Muzy i “muzy”

0

Autentyczne muzy
Nie chodzi tu o dziewczyny tak pięknie nazywane przez zakochanych chłopaków, ale o dziewięć półbogiń z mitologii greckiej: Kalliope, Klio, Erato, Euterpe, Melpomena, Polihymnia, Talia, Terpsichora i Urania. Jeśli więc chłopiec nalega, by nazywać swą ukochaną muzą, powinien dodać do tej nazwy słowo “dziesiąta”, bo dziewięć pierwszych miejsc zostało zajętych prawie trzy tysiące lat temu. Ich przewodnikiem i kochankiem, przynajmniej kilku z nich, był “pełny” bóg Apollo, a zrodziła je bogini Mnemosene zapładniana przez głównego boga greckiego Olimpu, Zeusa.

Warto postawić sobie pytanie po co zawracać sobie głowę tymi tworami starożytnej wyobraźni mitycznej. Najważniejszym chyba tego powodem jest odczytanie z dzieł sztuki, z wystroju kościołów czy innych budowli kogo przedstawia malowidło czy posąg, lub przy czytaniu starszych dzieł literackich, szczególnie poezji, warto wiedzieć o kogo chodzi, gdy pada imię jednej z nich. W starożytności wymieniano jeszcze inne imiona muz. Poszły w zapomnienie, te tu wymienione przetrwały w pamięci ludzkiej, w tworach sztuki i literaturze. Spójrzmy na nie. Ale zanim przyjrzymy się im bliżej, odwiedźmy mityczne niebiosa greckie.

Niebo starożytnej Grecji
Mitologia grecka nie wypracowała pojęcia nieba jako specjalnego miejsca gdzieś w przestworzach – bogowie rezydowali na ziemi, lub w niedalekiej odległości od niej, na przykład w chmurach. W przeciwieństwie do nieba chrześcijańskiego, które jest tylko miejscem pobytu Boga, aniołów i dusz zbawionych, niebo greckie było bardziej urozmaicone, przepełnione setkami bogów, półbogów, ubóstwionych śmiertelników. Rezydowali przeważnie na szczytach gór. Najważniejszymi bogami byli młodzi buntownicy na czele z Zeusem, którzy siłą odsunęli wcześniejszych bogów tytanów od władzy i zamieszkali na Olimpie. Było ich zawsze dwunastu. Wszyscy bogowie byli nieśmiertelni, więc i ci przegrani tytani ciągle egzystowali na Ziemi w różnych kryjówkach. Inne typy mniejszych bóstw czy półbogów to giganci. Istnieje duża grupa bóstw opiekujących się różnymi ludzkimi zajęciami, na przykład rolnictwem. W tej grupie znalazły się boginie lub mniejsze rangą oddelegowane do specjalnych zadać: muzy, gracje, nimfy, syreny. To ogromny boski majdan liczący dużo ponad tysiąc członków znanych do dzisiaj z imienia. Rzymianie nie musieli wysilać głów by wymyślać swoich bogów, zaadaptowali greckie niebo zmieniając tylko nazwy tych ważniejszych bogów. I tak imię Zeusa zmieniono na Jowisza, jego zazdrosną żonę Junonę (a miała powody, bo Zeus nie przepuścił żadnej ładniejszej bogini, nawet wielu pięknym śmiertelnicom) na Herę, Afrodytę na Wenus, Posejdona na Neptuna itp.

