Martwy byk (4)

0

Teraz, po tej medytacji na temat Agaty, wszystko razem sprawiało, że czułem się jak kupa nieszczęścia. Barek jakoś mi to rekompensował, choć do czasu.

Po kilku drinkach zasypiałem znanym mi doskonale z przeszłości krótkim, niespokojnym snem alkoholika, a przebudzony zaczynałem użalać się nad sobą sam do siebie i tak w kółko przez jakieś dwa kolejne dni.

Trzeciego dnia powiedziałem sobie – dosyć. Nie dlatego, żeby ten stan był mi przykry. O nie, ja uwielbiałem znajdować się pod wpływem alkoholu, a ta nowa okazja dawała mi jakieś dosyć mocne wytłumaczenie, że wolno mi się nim wspomóc. Co innego zdecydowało o przerwaniu tego nieszczęsnego zabijania się. Otóż stwierdziłem, że urazy, jakich doznałem, będąc przypadkową ofiarą ataku terrorystycznego na wieże WTC zamiast się goić, są w gorszym stanie niż na początku. Najbardziej dokuczała mi rana poniżej kości krzyżowej, od której przy kolejnych kąpielach odkleił mi się opatrunek i w systemie kilku łazienkowych luster mogłem ujrzeć dziurę, na szczęście już nie krwawiącą, za to bardzo bolącą. Jakby tego było mało, bolał mnie tył głowy uporczywym, nieznośnym otępiającym bólem, lecz jak miało nie boleć, kiedy wyhodowałem tam ogromnego guza, który wcale, mimo stosowania zaleconych zimnych kompresów, nie chciał się zmniejszyć. O pękniętej kości strzałkowej nogi już nie wspomnę.

I jeszcze te dziwne łupy, które nie wiadomo po co przywlokłem, których trzymałem się, jakby mi miały uratować życie. A może mi uratowały? Może walizeczka, jakby przyspawana do mojej tym razem dłoni, podczas spadania pomagała mi utrzymać balans, jej istnienie pomogło mi w miarę bezpiecznie wylądować? Ja na ten lot nie miałem żadnego wpływu, ale może przeznaczenie, ślepy los zrządził, zarządził, że walizeczka była do czegoś potrzebna? Nie wiem, co jeszcze kotłowało się, jakie głupoty tworzył mój chory mózg, jedno było pewne: walizeczka i zegarek istniały.

Położyłem Rollexa wysadzanego brylantami obok walizeczki leżącej na łóżku i przyglądałem się tym przedmiotom z dezaprobatą. Nie byłem złodziejem. Jak dotąd niczego nikomu nie ukradłem. Utrzymywałem się z niemałej kanadyjskiej wcześniejszej nauczycielskiej emerytury. Na koncie w moim kanadyjskim banku CIBC leżała nienaruszona należna mi połowa dochodu po sprzedaży domu małżeńskiego, skutek rozwodu, kwota niebagatelna. Nie jestem człowiekiem pazernym, choć można powiedzieć, że nie uznawałem szastania pieniędzmi. Owszem, w czasie moich alkoholowych ciągów udawało mi się wydać lub zgubić, albo dać się okraść z niemałych sum pieniędzy, ale to były stare czasy.

Te nowe, jak mi się udało z samym sobą ustalić, były to czasy rozpoczynające nową erę w moim życiu – po opuszczeniu oddziału dla alkoholików Szpitala Psychiatrycznego w Guelph, Ontario. Nowe życie. Rozwód z żoną, z którą ani ja nie byłem w stanie na trzeźwo wytrzymać, ani ona ze mną, co jest w jakimś sensie, nie do wiary, normą udowodnioną przez lekarzy psychologów i socjologów – nie potrafiła dalej żyć pod jednym dachem z człowiekiem nagle innym, nie takim, do jakiego przywykła przez lata doświadczeń. Trzeźwym jak świnia – można rzec. Wolność, o jakiej marzyłem przez lata, niezależność finansowa, nowe możliwości kierowania własnym losem – to wszystko naraz stało się moim udziałem. Byłem szczęśliwym człowiekiem. Naprawdę, tak ten nowy stan odczuwałem.

