Z powrotem w Ontario (65)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat. Wiele się działo. Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Do Kanady – 24

Opisuję moją drogę przez czas stanu wojennego, co również złożyło się na moją drogę do Kanady, która zaczęła się w sierpniu, gdy pierwszy raz zobaczyłem ten kraj, odwiedzając moją siostrę w Mississauga w 1980 roku. Pisałem o tym w poprzednich odcinkach „Do Kanady”. Przenieśliśmy się w dwie rodziny na Warmię do gminy Gietrzwałd. Siedlisko nazywało się Łopkajny.  Na Łopkajnach spędziliśmy czas jak na ciągłych wakacjach. Gdzieś tam w miastach trwał stan wojenny, chociaż oficjalnie podobno skończył się w roku 1983. Nas to jakby nie dotyczyło. Pracę zapewnialiśmy sobie sami, produkując i sprzedając w szkołach całej Polski pomoce szkolne dla klas młodszych.

Jest rok 1986. Lato upływało powoli. Mieliśmy często gości, bo przecież dla naszych znajomych mieszczuchów z Otwocka czy z Warszawy taki wyjazd na wieś to były prawdziwe wakacje. Z tego wynikało, że my byliśmy na wakacjach bez dnia przerwy. Nie nudziło się nam. Ciągle się coś działo. Poza tym nasze koło znajomych coraz bardziej się poszerzało. Wsie okoliczne i ludzie w nich mieszkający w końcu nas zaakceptowali, chociaż niektórzy ciągle uważali nas za dziwaków, no bo jak można mieszkać na wsi dla przyjemności. Początkowo różne o nas chodziły plotki po sąsiedzkich gminach. A to, że produkujemy ołówki (to od pomocy szkolnych), a to, że urządzamy orgie, bo się trzymamy na uboczu, itp., itd. Co tylko ludzka wyobraźnia potrafi sobie stworzyć. Ale to minęło. Do tego stopnia, że jeden ze znajomych gospodarzy z Worlin poprosił nas o pomoc przy wykopkach.

To dopiero była frajda. Zebrała się masa ludzi ze wsi.

This slideshow requires JavaScript.

Może nie wszyscy, bo wieś liczyła sobie 300 osób, ale było ich naprawdę sporo. Szliśmy za mechaniczną (napędzaną jednym koniem prawdziwym) koparką do ziemniaków i wybieraliśmy ziemniaki z ziemi.

Zabawy było co niemiara, chociaż gospodynie i gospodarze uważali to za ciężką pracę. Chyba mieli rację, bo chociaż dla nas to była niezła zabawa, to dla nich był to kolejny „kierat”.

Około południa wszyscy byliśmy zaproszeni na obiad do gospodarza. To było jak na filmie. Długie drewniane stoły złączone razem i pokryte śnieżnobiałym, wykrochmalonymi obrusami. Przy stołach długie ławy, siedliśmy wszyscy. W glinianych wypalanych misach dymiły świeżutkie dopiero, co ugotowane kartofle. Całe, posypane grubo koperkiem. W również glinianych dzbanach zimne zsiadłe mleko i to takie, że nożem można je było kroić. Nic dziwnego, pochodziło od własnych krów. Na świeżych, zielonych liściach chrzanu osełki własnego masła, ubitego w prawdziwej drewnianej masielnicy.  To był chyba jeden z najlepszych obiadów. Po jedzeniu (bez alkoholu) były pogwarki, czyli rozmowy. Polegały one głównie na tym, że gospodynie opowiadały jedna przez drugą, jak to muszą wstawać skoro świt, oporządzać krowy i świnie, wypędzać owce, robić śniadanie, obiad, kolację. Jak to chłopy piją i się lenią i w ogóle, jakie ciężkie mają życie. A dla nas to była frajda. Moja żona Małgorzata chyba pierwszy raz siedziała, prawie się nie odzywając. No, bo co miała powiedzieć, gdy ona nie wstawała o świcie, tylko koło południa, że nie oporządzała żadnej trzody, tylko nakarmiła psy i koty i cały jej dzień to była sielanka. Mówiła mi potem jak źle się z tym czuła, ale przekonałem ją, że nie sztuka naharować się jak koń. Każdy to potrafi. Sztuka to tak ułożyć sobie życie by móc spać do południa jeśli ma się na to ochotę.

A propos karmienia kotów. Jak pisałem wcześniej mieliśmy ich jedenaście, a kolega Marek trzy. Dla ostatniego kota zabrakło nam już imienia, a ponieważ dziesiąty nazywał się Sznaps, więc tego jedenastego nazwaliśmy Brat Sznapsa. To był jeden z najdziwniejszych kotów. Był duży, bardzo duży i wspaniale łapał myszy, a nie brakowało na polach tych małych gryzoni. Tylko, że te wszystkie upolowane myszy przynosił do domu i oddawał innym kotom. Najpierw próbował oddawać je nam, ale w końcu zrezygnował. Za to on sam nie jadał żadnego mięsa. Żadnej wędliny.

Lubił natomiast gotowaną kaszę (nie mogła być na mięsie czy kościach, jak dla psów), ogórki, marchewkę i inne gotowane warzywa. Taki sobie kot jarosz. W późniejszych latach wspominałem go przy okazji rozmów z wegetarianami. Oni zawsze byli tym zachwyceni i szukali w zachowaniu kota swoich racji, a mówiłem im wtedy „no tak, ten kot nie jadł mięsa, ale czy to na pewno było normalne? Czy na pewno było to zgodne z naturą?”. To mi przypomniało jeszcze jedną historię z życia naszych kotów. Było to jeszcze zimą. Kolega Marek (Czarny), kupił okazyjnie u rzeźnika całą młodą jałówkę. Już oskórowaną, wypatroszoną i przeciętą na pół. Złożył te dwie połówki w nieużywanym pokoju z tyłu domu. Pokój był nieogrzewany, ale żeby być pewnym, że mięso się nie zepsuje, Czarny zostawił uchylony lufcik by mroźne powietrze mogło swobodnie wchodzić do pomieszczenia.

Nie myślałem o tym wtedy, bo nie miałem powodu. Za to miałem problem z kotami. Otóż przestały nagle jeść. Przestały też łowić myszy. Minęło sporo czasu zanim się zorientowałem, że coś jest nie tak. Koty nie chudły, wręcz przeciwnie. Wyglądały zdrowe i zadowolone. Ale nie jadły. I nie przynosiły myszy do domu. Nawet nie ruszały tych, które przynosił kot Brat Sznapsa, czyli nasz wegetarianin. W kocu zapytałem Czarnego czy jego koty jedzą normalnie. To go zastanowiło. „Chyba nie” – powiedział. Właściwie to wcale nie jedzą. Coś go tknęło.

Wiesz co? – powiedział – chodź sprawdzimy ten pokój z tyłu. Weszliśmy tam gdzie były złożone dwie połówki krowy. Nie do uwierzenia ile potrafią zjeść koty. Trochę mięsa zostało, ale przez te cztery tygodnie, koty, które znalazły sobie drogę przez uchylony lufcik i najwyraźniej przekazały sobie tę dobrą wiadomość, zżarły prawie całą krowę. Nie do wiary ile potrafi zjeść taki kot Takie to przecież kochane miłe kotki. Nawet karać je nie było jak. Przecież Czarny sam zostawił im otwartą drogę. Nie przyszło mu do głowy by zajrzeć do tego pomieszczenia wcześniej, bo ciągle panował spory mróz…  

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.