Martwy byk (5)

0

Nie, nie mogłem spełnić jej prośby teraz, kiedy miałem taki nawał innych spraw na głowie. Ale nie powiem, żeby mnie ta wiadomość nie zaintrygowała.

Hmmm…Julia… ładne imię… nigdy dotąd nie poznałem żadnej dziewczyny o imieniu Julia…Bykowski… polskie nazwisko. Lecz zaraz zganiłem się w myślach za tak nieodpowiednie w mojej obecnej sytuacji dywagacje.

– O czym ja myślę? Przecież ja ledwie żyję!

Byłem chory. Byłem bardzo chory. Poobijany, połamany, to jeszcze pół biedy. Byłem zdruzgotany psychicznie. Miałem zwidy i omamy. Wciąż łapałem się na tym, że tracę równowagę. Z trudem utrzymywałem ciało w pionie i pomimo podpierania się kulami miotało mną na wszystkie strony. Musiałem jednak coś zrobić z tym okropnym milionem dolarów. Zawsze, podobnie jak wielu innych ludzi myślałem sobie, marzyłem o posiadaniu miliona dolarów. Wielokrotnie przy wódeczce rozmawiało się na ten temat i każdy rozmarzony osioł bredził, co by to nie zrobił gdyby taką sumkę posiadał, wygrał na przykład, lub znalazł. Bo żeby ją zarobić, to nie, taka suma jako odłożony kapitał w ogóle nie mieściła się nikomu z moich znajomych w głowie. I oto ja, Filip Krawiec jestem w posiadaniu takich straszliwych pieniędzy, mało tego, gdybym tylko chciał, śmiało mógłbym sobie napchać kieszenie paczkami – ich błahą końcówką, dwustu tysiącami zielonych dolarów na drobne wydatki.

A ja się zamartwiam, że jestem bogaty! No nie, to przecież jest szczyt głupoty.

Z tymi trochę wesołymi, trochę niewesołymi myślami opuściłem hotel. Zawołałem żółtą taksówkę i kazałem się wieźć do najbliższego banku. Zdziwiony czarny taksówkarz objechał skwer, przycisnął gaz i zaraz puścił, po czym zahamował. Byliśmy na skrzyżowaniu Trzeciej Alei i Czterdziestej Wschodniej Ulicy. Dałem mu dwie dychy. W ramach tej sowitej, jak się domyśliłem, zapłaty, ciągle się kłaniając, zaniósł moje bagaże aż do samego stanowiska customer service w banku HSBC.

Rozdział VI.
Szpital

Formalności związane z ulokowaniem depozytu w bankowej skrzynce depozytowej zajęły mi około godziny. Nie padło zbyt wiele pytań, ot, dokument tożsamości i spisanie z niego danych osobowych. Zapłaciłem kartą kredytową za miesiąc z góry z opcją automatycznego przedłużania. Maleńka jak laleczka Chinka zaprowadziła mnie do zimnego jak lodówka magazynu z niezliczoną ilością szufladek i dyskretnie się ulotniła. Przepakowałem paczuszki z dolarami do skrzyneczki i było po kłopocie. Niby po kłopocie. Na razie nie musiałem się martwić o majątek, którego może nie byłem właścicielem, ale, naraz przyszła mi do głowy szybka myśl – na pewno byłbym, gdybym tylko zechciał.

Siedziałem na twardym krześle w tym podziemnym loszku i nagle opanowały mnie wątpliwości. Gdybym zechciał?

No dobrze. Powiedzmy że zechcę. Na jaką cholerę potrzebne mi takie mnóstwo gotówki? W jaki sposób niby mam z niej korzystać? Przecież nie mam zamiaru przeprowadzać się do Nowego Jorku tylko z tego powodu, że złożyłem w depozycie bankowym przypadkowego banku ponad milion znalezionych, ukradzionych, trefnych, które mi spadły z nieba dosłownie i w przenośni, niepotrzebne skreślić – dolarów! A jeśli tak, to po co mi one, z jakiej racji mam opłacać skrzynkę, jeśli nie mam zamiaru wykorzystać jej zawartości?