I naraz: tra-ta-ta-ta-ta, bum, bum! Rak, na szczęście wcześnie wykryty. Za to na nieszczęście – złośliwy. I tak dalej i tak dalej.

No więc zachodzi pytanie: kto tutaj siedzi w luksusowym apartamencie nie mniej luksusowego hotelu w sercu światowej metropolii, poobijany, nieszczęśliwy, bezradny, samotny? Jak można nazwać człowieka, który przyleciał do Nowego Jorku żeby ratować własne życie, a nie dosyć, że jest jeszcze bardziej chory niż przed przyjazdem, to jeszcze bardzo możliwe, choć jeszcze niewiadome – mimowolnie stał się przyczyną śmierci jedynej kochanej i kochającej go kobiety? I na dodatek zabrał (łagodnie powiedziane) z miejsca okropnego wypadku cudzą własność? Okradł zabitego? Cóż z tego, że prawdopodobnie gangstera.

Straceniec.
– Jestem straceńcem – powtarzałem, trzęsąc się z powodu kilkudniowego kaca, nie wspominając niewyobrażalnych boleści, jakie mnie ogarnęły, bo tamta powyższa specyfikacja obrażeń była mi potrzebna jak widać tylko po to, żeby nie zapomnieć lokalizacji urazów. Bolało mnie całe ciało. Bolał mnie mózg, nie wiem co jeszcze, ale na pewno wątroba, nerki, żołądek, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że jak nigdy dotąd (bo to na sto procent nie boli) – bolał mnie gruczoł chorej na raka prostaty. Paranoja.

Opadłem na kolana i zbliżyłem się do walizeczki. Obejrzałem starannie srebrne okucia jej brzegów i dwa solidne zamki. Nie było wątpliwości – zamki były szyfrowe, toteż aby dotrzeć do środka należało je brutalnie sforsować. Tylko jak? Z zadumy wyrwał mnie dźwięk telefonu stacjonarnego, dobiegający ze stylizowanego na minioną epokę czarnego plastikowego aparatu, dzwoniącego jak mi się wydawało tak intensywnie, że zdawał się podskakiwać (oczywiście złudzenie) na hebanowym stoliczku (też podróbka).

Dzwonili ze szpitala. Pielęgniarka. Julia – jak się przedstawiła, pytała na polecenie doktora o moje samopoczucie i w ogóle, jak się goją rany. Pytała również czy skontaktowałem się z moim lekarzem rodzinnym oraz czy byłem już gdzieś, aby zmienić opatrunki. Odpowiedziałem, że na razie czuję się dobrze, a że kłamstwa w ogóle przychodzą mi z trudem przyznałem, że niczego nie zmieniałem.

Słowotok, jaki był tego oświadczenia następstwem, wbił mnie w dywan. Kategorycznym tonem Julia zarządziła, bym natychmiast pojawił się w jej szpitalu celem zmiany opatrunków i w ogóle, żeby fachowcy mogli mnie obejrzeć, zbadać i ewentualnie skierować na leczenie i rekonwalescencję. Wspomniała też o należącym mi się jakimś odszkodowaniu, nie dając sobie przerwać uwagami, że przecież jestem obywatelem Kanady i nie jestem pewny, czy moje ontaryjskie ubezpieczenie (słynny OHIP) pokrywa koszty leczenia w USA.

– Wszystko jest pokrywane! – krzyknęła histerycznie, jakby nie wiadomo z jakiego powodu strasznie jej na mnie zależało. A chyba nawet nie widziała mnie na oczy, tylko byłem dla niej punktem do odhaczenia w jej monotonnej pracy.

