Martwy byk (8)

0

Spojrzał mi w oczy i rzekł krótko: “Agata nie żyje”.

Mogłem się tego domyślać. Mało tego, ja się domyślałem, przez cały ten okres po ataku nie tylko fakty ale i przeczucia mówiły mi, że moja przyjaciółka nie żyje. Ale jakoś omijałem te złe myśli, odrzucałem je na później, aż to później nadeszło, gdyż musiało przyjść kiedyś. Mimo wszystko byłem zdruzgotany.

Opadłem na poduszki, a wtedy doktor cichym głosem opowiedział mi, jak to wśród wielu innych ofiar ataku na WTC odnaleziono ciało Agaty. Ciało nie doznało żadnych urazów. Przyczyną śmierci było uduszenie dymem. Co do tożsamości upewniono się po dokumentach zachowanych w nietkniętej torebce oraz identyfikacji dokonanej przez niego, doktora Silbersteina. – Widziałem ją – doktor był wyraźnie poruszony, bez przerwy pociągał nosem i łykał łzy… wyglądała jak żywa, taka sama, jak przed rokiem, kiedy odwiedziła mnie w Nowym Jorku… biedna Agata – zakończył, wycierając nos w kleenexa.

– To moja wina… moja, doktorze – mówiłem stanowczym tonem, za nic nie mając sobie jego gesty zaprzeczenia. Mówiłem i mówiłem, jakbym dopominał się potępienia. – To przeze mnie nie żyje, a ja niestety – ja żyję. To nie powinno się wydarzyć. To ja powinienem zginąć. Ona miała przylecieć dwunastego. Jaki diabeł ją podkusił żeby robić nam niespodziankę, taką niespodziankę?

Doktor znowu przysiadł na łóżku i zaczął mnie pocieszać, gładząc uspokajająco po plecach. Tak długo i przekonywująco przemawiał do mnie swoim monotonnym głosem, aż mnie uśpił.

Przyśniła mi się Agata. Siedzieliśmy w góralskiej knajpce w Zakopanem i piliśmy góralską herbatę, jak nazywano herbatę wymieszaną z czystym spirytusem. To znaczy – piła ją Agata, a ja wpatrzony w jej piękne, czarne oczy, słuchałem opowieści o dziwnym, poplątanym życiu.

Rozdział 7
Sen o Agacie

– Pamiętasz mnie? – zapytałem ją wtedy, wpatrując się w jej czarne oczy tam, w tej knajpce w Zakopanem.

– Czy ja ciebie pamiętam? Nigdy cię nie zapomniałam, powiem więcej – nigdy o tobie nie przestałam myśleć.

Siedzi tak naprzeciwko mnie z uśmiechem na pięknej twarzy. Nadziwić się nie mogę jej opowieści, choćby dlatego, że w tamtych wspominanych czasach mógłbym przysiąc, ona wcale na mnie nie zwracała uwagi.

A przecież tak bardzo wtedy na tę Agatę leciałem, a nawet, ech, co tu ukrywać, wydaje mi się że pamiętam, jak bardzo w niej byłem zakochany. Tylko wytłumaczcie mi, jak można być zakochanym w dziewczynie, która była osobistą dziewczyną mojego przyjaciela o pseudonimie Lokator? Ten urwis mógł mieć każdą dziewczynę, którą tylko zechciał. Miał ich wiele i ciągle do niego lgnęły, czego nikt z nas nie mógł zrozumieć. Był najniższy w klasie. Miał wydatny nos, ale trzeba przyznać, że zbudowany był proporcjonalnie. Bardzo inteligentny, śmiały i błyszczący dowcipami na zawołanie. Można było z takim konkurować? Może i było można, ale ja szybko się w niej w związku z powyższym odkochałem, chociaż muszę przyznać, że zadra zazdrości jak cierń drażniła moje serce dosyć długo jeszcze. Postarałem się na siłę wyrzucić z pamięci Agatę, i nie powiem, że mi się to nie udało. I oto teraz ta Agata trzyma mnie za ręce, wpatruje się w moje oczy swoimi rozświeconymi czarnymi jak węgle oczami i gada, i gada, a z gadania jej za wiele nie wynika, jak tylko tyle, że przez całe swoje życie tylko mnie jedynego spośród wszystkich chłopaków z naszego liceum kochała. I to nad życie mnie kochała – powiada. A potem, potem, to mnie nawet znienawidziła – dopowiada. A także o tym gada lekko zaprawiona alkoholem, jak to mimo wszystko obraz mojej osoby najlepszy z najlepszych jednakże w jej pamięci się przebił, a potem to na stałe zagościł, zadomowił się. Do tego stopnia, że mój wizerunek w jej oczach do postaci herosa urósł, do dziś pozostał i trwa – się cieszy. Pamiętasz?