Patronki sztuki i nauki
Zagalopowałem się. Miałem pisać o małej grupie półbogiń, a nie o całym wielkim starożytnym niebie – wróćmy do muz. Patronowały one sztuce, nauce, literaturze, muzyce i śpiewowi oraz produkcjom starożytnego teatru. Nauka było kiepsko obsadzona, bo tylko dwie z nich zostały do niej oddelegowane jako ich patronki: z nauk ścisłych astronomię i geometrię oddano Uranii, a jedyną z nauk społecznych, historię, powierzono Klio. Na malowidłach i posągach rozpoznać je można po przedmiotach, które trzymają lub którymi się otaczają. I tak bogini od historii Klio ma w ręku zwój papirusowy, Urania cyrkiel i kulę nieba, czyli gwiezdny globus. Przypomniano sobie nieco później o dwóch innych dziedzinach wiedzy: filozofii i retoryc i patronatem nad nimi obciążono Kalliope, malowaną z tabliczką i rylcem, oryginalnie patronkę poezji epickiej. Była też śpiewaczką, często uświetniała swymi występami niekończące się uczty bogów na Olimpie, niekiedy uczestniczyła w uroczystościach bosko-ludzkich, na przykład w zaślubinach jakiegoś boga ze śmiertelnicą. Inne nauki pozostały sierotami – nie miały specjalnych opiekunek. Nie zapomniano o tańcu; jego patronką stała się Terpsichora. Rozpoznajemy ją po lirze i plektronie, czyli przyrządzie służącym do szarpania strun. Poezja i sztuki dramatyczne były specjalnie preferowane w czasach kiedy mity o muzach powstawały. I tak oprócz wspomnianej poezji epickiej i jej patronce Kalliope, poezją liryczną opiekowała się Euterpe. Dorzucono jej dodatkowe zajęcie: opiekę nad grą na flecie. Rozpoznajemy ją po instrumencie zwanym aulos, starożytnym flecie, czyli dwu złączonymi ze sobą piszczałkami, które równocześnie wydawały dwa różne tony. Był to bardzo popularny instrument, dlatego to nim greckie prostytutki wabiły klientów. Poezją chóralną recytowaną równocześnie przez wiele głosów, szczególnie w czasie prezentacji sztuk dramatycznych, opiekowała się Polihymnia. Dodatkowo zajmowała się pantomimą. Zapomniano dać jej do ręki jakiś konkretny przedmiot; na obrazach i posągach rozpoznajemy ją jedynie po woalce. Poezja miłosna też miała swoją patronkę, była nią Erato, trzymająca w ręku hitarę, czyli starożytną odmianę liry. Opiekunką tragedii była Melpomena, przedstawiana z maską tragiczną. Dodatkowym jej zajęciem była opieka nad śpiewem i śpiewakami. Talia oddelegowana przez bogów do opieki nad sztuką komiczną przedstawiana jest z maską komiczną.

This slideshow requires JavaScript.

Gracje
W dziełach literackich muzami niekiedy nazywano podobne im półboginie: gracje, nimfy i syreny. Gracje tak jak muzy potrafiły przepowiadać przyszłość. Nauka i sztuka nie były ich mocną stroną. Gracje lubiły się bawić, tańczyć, pokazywać swoje piękne nagie ciała. Piękną rzeźbą tych niezwykłych istot jest pomnik Trzech Gracji Antoniego Canovy, moim zdaniem jednego z kilku najwspanialszych rzeźbiarzy czasów nowożytnych który żył na przełomie XVIII i XIX wieku. Tego dzieła nie widziałem w oryginale, znajduje się w muzeum Ermitaż w Sankt Petersburgu. Widziałem kilka innych rzeźb tego współczesnego Fidiasza: nie mogłem oderwać oczu od posągu ślicznej Pauliny, siostry Napoleona Bonaparte (sam nie należał do przystojniaków) znajdującym się w jednym z najwspanialszych prywatnych muzeum świata, w Galleria Borghese w Rzymie, czy od znajdującego się w Luwrze posągu Psyche przywróconej do życia przez pocałunek Kupida.

Nimfy
Innymi półboginiami tej samej kategorii były nimfy. Znane jest kilkaset z imienia. Dzieliły się na kilka grup, nikomu raczej nie szkodziły. Te z grupy nimf morskich zwane Nereidami mieszkały w domu rodziców na dnie morza, a była ich prawie setka, były piękne i radosne jak gracje, spędzały czas na śpiewach, przędzeniu i innych robótkach ręcznych.

Syreny
W przeciwieństwie do gracji i nimf syreny to złośliwe stwory. Daje temu świadectwo ślepiec Homer żyjący w okresie od XII do VIII wieku przed naszą erą. W Odysei, jednej z dwóch najwspanialszych eposów obok jego Iliady w historii literatury światowej, jest scena, w której bohater wojny trojańskiej Ulisses wracając do swej ojczyzny Itaki musiał przepłynąć w pobliżu wysp, z których syreny swym pięknym śpiewem powodowały, że żeglarze oszołomieni nim jak narkotykiem kierowali w ich stronę swoje statki i rozbijali je o skalisty brzeg. Nikt, kto usłyszał ich śpiew, nie przeżył. Ulisses przechytrzył syreny, zatkał uszy swych marynarzy pszczelim woskiem, swoje zostawił niezatkane, ale kazał przywiązać się do masztu. Dostawał szału słuchając tego nieziemskiego śpiewu, ale maszt był solidny, a powrozy grube. Dopiero gdy się wyciszył, marynarze zrozumieli, że niebezpieczeństwo minęło, odwiązali Odyseusza i usunęli wosk z uszu.