– Proszę sobie nie lekceważyć zdrowia – kontynuowała już spokojniej… Niech pan dziękuje Bogu za cudowne ocalenie i pomodli się do Boga w podzięce za darowane życie. Trzy tysiące ludzi poszło do piachu! A panu się udało. Dlaczego panu? Więc niech pan na Boga o to życie dba! – zakończyła podniecona własnym wybuchem.

Cóż miałem jej odpowiedzieć? Słabym głosem obiecałem, że niedługo się pokażę.

Rozdział V
Zaczarowana walizeczka

Byłem niezmiernie ciekawy, co też może zawierać walizeczka. Postanowiłem najpierw ją otworzyć, zobaczyć, co kryje, a dopiero potem pozbierać się i pojechać do szpitala, gdyż rzeczywiście, byłem bardzo osłabiony i słabłem odczuwalnie coraz bardziej. Stek w jarzynach przyniesiony mi przez boya z room service nieco postawił mnie na nogi. Dzbanek wybornej kawy miał w tym także niemały udział.

Akcję otwierania walizeczki rozpocząłem od próby wydłubania zamków szpikulcem do lodu. Niestety, skutkiem tego była kolejna rana. Krew lała mi się z dziury w dłoni, dopóki nie zatamowałem jej zmoczonym ręcznikiem. Ponowiłem próby, tym razem dosyć ostrym nożem do steków. Poszło znakomicie. Zdesperowany ciąłem skórę jak się dało, i po wycięciu dużego prostokąta miałem przed sobą zawartość walizki. Było na co popatrzeć, nie ma co – tego się nie spodziewałem. Przede mną, częściowo zasłonięte różnokolorowymi książeczkami, pyszniły się paczki z nowiutkimi, zielonymi dolarami. Same setki połączone banderolami.

– Jak na gangsterskim filmie, o rany! Te świetnie ubrane chłopaki z George’em Clooneyem na czele byli prawdziwymi gangsterami, bo kto inny miałby tyle gotówki? – zastanawiałem się na cały głos, gdyż dodawało mi to otuchy. Bałem się. Zwyczajnie ogarnął mnie lęk.
– Tyle gotówki! Ile?

Żeby stwierdzić ile tego jest, zmuszony byłem wysypać zawartość na dywan, co też jednym ruchem uczyniłem. Policzyłem skrzętnie paczki i wyszło mi milion dwieście tysięcy dolarów. Zabolała mnie gwałtownie i bez tego boląca głowa, gwałtownym uderzeniem krwi do mózgu. A tamte książeczki to były paszporty. Każdy inny. Amerykański, kanadyjski, meksykański, szwajcarski i….nie mogłem uwierzyć! – aż mnie wbiło w dywan…ten ostatni to był autentyczny, pachnący nowością polski paszport. Każda książeczka inna, lecz jeden szczegół łączył wszystkie pięć – znana mi dobrze z doskonałych produkcji filmowych, a najbardziej z krótkiego bo krótkiego, wspólnego pobytu w Starbucks w Północnej Wieży WTC – przystojna twarz George’a Clooneya, jak od początku w myślach zacząłem nazywać do złudzenia podobnego znanego aktora, jak się okazało – przystojnego gangstera.

Zniszczoną walizeczkę cisnąłem w kąt, a jej niesamowitą zawartość wrzuciłem do mojego plecaka, który ledwo dał się zamknąć po bolesnym przyciskaniu kolanem zdrowej (niby zdrowej, bo i tak mnie bolała) nogi. Razem z paszportami. Do pełnego obrazu tej naprawdę filmowej sceny brakowało tylko pistoletu z tłumikiem i zapasowego magazynka. Tych rekwizytów na szczęście w walizeczce nie było.

