardzo poprawia się samopoczucie i tzw. happiness factor.

Jak długo trwa Dieta Przyspieszająca Metabolizm i czy działa? Jasne, że działa, ale trzeba ją stosować bardzo restrykcyjnie. Trwa tylko 28 dni, ale trzeba się stosować do zaleceń bez gadania i bez popełniania grzechów łakomstwa. Ta dieta jest jak recepta i proszę zauważyć, że jest to TYLKO 28 dni, a nie 28 tygodni ani 28 miesięcy. Od pierwszych 4 tygodni trzeba zacząć, a później można je powtarzać. Ja “zaaplikowałam” sobie pięć takich 28-dniowych seansów.

Jeśli ktoś jest zainteresowany Dietą Przyspieszającą Metabolizm odsyłam do książki lub do mojego bloga DIETA I STYL z postami z 2014 roku.

We wprowadzeniu do książki “Dieta przyspieszająca metabolizm” jej autorka Haylie Pomroy pisze: “Jeśli ciągle się zastanawiacie, czy powinniście postawić wszystko na jedną kartę i z pełnym zaufaniem wejść do mojego systemu, pozwólcie, że zapewnię was: tak, wiem, jak to jest. Przeszłam przez to. Wiem, jak jest mieć nadwagę i być zmęczoną, sfrustrowaną, nastawioną sceptycznie i bliską rezygnacji. Przeżyłam to osobiście, na własnej skórze. Wiem również, czym jest walka z emocjami i próby łagodzenia ich jedzeniem… Wiem też, jak to jest, gdy chce się schudnąć pod presją stresu, gdy się choruje, gdy nie wiadomo co zrobić, i kiedy człowiek czuje się zagubiony. Ale wiem również, jak to jest, gdy się zdrowieje, traci wagę, gdy zabliźniają się rany, odnajduje się nadzieję i własną drogę. Przeszłam przez całą tę drogę” (str.14, 2014 Burda Publishing Polska).

Przed pięcioma laty zaufałam Haylie Pomroy. Wtedy po raz pierwszy od lat nie byłam głodna. Do stołu zasiadałam bez wyrzutów sumienia, że utyję jedząc pyszne dania, które z radością sama przygotowywałam. Dzięki diecie moja kuchnia wzbogaciła się o nowe przysmaki. Wyostrzył mi się smak. Mój dzień był dłuższy, bo z łatwością i lekkością budziłam się o świcie. Energia mnie rozpierała, a każdego poranka miałam ochotę góry przenosić. Bardzo poprawiło mi się ciśnienie krwi. Czułam się niewyobrażalnie fantastycznie i byłam zwyczajnie szczęśliwa.

Nie ma diety cud. Każda dieta to mozolna praca, mierzenie się z przeciwnościami i własnymi słabościami. A na efekty trzeba długo czekać.Ale tak jest przecież ze wszystkim w życiu. Powoli się dorabiamy. Powoli zdobywamy czyjeś zaufanie. Dlaczego ze zdrowiem i ciałem miałoby być inaczej?

Dzięki Diecie Przyspieszającej Metabolizm zainteresowałam się zdrowym odżywianiem. Dziś nie byłabym witarianką (a po drodze wegetarianką i weganką), gdybym przed pięcioma laty nie zastosowała Diety Przyspieszającej Metabolizm, nie prowadziłabym bloga DIETA I STYL, nie jadłabym owoców i warzyw na surowo, nie czułabym się młodą dziewczyną na kilka lat przed emeryturą. Nie tryskałabym energią i nie byłabym tak szczęśliwa i zdrowa jak jestem dziś. A w planach nowe projekty.

Ilustracją do tego tekstu są moje dania z okresu stosowania Diety Przyspieszającej Metabolizm. Wybieram je i uśmiecham się do siebie. Życie jest takie piękne.

Poleć:

O Autorze:

Bożena Szara

Bożena Szara – dziennikarka, producentka radiowa (Radio Polonia w Montrealu - CFMB-1280 AM), autorka bloga "Dieta i Styl". Organizatorka wydarzeń artystycznych. Współpracuje przez lata z "Gazetą”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.