– Pamiętasz, jak mnie napadli bandyci z zawodówki przed kinem Mazowsze? Nie pamiętasz? Ale ja pamiętam. Wskoczyłeś między nich, a mnie kazałeś uciekać. To uciekłam, a ty zdrowo wtedy oberwałeś. Teraz pamiętasz? I nie dając mi dojść do słowa: – Witaj mi więc, mój herosie wyśniony – wykrzykuje w końcu ze śmiechem, na szyję mi się rzucając przy tym bez ostrzeżenia. Zapach perfum mocnych od Prady przenika mnie, a przy okazji ciała miękkość połączoną z jędrnością potwierdzam.

Odsunąłem ją w końcu, ponieważ zaczęli się nam przyglądać ludzie, niektórzy pokazywali nas sobie palcami. Była podniecona, w czym pomagała jej z pewnością góralska herbata. Zapytałem więc tylko po to, żeby zmienić temat, co ona robi w tym szpitalu, do którego ja trafiłem całkiem przypadkowo. Uświadomiła mnie, że pracuje tam jako lekarz urolog. Urolog… ja ostatnio miałem po uszy urologów. Moje życie zostało im całkowicie podporządkowane, a nawet mógłbym powiedzieć – moje życie leżało w rękach urologów, szczególnie jednego z nich, doktora Krótkiego z Toronto.

A potem zarzuciła mnie lawiną pytań:
– A ty co tutaj porabiasz, gdzie mieszkasz, czym się zajmujesz, co robiłeś przez te lata, żonaty jesteś, czy masz dzieci? Może już nawet dorobiłeś się wnuków? – uśmiechnęła się filuternie, a ja patrzyłem na jej piegowatą mimo starannego makijażu jak kiedyś twarzyczkę i robiło mi się coraz bardziej miło.

Opowiedziałem jej krótko moje losy, bez zagłębiania się w szczegóły. O tym, że mieszkam, w Kanadzie, jestem w separacji z żoną i synem, w Zakopanem urlop spędzam, a dlaczego w szpitalu, to już za bardzo nie mam siły jej wyjaśniać, dlaczego, jak i po co się znalazłem.

– No to dobrze się składa. A ja mój kochany, dwóch mężów już zdążyłam pochować. A z trzecim jestem świeżo po rozwodzie. Długo mieszkałam w Hamburgu, przez jakiś czas w Stanach – śmiech serdeczny.

– W niektórych kręgach mówią na mnie Czarna Wdowa – dodaje z uśmiechem, jakby się miała czym chwalić. – I jeszcze gadają o mnie – a jej szczebiot staje się nieznośny- że ten ostatni to miał szczęście w życiu. Niby dlatego, że ode mnie nawiał, bo taki sam los go oczekiwał jak tamtych dwóch jego poprzedników.

Patrzę na nią, piękną taką, na te włosy błyszczące rude i kręcone, więc protestuję żartując, że jaka tam ona czarna, ale że wdowa, to OK.

Knajpka, w której siedzimy, zapełnia się. Jest bardzo gorąco i bardzo głośno. – Nie pijam alkoholu – powiadam na jej zaproszenie do zamówienia następnej rundy góralskiej herbatki. – Ale samą herbatkę to owszem, wypić mogę. Więc ona zatroskana pyta, co mi jest, bo jak pamięta, to kiedyś mogłem dużo wypić.