Ładne mieszkanko czekało na mnie w Kanadzie, przytulne, super umeblowane i przede wszystkim – moje własne. Nie wyobrażam sobie żebym po tak traumatycznych przeżyciach miał zamieszkać w mieście, w którym spotkało mnie takie koszmarne nieszczęście. Jak ja wywiozę taką górę pieniędzy do Kanady? Przecież do samolotu można zabrać nie więcej niż dziesięć tysięcy. Przemycić nie uda się, słyszałem o pieskach, które wywąchują na lotnisku nie tylko narkotyk; są też takie specjalnie szkolone do szukania przemycanej gotówki. Nie mam żadnych znajomych pośród pilotów ani stewardes, którym mógłbym zaproponować, żeby za opłatą przewieźli mi mój skarb do Kanady albo do Polski. A nawet gdybym miał, nikt by się, jak przypuszczam, nie zgodził na takie bez wątpienia ryzykowne przedsięwzięcie graniczące, nie, z niczym nie graniczące, tylko po prostu ciężkie przestępstwo. A jeśli nawet, to musiałbym mieć wspólników, co w ogóle nie wchodziło w rachubę. Nikomu nie mogłem teraz ufać.

Wszystko się w moim życiu zmieniło. Każdy, ale to każdy człowiek, który dowiedziałby się o posiadaniu przeze mnie takiej gotówki oraz sposobie, w jaki stałem się jej posiadaczem, stałby się z konieczności moim wspólnikiem, a przez to potencjalnym wrogiem. Musiałbym się go przez całe życie bać. Nie spać po nocach, tylko obmyślać (znam siebie) kolejne, jeden bardziej koszmarny od drugiego, scenariusze, jak to taki człowiek na początku stawia i podnosi żądania, potem szantażuje, a na końcu bez mrugnięcia powieką denuncjuje do odpowiednich organów. I gdyby się już wydał mój czyn, czy raczej bardziej “wyczyn”, oczyma wyobraźni już widziałem, jak mnie policja bierze na spytki.

– Czyje to, skąd to mam, jak wyglądali ci ludzie, czy ich znałem itp. Poza tym, co zupełnie możliwe, być może już ktoś poszukiwał tej walizki, na pewno istnieli jacyś ludzie, pewnie ludzie mafii (nawet bałem się pomyśleć w co ja się mógłbym wpakować) w Nowym Jorku, którzy byli związani z “moją” bandą Ocean’s Eleven z WTC.

Jednym słowem uświadomiłem sobie, jakie kłopoty może mieć taki jak ja, świeżo upieczony nielegalny milioner. Otrząsnąłem się w końcu z tych ciężkich myśli. Spojrzałem na zegarek. Dochodziło południe. Przy okazji pierwszy raz dostrzegłem, że jego złota koperta jest solidnie porysowana, kiedyś elegancki skórzany, błyszczący brązowy pasek przypomina sfatygowaną sznurówkę od tenisówki, a szkło porysowane jest w esy-floresy. Nie, nawet dla bezpieczeństwa nie powinienem go nosić. Po prostu nawet nie spostrzegę, kiedy mi spadnie z ręki. A był to bardzo wartościowy czasomierz. Z jednej strony z powodu rzeczywistej starości i pięknej jubilerskiej roboty. W końcu wykonany z litego złota, znanej firmy szwajcarskiej Bulowa, chyba miał ponad sto lat. Poza tym należał kiedyś do mojego dziadka i był przekazywany mężczyznom w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Kiedyś go wyremontuję i jak będę miał dobry humor, może nawet podaruję mojemu wrednemu synowi, który się ostatnio do mnie nie odzywał. Przed wyprowadzką z naszego jeszcze ale już niedługo apartamentu na Square One w Mississaudze jakiś czas spoglądał na mnie z wyraźną pogardą. Inna rzecz, że byłem wtedy w ciągu alkoholowym i pamiętam tylko, jak moja była żona zasłaniała mu oczy żeby na mnie nie patrzył, gdy wsiadali z obrażonymi minami do windy serwisowej, razem z telewizorem, komputerami i jakimiś jeszcze meblami. I tyle ich widziałem. Przez kilka lat zero kontaktów.

