Martwy byk (3)

0

Nowa powieść Edwarda Wójciaka

•••

– Żadnych dziennikarzy! – wydarłem się tak głośno, że aż przestraszyłem się sam własnego głosu. – Słyszysz? – Nie zgadzam się na dziennikarzy! – Głos uwiązł mi w gardle, które zabolało, jakby ktoś wlał mi tam roztopione żelazo. – Gdzie są moje rzeczy? – zapytałem już szeptem.

– Bezpieczne, w naszej przechowalni, niech się pan uspokoi – pocieszała mnie czarna lady uspokajająco gładząc moje czoło. – Zaszkodzi pan sobie.

– Chcę się widzieć z lekarzem. Natychmiast – znowu podniosłem głos, jak mi się wydawało sądząc po wzmagającym się bólu krtani.

– Spokojnie. Zaraz będzie obchód, będą lekarze – nakryła mnie kocem i wyszła.

Okutany w zwoje sąsiad oddychał chrypliwie i pojękiwał miarowo. Pomyślałem, że rzeczywiście miałem szczęście. Przecież mogłem tak leżeć unieruchomiony jak on, ba! – mogłem też w ogóle nie leżeć, albo jak już leżeć, to na cmentarzu, albo mogło mnie w ogóle nie być, gdyby ogień strawił moje ciało doszczętnie, czego ledwie uniknąłem, cudem chyba.

Korzystając z chwilowej nieobecności pielęgniarki zapragnąłem sprawdzić jaki jest stan mojego ciała, gdyż nie miałem zamiaru tak beznadziejnie egzystować w tym szpitalu, szczególnie kiedy sobie uświadomiłem, że jeżeli dzisiaj jest dwunasty września, to gdzieś tam w NowymJorku jest już moja Agata. Na pewno niepokoi się o mnie, szuka mnie i być może, bo przecież byłoby to uzasadnione – martwi się, że straciłem życie podczas ataku terrorystycznego.

Spróbowałem unieść tułów i udało mi się bez wielkiego wysiłku. Odłączyłem się od rurek wspomagających oddychanie. Ucieszony, że w dalszym ciągu oddycham bez wysiłku, podciągnąłem się wyżej, żeby obejrzeć nogę. Była zawinięta w gips od kostki po kolano. Bez chwili namysłu odczepiłem ją od haka, który łączył ją z wyciągiem. Na stopach miałem coś na podobieństwo bucików wykonanych z gazy i bandaży. Nic mnie nie bolało. No… trochę głowa mnie bolała, a właściwie wielki guz z tyłu głowy. Kiedy poruszałem palcami chorej, chyba złamanej nogi, nie stało się nic strasznego. Wolniutko opuściłem ją na podłogę. Dopiero wtedy ostry ból przeniknął mnie na wskroś i to wcale nie bolała noga. Dochodził z okolic miednicy i gdy odruchowo zacząłem się tam masować, odkryruszały łem gruby opatrunek, spod którego rozchodził się ten ból, podobny bólowi charakterystycznemu przy wypadnięciu dysku, czyli okropny. Zacisnąłem zęby. Rozejrzałem się po pokoiku. W przeciwległym rogu dostrzegłem dwie pary kul inwalidzkich opartych o ścianę. Podczołgałem się do nich, wspiąłem do pionu i zainstalowałem sobie jedno z tych urządzeń pod pachy. A potem powolutku, unosząc chorą nogę, poszybowałem na korytarz. Z niemałym trudem odnalazłem toaletę. Usiadłem na sedesie. I w trakcie wykonywania tak zwanych czynności fizjologicznych podjąłem postanowienie: opuścić ten szpital za wszelką cenę.