Muzy i kupidy współczesne
Określenie muza nadawane było na przestrzeni dziejów uzdolnionym i zasłużonym kobietom w różnych dziedzinach literatury i sztuki – to już dziesiąte muzy. Męskimi odpowiednikami dziesiątej muzy był amorek zwany też kupidem. Słynny posąg takiego amorka znajduje się w Polsce w muzeum pałacowym w Łańcucie. Najbogatsza kobieta Europy na przełomie XVIII i XIX wieku księżna marszałkowa Izabela Lubomirska z domu Czartoryska spotkała w domu Józefa Aleksandra Lubomirskiego i Ludwiki Sosnowskiej ślicznego chłopca Henryka Ludwika i po prostu ukradła go rodzicom, wywożąc go ukrytego w mufce – rodziła tylko córki, więc zaokrągliła rodzinę adoptując Henryczka jak syna. Ludwika znana jest jako pierwsza, największa miłość Tadeusza Kościuszki, a ponieważ jej kochanek był “goły”, posiadał tylko pół wioski, zgodziła się na małżeństwo z Lubomirskim pod Lubomirski jako Amorek Polyhymnia w dodatkowej roli opiekunki nad plonami Rozbawione Nimfy Safona, malowidło z V wieku p.n.e. na naczyniu warunkiem, że jego będzie tylko jej ciało, ale sercem zostanie do śmierci przy Kościuszce. Lubomirskiemu specjalnie nie zależało na jej sercu, zgodził się z tą propozycją. Izabela przemieszczała się z jednego własnego zamlu do innych, które miała nie tylko w Wilanowie, Łańcucie, ale i w kilku krajach poza Polską, by pokazywać tego urodziwego chłopca wszystkim “wysoko urodzonym” znajomym. Malowali go słynni malarze, a gdy był w wieku 9 lat wyrzeźbił go nasłynniejszy rzeźbiarz epoki neoklasycyzmu wspomniany Antoni Canova, który faktycznie sam się zajął tylko głową, a resztę ciała wyrzeźbili jego uczniowie.

Muzy w dziedzinie literatury w starożytności
Tych żywych muz i amorków było wiele w europejskiej historii. Skoncentruję się tylko na kilku osobach ze świata literackiego. W starożytności mianem dziesiątej muzy została nazwana przez wielkiego Platona poetka Safona z wyspy Lesbos, żyjąca na przełomie VII i VI wieku przed naszą erą. Była jedną z trzech największych poetów lirycznych Grecji. Zachwycali się nią filozofie, poeci i inni ludzie światli świata starożytnego. Napisała około 6000 wierszy, z których przebija siła kobiecych uczuć, intymność, bogactwo wyrazu poetyckiego, wdzięk, delikatność, wrażliwość i subtelność. To prawdziwie genialna poetka, w najwyższym stopniu zasługuje na to miano, bardziej niż każda inna późniejsza dziesiąta muza. Do nas dotrwały tylko fragmenty niewielu jej wierszy, więc trzeba zaufać opiniom starożytnych odnośnie jej talentu. W jednym z najsłynniejszych odkryć archeologicznych setek papirusów na kupie starożytnych śmieci w Oksyrynchos w Egipcie jest poemat Safony – przeczytałem go w tłumaczeniu już nie pamiętam na jaki język, chyba łacinę. Jest, jak można się spodziewać, piękny i mądry. W czasach starożytnych inna jeszcze kobieta nazwana była muzą, była to Berenika, córka faraona Egiptu Ptolomeusza II. Nadał jej ten tytuł Kallimach z Cyreny największy poeta grecki trzech ostatnich stuleci starej ery i bibliotekarz największej w owych czasach biblioteki na świecie, w Aleksandrii. Wiemy, że okres, w którym żyła Berenika, był czasem wyjątkowo rozbudzonym artystycznie w Egipcie. Berenika była osobą mądrą, wykształconą, coś tam pisała, ale chyba ten zaszczytny tytuł dostała grzecznościowo, bo jak by nie było swą karierę i sławę Kallimach zawdzięcza życzliwości i poparciu jej ojca.