I wtedy przypomniałem sobie o złotym Rollexie pana Clooneya, polegującym w bankowym schowku razem z jego dolarami i paszportami. Podniosłem moje zbolałe ciało z twardego krzesła i pokuśtykałem do schowka. Wyjąłem wysadzany drobnymi brylancikami zegarek wykonany ze złota z przewagą białego, za to jego bransoletę wykuto ze złota złotego, ale sam jej kolor, bardziej czerwony niż złoty, matowy i tajemniczy, wskazywał, że cały ten instrument musiał kosztować fortunę. Zamknąłem ponownie schowek na kluczyk, a kiedy z niemałym trudem udało mi się zapiąć złotą bransoletę, poczułem się dużo lepiej. Nie wiem dlaczego, doprawdy jego ciężar i bajerancki wygląd mimo mojej woli poprawił mi samopoczucie. Potrząsnąłem zegarkiem gestem podpatrzonym w Starbuck’s Cafe i uśmiechnąłem się na przypomnienie scenek z windy i potem tych samych gestów podpatrzonych u gangstera podobnego do znanego aktora.

Ale przesadziłem z tym luzackim zachowaniem. Była to tylko niestety gra pozorów. Przy próbie opuszczenia podziemia banku ledwie udało mi się wyjść na powierzchnię. Trwało to długo. Dzięki Bogu miałem te szpitalne kule, wiec jakoś szedłem, a właściwie powłóczyłem nogami pnąc się po kilku schodkach, odpoczywając na każdym kolejnym. Bolała mnie głowa, rwała złamana noga i dokuczał krzyż. Chwilami wydawało mi się, że tracę przytomność. Nie miałem przy sobie żadnych środków przeciwbólowych. Myśl o zakupieniu alkoholu dla uśmierzenia bólu, na początku dosyć odkrywcza i świdrująca moją głowę, ten szatański podszept znany wszystkim alkoholikom, odrzuciłem na korzyść pomysłu, by jak najszybciej przedostać się do szpitala, gdzie, jak przypuszczałem, dadzą mi jakiś narkotyk, co pozwoli mi zapaść się w ciemność snu i chociaż na jakiś czas zapomnieć o tym wszystkim co tak niespodzianie, dotkliwie i boleśnie próbowało mnie zabić.

Nie wiem doprawdy, jakim cudem dotarłem do szpitala. Wiem tylko, że obudził mnie taksówkarz mówiąc: – Eeee, panie… jesteśmy na miejscu. Obudził mnie szarpiąc boleśnie za ramię, co wskazywało na fakt zaśnięcia w jego taksówce, a może utratę przytomności. To drugie było jak najbardziej możliwe, zważywszy na mój coraz bardziej pogarszający się stan zdrowia. Dałem mu tradycyjnie już dwie dychy.

To miejsce okazało się długim, dosyć krętym podjazdem na izbę przyjęć Doctors Hospital. Nie miałem już siły, żeby pokonać dystans kilkunastu kroków, jakie mnie dzieliły od recepcji. Usiadłem na wysokim krawężniku, po czym się z niego zsunąłem na równo przycięty trawnik i polegując tak bezwładnie w pozycji horyzontalnej spojrzałem w niebo. Tuż nade mną wielki jumbo jet sunął równolegle do ziemi, zniżając swój lot podczas podchodzenia do lądowania. Odniosłem wrażenie, że koła jego wypuszczonego podwozia zaraz przeze mnie przejadą, miażdżąc moje i tak zmaltretowane ciało. Nagły strach ścisnął mi gardło, opanowała mnie taka bolesna duszność i ból klatki piersiowej, jakby samolot rzeczywiście rozpoczął lądowanie na moim rozłożonym ciele. Eksplozja jaskrawego światła, tyle pamiętam.