– Za dużo – śmieje się. A więc dobrze pamięta.

– No to jak z tobą jest, chłopaku? – ze śmiechem się dopytuje. – To było kiedyś, bardzo dawno temu, i to była prawda, a teraz to jest nieprawda – odpowiadam.

Bardzo lubię Agatę, więc jej bez skrupułów i wstydu żadnego o moich alkoholowych przygodach opowiadam, a ona nic, tylko milknie. A potem słucha i słucha. W końcu do odwyku w opowieściach o życiu dotarłem. O chorobie mojej i operacji, co mnie za dwa tygodnie w Toronto czeka, na razie nie mówię, chociaż szczerość taka mnie dopada, że aż się w język gryzę. Skutkuje. Temat alkoholowy pozostaje jednakże nadal aktualny, bo szczerością mą zarażona, także przyznaje się do skłonności przechodzącej w uzależnienie, podobne mojemu.

Patrzę na jej szyję, opaloną i gładką tak, że nie mogąc się powstrzymać, całuję ją w samo zagłębienie obojczyka. Jest to mój pierwszy kontakt cielesny z kobietą, w której byłem kiedyś, bardzo dawno temu zakochany. A ona nic, tylko pochyla się do mnie tak nisko, jakby mi się nadstawiała do dalszych pocałunków, ośmiela mnie. Trzymamy się za ręce jak dzieciaki w podstawówce i nagle odczuwam coś w rodzaju zażenowania. A ona nie widzi tego, albo jeśli nawet widzi, to nie zwraca na to uwagi, tylko jeszcze namiętniej mnie przytula i naraz całuje w usta długim, miękkim pocałunkiem…Podnoszę się, choć jeszcze nie wychodzimy.

Ale ona chyba pomyślała, że chcę od niej uciekać.

– Poczekaj, przecież ta herbatka zmarnować się nie może, co tam, żyje się raz. – Uśmiech na twarz wrzuca.

Parskamy śmiechem. Wesoło nam, lekko. – Zazdroszczę ci podejścia do życia – mówię, patrząc na nią z podziwem. Wtedy twarz jej nabiera powagi.

– Ty, Filipie, to myślisz sobie pewnie, że szczęśliwa jestem? Mylisz się. Pozory to, które już wielu ludzi wprowadziły w błąd. Ale tobie nie chce mi się kłamać, bo cię lubiłam, i lubię nadal. Prawdę mówiąc, to szczęśliwa jestem w tej chwili, ale tylko taką chwilową szczęśliwością. A to z powodu jedynego i jednego, a tego mianowicie, że ciebie, kochany mój kolego, spotkałam przypadkiem na swej drodze. A pokrętna droga ta jest, ciernista, powiedziałabym, ale nie powiem. – Uśmiech przez łzy. Przytulam ją po przyjacielsku bardziej, choć po przyjacielsku wcale nie wychodzi, ponieważ ona tuli się do mnie jak kobieta do mężczyzny. Ufna, bardzo kobieca.

Agata opowiada. Przed sześciu laty zachorowała na raka piersi i nie było innego wyjścia, więc zdecydowała się na amputację. – Mam doskonałą pozycję zawodową, ale szczęśliwa za bardzo nie jestem – mówi przez łzy.

Nie wiem, co ja sobie wtedy pomyślałem, ale na pewno przestraszyłem się. Chyba żeby ją pocieszyć, opowiedziałem jej o swoim problemie, najpierw z alkoholem, a potem z rakiem prostaty. W końcu wylądowaliśmy w jej willi pod Giewontem. I już stamtąd nie wyszliśmy aż do mojego wyjazdu z Polski. Upojne chwile. Nie, ten wyświechtany slogan to mało precyzyjne określenie na to, co się tam działo. I w końcu zaraziła mnie pomysłem, żebym nie jechał na operację do Kanady, tylko skorzystał z geniuszu jej przyjaciela, chirurga-urologa z Nowego Jorku. Zmusiła mnie do zmiany decyzji. Sama zadzwoniła do mojego doktora o śmiesznym nazwisku Shortfellow do Toronto i odwołała zabieg. A potem znowu wykonała telefon, tym razem do Nowego Jorku, żeby umówić mnie na zabieg z doktorem Silbersteinem. Dlaczego właśnie na jedenastego września? Dlaczego ona umarła, a ja żyję? Przypadek? A może przeznaczenie?