Literackie muzy w czasach nowożytnych
Moda mianowania kobiet muzami zamarła na wiele wieków, odżyła dopiero w czasach nowożytnych, czyli po odkryciu Ameryki. Na terenie Ameryki Północnej znane są dwie muzy. W Meksyku była tak nazywaną Juana Inez de la Cruz (1651- 1695), osoba wykształcona o wielostronnych zainteresowaniach, kochająca muzykę i przeprowadzająca doświadczenia naukowe, ale przede wszystkim poetka. By zaistnieć i być zauważoną wybrała stan bardzo szanowany w koloniach Hiszpanii – wstąpiła do zakonu. Jako zakonnica nie zmieniła warsztatu pisarskiego, pisała piękne, niekiedy dość frywolne sonety. Mieszkała daleko od Hiszpanii, a hiszpańska Święta Inkwizycja nie była tak tu popularna, jak w kraju, w którym powstała. Nie spalono jej na stosie, ale tu na obrzeżach imperium w Meksyku biskup miejscowy zakazał jej pisania wierszy, nakazał odbycie pokuty, jednym z aktów pokuty było podpisanie orzeczenia, w którym znajdowało się zdanie: “Yo, la peor de todos” (ja, najgorsza ze wszystkich). Myślę, że ta rogata dusza, mimo odbycia wymuszonej pokuty nie zmieniła swego stylu życia, wiersze ciągle pisała. Miała gdzie je ukrywać – chyba między stronami swych ksiąg – zgromadziła niesamowicie bogatą jak na owe czasy bibliotekę prywatną liczącą ponad 4000 woluminów, i to w kraju, w którym słowo kultura było wtedy dość obcym słowem, a książki sprowadzane z Europy były bardzo drogie.

Muzą Ameryki Północnej stała się także Anne Bratstreet (1612-1672), chyba dlatego, że była autorką pierwszego tomu wierszy na terenach obecnych Stanów Zjednoczonych – daleko jej było do talentu Safony czy Juany.

W Europie lubili najbardziej szafować tym tytułem Francuzi. Wiem, że nazwano dziesiątymi muzami cztery pisarki, ale mogło być ich więcej. Wspomnę tylko o jednej. Była nią powieściopisarka Madelaine de Scudéry (1607- 1701). Talent bardzo wątpliwy, zasłynęła tym, że napisała najdłuższą powieść w literaturze światowej i nie przypuszczam, że ten rekord zostanie kiedykolwiek pobity, bo powieść Artamene zawiera dwa miliony sto tysięcy słów. Inne jej powieści, ośmioczy dziesięciotomowe, to mikrusy wobec tej “kobyły”. Była wtedy moda na te długachne, płaczliwe, duże tomy o romantycznej miłości pasterzy i pasterek, a przy tym metodom zachowania dziewictwa przez pasterki aż do końca powieści lub do ostatniego tomu. Najpopularniejszymi tego typu powieściami, tylko 10- lub 12-tomowymi, były twory Honoré d’Urfé. Zachwycała się nimi Marysieńka, a biedny Jan Sobieski, jeszcze nie jako król i mąż, ale już jej kochanek, musiał je czytać, by mieć o czym dyskutować ze swą panią gdy byli tete-atete. Co więcej, próbowała go przekonać by rzucił wszystko i przeniósł się z nią do Prowansji, gdzie mieli zaistnieć jako pasterz i pastereczka. Sobieski nabrał chęci by to zrobić, zaciągnął języka czy uda mu się sprzedać korzystnie swoje posiadłości – okazało się że w czasie zawirowań wojennych w owym czasie w Rzeczpospolitej Obojga Narodów są niewiele warte i trudno o kupca – to sprowadziło parę do realu i tak to dzięki zastojowi w handlu nieruchomościami Polacy, Litwini i Rusini mieli później jednego z najbardziej lubianych królów i jedną z najciekawszych małżonek królewskich.

Najnowsze muzy
Dopiero w XX wieku nie tylko osoby, ale dziedziny kultury zaczęto nazywać muzami. Wyprzedził w tym wszystkich Polak Karol Irzykowski, który wydaną w 1924 książką pod tytułem Dziesiąta muza będącą pierwszą poważną i wyczerpującą monografią filmu, zdobył światową sławę. Potem tę nazwę próbowało przejąć radio, a przynajmniej podzielić się nią, nie udało się. Telewizja nie usiłowała się wcisnąć do tej już nieco ciasnawej przestrzeni, ale niekiedy nazywana była jedenastą muzą. Ciekawi mnie którą muzą nazwane zostaną różne tablety, smartfony i inne najnowsze gadżety, które ciągle pojawiają się na rynku i które powoli przejmują prawie wszystkie funkcje przekazywania i rozprzestrzeniania informacji i kultury wśród ludzi. Może za lat dziesięć lub dwadzieścia jakiś supersmartfon, czy inny podobny mu twór w połączeniu z superrobotem, oczywiście inaczej fikuśnie nazwani, potrafią nie tylko służyć nam jako telefon, telewizor, radio, składnica muzyki i filmów, menedżerowie naszych finansów, ale zamiotą podłogę, pomyją okna, podrapią nas po plecach, gdy nas tam zaswędzi, podetną włosy i ogolą, wyprowadzą pieska na spacer. Chyba nie doczekam tych czasów, bo swój wiek mam – szkoda

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.