Kiedy powróciłem do mojego pokoiku, już nie położyłem się do łóżka. Siadłem w foteliku przy małym stoliczku i wśród innych gazet wybrałem NYT, który zacząłem przeglądać. Data wydania wskazywała, że od wypadku minął zaledwie jeden dzień. Na pierwszej stronie biły w oczy koszmarne zdjęcia. Uzyskałem po raz pierwszy informację dotyczącą tego, co się naprawdę stało i włosy mi się zjeżyły na głowie. Obie wieże, o których tyle się naczytałem w przeddzień mojej tam wizyty, zostały kompletnie zniszczone przez atak Al Kaidy z użyciem boeingów 767. To ten sam typ samolotu, jakim przed dwoma miesiącami leciałem do Polski i ten sam, który przywlókł mnie, na moje nieszczęście, do Nowego Jorku.

Koszmarne zdjęcia i nie do pojęcia informacje na temat liczby ofiar, około pięciu tysięcy, jak szacował reporter na podstawie domniemań policji. Było też kilka wywiadów z cudownie ocalałymi, nawet jedna informacja bardzo podobna w treści do przeżyć, które były moim udziałem. Jakiś człowiek opowiadał, jak sfrunął z dwudziestego drugiego piętra na betonowej płycie. Dziennikarze od razu nazwali go “surferem z WTC”.

– Mój koleżka – pomyślałem. Ja jednak nie chciałem dzielić jego sławy. Pragnąłem tylko spokoju. Myślałem tak intensywnie, że rozbolała mnie głowa: odnaleźć Agatę, jak najszybciej uciec z NY i zawieźć ją do mojego mieszkanka w pobliżu Square One w Mississaudze, moim kanadyjskim mieście.

Rozdział IV
Co z tą Agatą

Recepcjonistka w hotelu Renaissance, do którego dojechałem taksówką, na mój widok upuściła filiżankę z kawą. Nie zdziwiłem się jej zanadto. Zanim do niej się doczłapałem, mogłem sobie popatrzeć na to, co zostało z Filipa Krawca, nauczyciela kanadyjskiego po wyprawie do Nowego Jorku. Przed pseudorenesansowymi lustrami wykwintnego hotelowego hallu przesuwał się kulejący, zgięty w pół człowieczek z walizeczką w dłoni i z podartym plecaczkiem na plecach.

– Częściowo uratował pana ten plecak – stwierdził doktor, kiedy w końcu w towarzystwie swojej świty pokazał się w moim szpitalnym pokoiku. – I jak tam się czuje nasz bohater?

Chcąc mu za wszelką cenę udowodnić, że czuję się doskonale, podjąłem próbę pokonania dystansu kilku metrów za pomocą wspomnianych kul, od stoliczka do drzwi, i nawet mi się to udało. Bardzo bolało mnie miejsce na dole miednicy, zranione drutem czy jakimś innym szpikulcem, na który się nadziałem podczas gdy wybuch rzucił mną o ścianę razem z fotelem w kawiarni Starbucksa z takim skutkiem, że znalazłem się w sąsiednim pomieszczeniu. Również dotkliwie, choć mniej, dokuczał mi guz z tyłu głowy. Noga spowita gipsem i bandażami stanowiła jak na razie mój najmniejszy problem zdrowotny. Byłem w dalszym ciągu ogłuszony, oszołomiony i kręciło mi się w głowie. Poprosiłem o pozwolenie opuszczenia szpitala od zaraz. Początkowo doktorek zżymał się, ale było widać, że nie zamierza zatrzymywać mnie siłą. Przestrzegł jednak przed tym i przed owym, zalecił wizytę u lekarza rodzinnego i poczynienie dokładnych badań, na koniec pogroził palcem i wydał pielęgniarce dyspozycje, by wypisała mnie ze szpitala (na własną prośbę, proszę zaznaczyć w karcie chorego) zaraz po obiedzie. Odetchnąłem z ulgą. Powodu tak tolerancyjnego zachowania się służb medycznych mogłem się domyślać, a był moim zdaniem dość oczywisty – wciąż przybywało rannych po ataku, potrzebne były dla nich łóżka.

