Mój Kraków ( 1)

0

Teatr w Toronto i na świecie

Opowieść Marii Nowotarskiej o krakowskiej karierze aktorskiej. Fragment książki Beaty Gołembiowskiej “Teatr bez granic”

Od pokoleń jestem krakowianką. Moi rodzice wraz ze mną, moim bratem i ukochaną babcią mieszkali w kamiennicy blisko Starego Rynku, przy ulicy Pędzichów. Ta dziwna nazwa pochodzi od “pędzenia chowu”, co oznaczało, że dawnymi czasy tą drogą chłopi pędzili zwierzęta na pastwiska. Przed wojną mama była nauczycielką języka polskiego i historii, a ojciec zajmował stanowisko urzędnika skarbowego. Miał też drugie zajęcie, ukochane, a mianowicie wraz ze swoim bratem Leonem prowadził szkołę tańca salonowego, która mieściła się w sali nad słynną krakowską restauracją – Hawełką. Po ojcu odziedziczyłam zamiłowanie do tańca i mimo że w czasie okupacji było ciężko, to w radosnych chwilach tańczyłam z tatą walca.

Tuż po wojnie – miałam wtedy 8 lat, ojciec zaprowadził mnie do popołudniowej szkoły baletowej prowadzonej przez bardzo dobrego przedwojennego tancerza – Feliksa Parnella. Kraków tamtego okresu był przepełniony artystami, gdyż tylu warszawskich i lwowskich malarzy, poetów, pisarzy, tancerzy, aktorów, muzyków i śpiewaków straciło dach nad głową. Z czasem wracali do stolicy i tak odszedł też Parnell. Po nim przyszedł cudowny pedagog, Leon Wójcikowski, który przed wojną tańczył Pietruszkę w balecie Diagilewa w Paryżu. Moimi ostatnimi nauczycielkami były panie J. Łukaszewicz i J. Jarzynówna. Właśnie byłam na lekcji u jednej z nich, gdy przyszła tancerka z Teatru Starego, poszukująca dziewczynki do roli królowej Izabeli w “Jajku Kolumba” – pierwszej po wojnie komedii muzycznej.

Podczas lekcji uważnie przyglądała się uczennicom i ku mojej wielkiej radości wybrała mnie! Moje niezmierne szczęście przyćmiły kłopoty. Uczęszczałam bowiem do szkoły prowadzonej przez zakonnice i one nie chciały się zgodzić, aby ich pupilka dostała się do “gniazda zła”, jakim w ich pojęciu był teatr. Udało się jednak je przekonać i po raz pierwszy w życiu stanęłam na deskach teatru, który z miejsca stał się dla mnie zaczarowaną krainą, chociaż ten tuż powojenny był bardzo biedny. Akcja sztuki toczyła się na hiszpańskim królewskim dworze, a tymczasem nie można było zdobyć żadnych materiałów na kostiumy. Poradził sobie z tym Andrzej Stopka, młody scenograf, późniejszy profesor Akademii Krakowskiej. Na jego polecenie zakupiono materiał używany do worków na kartofle, a uszyte z niego kostiumy zostały nałożone na druciane konstrukcje krynolin.

Scenograf własnoręcznie wymalował na nich cudowne wzory, które mieniły się złotem i purpurą. Ja, jako królowa Izabela byłam również ubrana w taką kreację, moje długie blond włosy były ufryzowane i przy muzycznych fanfarach siadałam na tronie, zapowiedziana z wielką celebrą przez marszałka dworu, a obok mnie stał piękny rycerz, wielki amant polskiego teatru – Stanisław Zaczyk. Na pierwszej stronie książki o powojennej historii Teatru Starego jest umieszczone zdjęcie Jana Ciecierskiego jak ze mną tańczy Rumbę Kolumba. W tym spektaklu występowały wielkie gwiazdy: Igor Śmiałowski, Jan Ciecierski, Eugeniusz Fulde, ale też młoda i piękna Danuta Szaflarska. W “Jajku Kolumba” grała pierwszą damę i doskonale ją zapamiętałam.

This slideshow requires JavaScript.

Moja druga przygoda z teatrem nastąpiła wkrótce po tej pierwszej. W Teatrze Starym, do sztuki “Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej, w reżyserii Romana Zawistowskiego, poszukiwali dziew-czynki i przypomnieli sobie, że jest mała Marysia Nowotarska, która u nich już grała. Na pierwszej próbie pan Roman przedstawił mi aktorów – Barbara Ludwiżanka była moją mamą, a Włodzimierz Macherski – tatą. Scenę, kiedy mama opuszcza ojca przeżyłam tak bardzo, że dostałam ataku płaczu i nikt nie był w stanie mnie uspokoić. Następnych prób nie przeżywałam już tak głęboko, ale zawsze na przedstawieniach pojawiały się w moich oczach łzy. Występowałam w pięknych strojach – ślicznej sukience, niebieskiej, aksamitnej z koronkowym kołnierzykiem oraz w białym płaszczyku z mufeczką i pomponikami. Nigdy nie miałam tak wspaniałych kreacji. Byłam przecież dzieckiem wojny.

Trzecia sztuka, w której wystąpiłam jako dziecko, zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Był to “Powrót syna marnotrawnego”, napisany przez Romana Brandstaettera. Reżyserował i grał główną rolę Janusz Wernecki. Karol Frycz, legenda teatru, profesor Akademii Sztuk Pięknych stworzył scenografię, która była żywymi obrazami Rembrandta, pełna rembrandtowskich kolorów i jego słynnego światłocienia. Wszyscy pracowali z ogromnym zapałem nad przygotowaniem tego przedstawienia – każdy drobiazg, każda smuga światła musiała być dopracowana. Próby potrafiły się przedłużać aż do trzeciej nad ranem. Dla mnie to było zetknięcie się z teatrem, który wymagał ogromnie dużo pracy, pieczołowitości i wiedzy. Grałam córkę Rembrandta, Kornelię, w okresie kiedy malarz był nędzarzem. Szczególnie zapamiętałam piękny dialog pomiędzy mn a głównym bohaterem – Januszem Werneckim. W czasie jednej z prób aktor wpisał mi w pamiętniku zdanie, które stało się moim aktorskim credo – “im prościej będziesz mówiła na scenie, tym lepiej to będzie”.

This slideshow requires JavaScript.

Nie zawsze przychodziło mi to łatwo osiągnąć.

Zbigniew Pronaszko, brat ówczesnego dyrektora teatru, Andrzeja Pronaszki, namalował mnie w stroju królowej Izabeli. Pozowałam mu cierpliwie stojąc przez wiele godzin, ubrana w sztywną krynolinę hiszpańskiej infantki. W podzięce za mój trud artysta namalował mój portret i wręczył mi go wraz z wpisem do pamiętnika – “Drogiemu modelowi – wdzięczny malarz”.

cdn. . .

Poleć:

O Autorze:

Beata Gołembiowska

Beata Gołembiowska – pisarka, autorka powieści Żółta sukienka, Malowanki na szkle, Lista Olafa, Droga do Wilenii oraz książek–albumów – W jednej walizce i Teatr bez granic. Kocha przyrodę, ceni ciszę, a w ludziach – tolerancję.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.