Nie wiem ile razy się budziłem, wiem tylko, że za każdym takim razem pojawiała się pochylona nade mną, bardzo blisko mojej twarzy, świetlista, jasna twarz anioła. Anioł miał opadające na ramiona jasnoblond włosy, trójkątną twarzyczkę o regularnych rysach, duże, niebieskie, nie – błękitne oczy i miły uśmiech odsłaniający białe, równe jak na nizane na żyłkę koraliki, ząbki. Uśmiechałem się do tego uśmiechu i kiedy mi się robiło niesamowicie miło, powiedziałbym nawet, że błogo, ponownie zanurzałem się w otchłań snu. Stan błogości nie był jakiś niematerialnie wzniosły, wręcz przeciwnie, poparty był żywym, powiedziałbym nawet – sztywnym dowodem w postaci podniecenia udokumentowanego – wstyd się przyznać – niechcianym wzwodem. Bardzo błogo mi było właśnie z tego powodu przede wszystkim, nie licząc doznań estetycznych wywołanych pięknem pochylającej się nade mną anielskiej twarzy.

Za kolejnym, nie pamiętam którym, razem, kiedy zbudziłem się spłoszony z krótkiego snu, ujrzałem anioła, jak przycupnięty na brzegu łóżka przytrzymuje moją dłoń z Rollexem na przegubie, przyglądając się jej ciekawie. Nie mogąc znaleźć wytłumaczenia, dlaczego ta piękna kobieta trzyma w swojej wypieszczonej dłoni moją sękatą i zniszczoną podczas wypadku dłoń pomyślałem, że usiłowała zatrzymać spontaniczne i niechciane ruchy pod kołdrą. Zawstydziłem się nagłym rumieńcem. Bezwiednie odpowiedziała mi takim samym rumieńcem, a wtedy jej twarzyczka zrobiła się po prostu piękna tak, że nie mogłem oderwać od niej oczu. Wtedy błyskawicznie wypuściła moją dłoń, powodując jej bezwładne opadnięcie. Przez dłuższą chwilę oboje obserwowaliśmy, jak moja lewa ręka uzbrojona w ten ciężki zegarek buja się jak wahadło dużego, stojącego zegara. Kiedy się w końcu zatrzymała, oboje otrząsnęliśmy się z letargu. Anioł okazał się pielęgniarką, piękną i wymuskaną jak z serialu amerykańskiego Dynastia. Fachowo przyjęła dosyć zasadniczy wyraz twarzy, podniosła się i miłym, jakby śpiewnym głosem stwierdziła, że teraz to już dosyć spania i czas oprzytomnieć. Od Steve’a, mojego sąsiada, jak się okazało – szpitalnego weterana leczącego tutaj już nie po raz pierwszy komplikacje pozawałowe, dowiedziałem się, że anioł ma na imię Julia, zaś polskobrzmiące nazwisko pozostawił jej w spadku mąż, który niestety, nie miał tyle co ja szczęścia i zginął podczas ataku na WTC 11 września. Bardzo mnie zmartwił fakt, że taka przykra sprawa dotknęła właśnie mojego anioła – uroczą pielęgniarkę, którą już zdążyłem polubić. Przy okazji, ku memu wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu, usłyszałem, że od tamtych wydarzeń minęły już dwa tygodnie.

Ale o tym, że miałem lekki, na szczęście niegroźny zawał serca, właściwie stan przedzawałowy, poinformowano mnie dopiero za dwie godziny po wybudzeniu, kiedy wsadzony na wózek zostałem powieziony do gabinetu doktora na konsultację.

– Nazywam się doktor Frazier – powiedział ubrany na niebiesko przystojniak z siwiejącymi skroniami potrząsając moją lekko bezwładną dłonią. A to jest nasza pielęgniarka oddziałowa, siostra Julia Bykowski – wskazał na poznaną już przeze mnie wcześniej kobietę, którą wcześniej wziąłem za anioła.

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.