Co dalej? – Nie miałem pojęcia jak mam postąpić z tym skarbem. Rysowało się kilka opcji, ale w sytuacji, kiedy byłem ledwie żywy; w perspektywie miałem leczenie i być może długą rekonwalescencję, jakiekolwiek działania wydawały się niedorzecznością. Bo co ja biedny pokaleczony strzęp ludzki, bo tak się światu prezentowałem i niestety tak samo się postrzegałem, powinienem w tej niełatwej sytuacji zrobić? Potraktować ten niespodziewanie darowany mi przez los majątek jako mi należny, bo po pierwsze – jeśli niczyj, a znajdujący się w moich rękach – znaczy mój, po drugie – może powinienem oddać to na policję, po trzecie wreszcie – poszukać rodziny lub znajomych właściciela, oddać niemoją własność, spodziewając się pokaźnej sumy należącej się jako znaleźne. Tylko, uwaga, uwaga! – Każdemu z tych wariantów śmiało można by było pacnąć naklejkę “Dangerous!”.

Pozbierałem jakoś moje obolałe członki, zapakowałem je w czyste ubranka: blue dżinsy firmy Wrangler, żółtą koszulkę polo Hilfiger i adidasy od Adidasa, wszystko pachnące nowością, zakupione przez Agatę w warszawskich Złotych Tarasach i dopiero teraz pierwszy raz rozpakowane. Popatrzyłem w lustro i oniemiałem. Ujrzałem karykaturę nieźle ubranego człowieka powykrzywianego jak paragraf, podpierającego się szpitalnymi kulami. Na początku parsknąłem takim śmiechem, że zrobiło mi się ciemno przed oczami i o mało nie zemdlałem. Kiedy czerwone i czarne plamy zniknęły mi sprzed oczu i stwierdziłem, że jako tako trzymam się na nogach, spoważniałem nagle stwierdzając, że lustro zwariowało albo miałem omam wzrokowy, wszystko jedno. Mój obolały mózg za pomocą swojego-mojego organu wzrokowego przekazał sobie, a potem mnie odbicie obrazu Agaty wtulonej we mnie i głaszczącej mnie po głowie. Przysięgam, że usłyszałem jej cichy szept, jak szmer wody w strumieniu lub jak szelest jesiennych liści:

– Uspokój się – powiedziała. Niczym się nie przejmuj – dodała. U mnie wszystko w porządku – uśmiechnęła się i zakończyła niespodziewanie tak: – A teraz zmykaj do szpitala. A potem – korzystaj z życia. Pamiętaj! – Dostałeś nowe życie. Jak będziesz tylko chciał, będzie piękne.

To, co ujrzałem w tym lustrze na własne oczy i usłyszałem na własne uszy, było na dodatek owiane duszącą wonią jej perfum od Prady.

Zjawa powoli rozmywała się w tafli lustra, aż zniknęła. Zapach perfum pozostał. Usiadłem na łóżku wcale nie przestraszony, chociaż byłem pewny spotkania z duchem. Mało tego, kiedy wreszcie się podniosłem, poczułem werwę, o jaką bym się wcześniej nie posądzał. Przypływ energii kazał mi spakować moje rzeczy w walizkę, zarzucić pękaty plecak na ramię i bez żalu opuścić hotelowy pokój.

Zdziwionej moim pojawieniem się, a może nawet i wyglądem paniusi (wiedziała o mnie tyle, że jestem “bohaterem z WTC”) zapłaciłem kartą kredytową za pobyt, a ona poinformowała mnie sucho o pilnej wiadomości ze szpitala Doctors Hospital.

– Dzwonią i dzwonią – w głosie ton wymówki. Nie odbierał pan telefonów? To ten szpital, skąd pana przywieźli po wypadku – dodała. Jakaś uparta pielęgniarka poprosiła mnie, abym koniecznie przekazała panu wiadomość. Zapiszę panu.

Wydarła z drugiego notesu pokaźną kartę i coś tam na niej dosyć długo bazgrała. Podała mi ją jakby z łaski. Przeczytałem:
– “Proszę natychmiast zameldować się w szpitalu. I podpis – Julia Bykowski, pielęgniarka dyplomowana”. Dalej adres szpitala i numer telefonu.

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.