– Ma pan wiadomość od kobiety… pięknej kobiety – recepcjonistka razem z kluczem wręczyła mi podłużną kopertę. – Swoją drogą szkoda, że pan się tak wtedy pospieszył z wyjściem z hotelu. Gdyby poczekał pan jeszcze godzinkę… po pierwsze, osobiście spotkałby się pan z tą panią, a po drugie… no, przepraszam, ale będę szczera – nie wyglądałby pan teraz jak siódme nieszczęście. Potrzebuje pan pomocy? Zaraz zawołam boya.

Potrzebowałem pomocy. I to nie boya hotelowego, nie lekarza, chociaż może też, ale najbardziej potrzebowałem pomocy boskiej. Cudu potrzebowałem, kiedy pomyślałem, że skoro moja Agata wczoraj pytała o mnie w recepcji, to prawdopodobnie stwierdzając moją nieobecność udała się na poszukiwania. I być może “zdążyła” na moment uderzenia jak nie w pierwszą, to w druga wieżę. A jeśli tak, to….

Boy podprowadził mnie ze stroskaną miną do białej skórzanej kanapy. Posadził, okrył mi nogi grubym, miękkim pledem. –

Przecież miała przylecieć dopiero dzisiaj, 12 września, dobrze pamiętam – irracjonalnie pragnąłem na własny użytek przeinaczyć informację zawartą na małym bileciku stanowiącym zawartość koperty wręczonej mi przez recepcjonistkę:

“A kuku kochanie. Jestem już… Biegnę za tobą, lecę do gabinetu naszego doktorka, pa-papa!”

Pociemniało mi przed oczami. Potrzebowałem kilkunastu minut żeby przemyśleć to i owo. Rzeczywistość wydała mi się okrutna. Nie byłem w stanie ruszyć na miasto by rozpocząć poszukiwania Agaty. Jeśli do tej pory nie pojawiła się ponownie w moim hotelu, sam nasuwał się czarny scenariusz: albo zginęła podczas ataku, albo jest ranna i leży w którymś z nowojorskich szpitali, może nawet w tym moim. Trzeciego wyjścia nie mogłem sobie wyobrazić, choć bardzo się starałem podtrzymywany przez boya w windzie wiozącej mnie do apartamentu.

W poszukiwaniu drobnych aby wręczyć mu napiwek, bezwiednie wyjąłem z kieszeni marynarki wielki złoty zegarek. Przywrócił koszmarne wspomnienia, więc z obrzydzeniem rzuciłem go na łóżko. Boy wytrzeszczył ze zdumienia oczy na widok takiego skarbu w rękach tak mało atrakcyjnego klienta, ale profesjonalnie przykrył zaskoczenie obserwacją żyrandola, a po zainkasowaniu piątki zniknął jak kamfora.

Pozostałem sam, z podartym plecaczkiem na plecach, czarną walizeczką w dłoni i z równie czarnymi myślami. Na szczęście przypomniałem sobie o istnieniu barku. Na nieszczęście pod wpływem emocji zapomniałem o swoim statusie “sober alcoholic”, czyli trzeźwego alkoholika. Zanim sobie o tym przypomniałem, już wpompowałem w siebie szklaneczkę Jima Bima z lodem i nalewałem sobie drugą.

– Zaistniały niespodziewane okoliczności, to chyba mogę sobie pozwolić – przeleciał mi przez myśl bardzo prosty, dziecinny alkoholowy “excuse”. Zrobiło mi się najpierw bardzo jasno w głowie, ale na krótko. Potem stałem się tak senny, że z trudem dowlokłem się do mojego king size łóżka i zaległem w pozycji na plecach w moim koszmarnie sfatygowanym opakowaniu.

Obudził mnie telefon z recepcji. Zerwałem się z łóżka pełen nadziei, spodziewając się jakiejś dobrej wiadomości o Agacie. Ale paniusia tylko uprzejmie zapytywała, czy zamierzam w dalszym ciągu pozostawać w apartamencie. Przedłużyłem pobyt na następny tydzień i kusztykając udałem się do łazienki.