– Wszystko się dobrze skończy, zobaczysz… i całuje mnie w usta. Długo, miękko i głęboko zawsze będę, pamiętaj – jej głos jak odległe echo. Kiedy się raptownie budzę, ciągle słyszę ten głos i czuję zapach jej perfum.

Rozdział 8.
Sen-mara. Ciągle żyję

Zapadałem z powrotem w sen świadomy tego, że już się przecież wyspałem, że mój organizm nie potrzebuje tego snu po to, żeby wypocząć, przecież nie miałem po czym wypoczywać. Ale coś silniejszego od mojej woli, jakaś niepojęta moc wessała mnie w stan głębokiej nieświadomości. Mieliście kiedy sen we śnie?

– Śniło mi się, że mi się śniło…? Tak? Ale żeby śniło mi się, że mi się śniło, że mi się śniło? To wydarzyło mi się po raz pierwszy w życiu, właśnie wtedy.

Śni mi się, że leżę w moim rodzinnym domu położonym na małej uliczce prowincjonalnego miasteczka w środku Polski. Pościel jest świeżo wykrochmalona, pode mną trzeszczy pachnąca słoma wypychająca staromodny siennik z grubego płótna w niebieskie pasy. Wszystko zachęca do zdrowego snu, więc zasypiam twardo i smacznie. Śnię sen: Pole. Na tym polu mieliśmy boisko do piłki nożnej. W okresie wakacji spędzaliśmy na nim w gronie kolegów całe dnie, z przerwami na byle jak i w pośpiechu spożywane posiłki. Ale już kiedy zaczynała się szkoła i dni były krótsze, chociaż wciąż bardzo ciepłe, rodzice wymagali od nas pewnej większej dyscypliny.

Głównie chodziło o to, żebyśmy uczyli się i odrabiali zadane lekcje. Nie uśmiechało się to dziesięciolatkom, którzy dalej żyli wakacjami. Uciekaliśmy na pole i goniliśmy za piłką czasem tak długo, że nie zauważaliśmy zapadającego zmroku. Nie przeszkadzały nam wcale takie drobiazgi, że normalni ludzie już dawno powinni czuć głód i pragnienie ani prozaiczny fakt, że tej piłki już prawie nie widać. Po takich gagatków przychodzili na pole niektórzy rodzice.

Po mnie zwykle skradał się w ciemności tata z pasem w dłoni. Niekiedy udało mu się smagnąć mnie, rozedrganego ciągle adrenaliną piłkarskich zmagań. Wtedy przy akompaniamencie szyderczych śmiechów szczęśliwców, po których nikt nie przyszedł, biegłem spocony najkrótszą drogą do domu. Tam brała mnie pod swoją opiekę mama, broń Boże nie dopuszczając rozsierdzonego taty do sfinalizowania wymierzenia swojej dziwacznie pojmowanej sprawiedliwości.

Mama była bardzo opiekuńcza. Oglądała z troską moje rany i zadrapania, polewała je jodyną (szczypało jak diabli) lub wodą utlenioną (trochę mniej). Potem dopilnowała, żebym się obmył w wielkiej miednicy, pomagając kiedy było potrzeba i gdy nie było, co powodowało mój gniew z zawstydzenia, że widzi moją nagość. Potem hyc do łóżeczka. Nie było wtedy materacy, w każdym razie nie było ich w naszym domu. Spało się owszem, w wielkich łóżkach, ale na siennikach wypchanym słomą. Mój Boże, ale to były piękne czasy

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.