Ta kąpiel, a właściwie to obmywanie mnie przez samego siebie, to był koszmar. Na domiar złego w tej łazience wszędzie były lustra. Wyglądałem jak nieudane dzieło hrabiego Frankensteina. Siniak na siniaku. Twarz zarośnięta siwawo-czarną szczeciną ze szparkami przekrwionych oczu, które kiedy z trudem im się z ich pomocą przyjrzałem, nie utrzymywały balansu, tylko po odkryruszały się cały czas niezależnie jedno od drugiego, jakby czegoś każde z nich szukało na własną rękę (choć niczego nie szukały), ruchami niezbornymi, jakby pląsającymi. Wszystko mi się zaczęło zamazywać, usiadłem więc w wannie i puściłem strużkę ciepłej wody. Polewałem się nią z prysznica jak konewką. Potem zmusiłem się do namydlenia tych części ciała, które były niezabandażowane i ponownie się opłukałem. Na więcej na razie nie potrafiłem się zdobyć, a i tak byłem z siebie dumny, że udało mi się wykąpać.

Agata, Agata, to imię jak uporczywy refren starej piosenki nękało mój skołatany umysł.

Na Agatę przypadkiem natknąłem się w zakopiańskim szpitalu. Piękna, luksusowa rzec można kobieta, wpadła na mnie w drzwiach szpitala, dokąd przypadkowo zawiozłem pijanego faceta, któremu żona urodziła dziecko. Mniejsza o faceta. Agata była dojrzałą, klasycznie piękną, zadbaną kobietą po pięćdziesiątce. Od razu odżyły wspomnienia, była to bowiem Agatka z mojego liceum, dziewczyna, w której wszyscy chłopcy podkochiwali się, włącznie ze mną. Obecnie doktor medycyny ze specjalnością urologia.

Wpadliśmy na siebie przypadkowo, lecz oto nie po raz pierwszy w moim życiu wyszło na to, że przypadki nie istnieją. Stara miłość odżyła, wspomagana nie tylko wspomnieniami, lecz także wspólnym losem ludzi rozłączonych na lata, a podobnie doświadczonych – poranionych chorobami takimi jak rak i alkoholizm. Ona przez to wszystko przeszła zwyciężając ledwie połowicznie, podobnie jak ja zresztą, lecz odwrotnie niż ja. Raka pokonała, ale alkoholu się kurczowo trzymała jak zbawienia. Ja (jak mi się wtedy naiwnie wydawało) pokonałem alkohol, lecz walka z rakiem była przede mną. I oto Agata miała być tym aniołem, który weźmie mnie za rękę i poprowadzi do miejsca, gdzie moja choroba zniknie jak kamfora. Pomysł ze wszech miar słuszny, lecz jak widać po skutkach – namacalnie tragicznie chybiony.

Jakby tego było za mało, tych tragicznych wydarzeń, kiedy to ledwie uszedłem z życiem z płonącego wieżowca WTC, Agata, a wszystko na to wskazywało, chcąc mi sprawić niespodziankę, przyleciała za mną o dzień wcześniej niż zaplanowaliśmy – pofrunęła jak ćma do płomienia i prawdopodobnie jak ta ćma spłonęła z kretesem.

– Przeze mnie – przeszło mi przez myśl. Gdybyśmy się nie spotkali, żyłaby sobie w tym swoim małym, zakopiańskim światku, popijała whisky po dyżurach, oglądała spektakle w Teatrze Witkacego, słuchała jazzu w krakowskiej piwnicy Pod Baranami. A tak… Przeze mnie… może już nie żyje. Choć nie z mojej winy. Ale przeze mnie. A więc bólowi fizycznemu ciała zaczął towarzyszyć inny, o stokroć bardziej przykry: ból duszy. Podobno każdy człowiek ma jakieś właściwe dla siebie granice wytrzymałości. Jeśli chodzi o fizyczną stronę mojego stanu, było bardzo kiepsko.

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.